Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Teatr NN

Izraelita lubelski

„Ktokolwiekby przed kilku laty przybył do Lublina zdziwiłby się nie pomału stanem moralnym tutejszej gminy izraelskiej. Był to sobie światek odrębny wśród wielkiego świata Bożego, zasklepiony w sobie i w swych średniowiecznych pojęciach, przeczący potrzebę postępu, i wszelki ruch umysłowy, tak jak dawniej przeczono ruch ziemi, dla tego, iż go dostrzedz nie potrafiono. Ciemnotę tę przezorni mieszkańcy, albo raczej przewodniczący tej massie […] wszelkiemi siłami utrzymać usiłowali, zapierając wrota każdej myśli, nowej, aby się za nią jakiś promyk niebezpiecznego światła nie wkradł. Mimo jednak tych zapór, i tutaj nieubłagany czas odwiecznego swego dzieła przekształcenia zwycięzko dokonać potrafił”…

Fragment drzeworytu sztorcowego Edwarda Gorazdowskiego Kościół i klasztor XX Dominikanów w Lublinie z Podzamcza na podstawie pracy Aleksandra Gierymskiego, „Kłosy”, nr 1024, 1885.

Tak w listopadzie 1866 roku swoją korespondencję do warszawskiego „Izraelity” zaczął niejaki B. M…n, jeden z XIX-wiecznych inteligentów żydowskich z Lublina, którzy, choć nieliczni, śmiało wkroczyli wtedy na kulturalną mapę miasta i kraju. Długo przyszło im jednak jeszcze czekać na owo światło, którego promyk B. M…n dostrzegł zaledwie cztery lata po sławnych reformach Wielopolskiego — nowe prawa zniosły co prawda getta terytorialne, ale nie od razu wyprowadziły je z umysłów żydostwa.

Cała druga połowa XIX wieku upłynęła w Lublinie i innych polskich miastach na próbach zaprowadzenia światła do mas ludowych – szerzenia oświaty, walki z zabobonem, zakładania placówek opiekuńczych, organizowania dobroczynności, budowania lepszych stosunków z chrześcijanami, reformowania gminy żydowskiej i promowania u Żydów języków polskiego i hebrajskiego. To ambitne zadanie wzięła na swoje barki niewielka grupa asymilatorów, maskilów i misnagdów, i – jak się można domyślać – na wielu polach odniosła sromotne porażki. Lud żydowski nie chciał porzucać swojego języka ani stawać się Polakami, miał swoje zwyczaje, obawy i wielką tradycję, a poza tym tkwił w okowach wciąż potężnego, a wówczas już bardzo zastygłego chasydyzmu. Postępowa inteligencja chciała zmian szybkich, nie kryła się z pogardą do prostego ludu i jego „żargonu” i dopiero z czasem, pod wpływem narastającego antysemityzmu, zaczęła rewidować swoje elitystyczne poglądy.

Gdyby nie „Izraelita”, progresywny warszawski tygodnik w języku polskim ukazujący się w latach 1866-1915, gorące dyskusje i tarcia pomiędzy postępowcami a „zastójnymi” (warstwami zachowawczymi) w Lublinie przepadłyby bez echa. Tymczasem, dzięki bogatej korespondencji, posiadamy niezwykły wgląd w szereg procesów kształtujących oblicze XIX-wiecznej społeczności żydowskiej w Lublinie i całym Królestwie. To wtedy położono fundament pod niemal każde zjawisko społeczno-polityczne i kulturalne, które z taką mocą objawiły się po 1905 roku i w okresie międzywojennym. Mimo że wiek XIX ma charakter formacyjny (nie tylko dla Żydów, ale przecież i dla Polaków), poniekąd wciąż pozostaje w cieniu „bombastycznego” okresu międzywojennego. Być może jest to również czas wstydu, wszak to zaborcy dali nam wtedy nowoczesne prawodawstwo, pobudowali kanalizację i uruchomili kolej, stąd wolimy odwoływać się raczej do zmitologizowanego, ale niepodległego międzywojnia.

Drzeworyt sztorcowy autorstwa R. B. Z Lublina na podstawie pracy Aleksandra Gierymskiego przedstawiający Czechówkę w okolicy ul. Lubartowskiej, „Wędrowiec”, nr 52, 1884.

Kim byli lubelscy korespondenci „Izraelity”? Peleton otwierają bracia Jakub (1848-1912) i Józef (1844-1896) Goldszmitowie, prywatnie stryj oraz ojciec Janusza Korczaka. Obaj trafili do Lublina za sprawą rządowego gimnazjum, które było kuźnią ówczesnych elit intelektualnych w guberni, obaj silnie związali się z Lublinem i zostali adwokatami. Szczególnie Jakub, szkolny kolega Bolesława Prusa, pen pal Kraszewskiego i Orzeszkowej, pozostawił nam bogaty opis Lublina swojej epoki.

Pod koniec lat 60. XIX wieku do grona lubelskich korespondentów „Izraelity” dołącza Naftali Herc Najmanowicz (1843-1898, znany jako H. Najmanowicz lub Hajnec), jeden z najciekawszych i najpłodniejszych maskilów w całym Królestwie. Od innych odróżniał go wyraźny sentyment do prostego ludu i języka jidysz, w którym, ku zgrozie asymilatorów, tworzył utwory literackie. Przez kilka dekad Najmanowicz jest naszym przewodnikiem po sprawach błahych i doniosłych; czasem zdaje zwykłe sprawozdania, czasem natomiast, wykorzystując cały swój talent pisarki, tworzy prawdziwe perły, które wymykają się prawidłom zwykłej korespondencji. Jego zgryźliwe pióro, charakterystyczny styl pytań i odpowiedzi, dykteryjki lub przypowieści zachwyciły mnie chyba najbardziej z całej korespondencji. Na przestrzeni lat nowe osoby pojawiają się na łamach „Izraelity”, starzy korespondenci odchodzą lub umierają, ale chyba żadna wiadomość o śmierci nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, jak nota z 18 marca 1898 roku, w której doniesiono o śmierci Najmanowicza. Bez niego nie poznalibyśmy szeregu szczegółów z życia lubelskich Żydów i nie byłoby również tej publikacji, dlatego właśnie zadedykowałem ją jego pamięci.

O wielu korespondentach „Izraelity” nie da się niestety powiedzieć więcej niż wymienić ich nazwiska, inicjały lub pseudonimy, ale i oni zdają nam ciekawe relacje z życia Lublina. Z końcem XIX wieku na łamach pisma zaczyna publikować Bolesław Warman (1864-1932), chyba jeden z najbardziej znanych asymilatorów z Lublina, adwokat, działacz społeczny, polityk, w końcu literat i dziennikarz. Niemal w tym samym okresie pierwsze listy do „Izraelity” przesyła Henryk Lew, który szybko przejmuje rolę wiodącego korespondenta z Lublina.

Równie ciekawi są bohaterowie korespondencji. Spotykamy tam członków dozoru bożniczego, lekarzy, działaczy społecznych, z czasem również literatów i artystów, ale też zwykłych mieszkańców Lublina. W listach możemy zatem śledzić wieloletnie (nieudane) zmagania o znalezienie przyzwoitego lokum dla synagogi postępowej; relacje z działalności Ochronki i szkoły elementarnej; perypetie związane z budową nowego szpitala żydowskiego; epidemię cholery w Lublinie, a nawet skandal, jaki wywołała „reforma” przeprowadzona przez Majera Lichtenfelda, który ośmielił się dorobić do gminnego karawanu ozdobne skrzydła. Wiele miejsca w korespondencjach zajmują dziewczęta – o nich często i zaskakująco łatwo zapomina się w kontekście historii Żydów i innych narodów. Obserwujemy także echa industrializacji – wzrost liczby ludności, szerzącą się biedę, ale też pojawienie się nowoczesnych form antysemityzmu, które wyraźnie zaskoczyło lubelskich inteligentów. Mimo to na łamach korespondencji nie brakuje również szczytnych dowodów tolerancji, które tym bardziej jaśnieją na tle coraz częstszych wybryków antysemickich.

Korespondencja ta jest także swoistą podróżą po zmianach w języku polskim. Z każdą dekadą znikają kolejne archaizmy, a zapis słów i składnia stają się nam coraz bliższe. Styl tej epoki bywa nieznośny, ale szybko można się do niego przyzwyczaić, a z czasem zacząć nawet myśleć w XIX-wiecznej polszczyźnie.

Drzeworyt sztorcowy Edwarda Gorazdowskiego Targ przed kościołem pokarmelickim w Lublinie na podstawie pracy Aleksandra Gierymskiego, „Kłosy”, nr 1160, 1887.

Druga część publikacji to fenomenalny esej Henryka Lwa O lecznictwie i przesądach leczniczych ludu żydowskiego, publikowany w odcinkach na łamach „Izraelity” w latach 1896-1899. Henryka Lwa (ok. 1874-1919) spotykamy i dobrze poznajemy z jego lubelskich korespondencji. Warto jednak dodać, że był on pionierem żydowskiej etnografii w Polsce, w zasadzie poruszycielem żydowskiego ruchu etnograficznego i autorem szeregu świetnych prac z tej dziedziny – wspomnianego eseju, ale też pozycji Nasza Abdera (Warszawa 1898) o humorze żydowskim i wielu artykułów etnograficznych publikowanych na łamach polskiej prasy. Przy tym Lew był także tłumaczem (przełożył na przykład na polski Muzykanta (w oryg. Stempeniu) Szolem Alejchema, Warszawa 1900), podobno również aktorem (ślady tej działalności także znajdujemy w korespondencjach), a prywatnie mężem Wandy Landowskiej, jednej z najsłynniejszych klawesynistek na świecie. Parę łączyły raczej więzy przyjacielskie, Landowska była lesbijką, oraz zainteresowania – w 1909 roku wspólnie ogłosili w Paryżu książkę Musique ancienne poświęconą muzyce dawnej. Związki Lwa z Lublinem nie są do końca jasne – być może pochodził z Lublina (wspomina w jednym miejscu swoją matkę w kontekście Lublina), a może, podobnie jak Goldszmitowie, zjawił się w mieście jako uczeń gimnazjum. Faktem jest natomiast, że przez wiele lat mieszkał i pracował w Lublinie, tu zbierał również materiały dotyczące żydowskiego folkloru. Co ciekawe, Lew był także jednym z pierwszych, który w języku polskim podał słynną dzisiaj legendę o przybyciu Żydów do Polski, którzy mieli usłyszeć czy zobaczyć znak, który wzięli za hebrajskie słowo „polin”, mające oznaczać „tu spocznijcie” czy „tu zanocujcie”.

W 1898 roku dla Muzeum Etnograficznego w Warszawie przygotował gablotę pełną talizmanów, amuletów, zaklęć żydowskich a także przedmiotów codziennego użytku, w tym kilka z Lublina. Jak donosił „Izraelita” (nr 26 (7 lipca 1898), s. 279), znajdowały się tam m.in.:

Bajtełe mit raken-ojgen, t. j. woreczek z oczyma rakowemi, zawieszony na szyi zabezpieczać ma od wielu chorób; pierścionki palmowe, zabezpieczające od cholery; Szyr-hamałos, kartki dla ochrony położnic od złych duchów; magnes, noszony na szyi przez kobiety ciężarne zabezpiecza od poronienia; warache, bursztyn zamawiany przez cadyka do kadzenia, jako środek zabezpieczający we wszystkich chorobach; geszlider, naszyjnik z paciorków bursztynowych i muszelek, noszony przez dzieci zabezpiecza je od uroków i bólu zębów i róża, amulet mający pomagać w cierpieniu zwanem różą.
[…] „tefilin”, „tefilin-bajtele” wyszywane, „mezuzę”, kilka rodzajów „tales-kotom”, jedwabny „gartel” (pas) noszony przez chasydów podczas modlitwy, „gartel srebrny” od „kitla” (koszuli śmiertelnej), kilka rodzajów jarmułek, „chałe-tysztecheł” – serwetka do nakrywania chał; „macetasz” – tradycyjna torebka do nakrywania mac; „kos-szel-pesach”, kielichy używane przy uczcie paschowej; kilka rodzajów „Chanuka-lempel”, czyli świeczników chanukowych; „Chanuka-lechtlech” – świeczki chanukowe; „drajdeł” – gra towarzyska w święto Chanuka, kilka rodzajów „greger” – grzechotek, któremi dzieci w święto Purym gromią Hamana; „lulow” – palma, używana przy modlitwie w Sukoth; „hawdula” – świeczki plecione, używane przy niektórych uroczystościach żydowskich. Widzimy także „ketubę” – akt ślubny na pergaminie, „hagadę” z ilustracjami i kilka pamiątek ze starej bożnicy reformowanej w Lublinie.

W 1899 roku Lew otrzymał stypendium z kasy Mianowskiego na kontynuowanie swoich badań ludoznawczych, jednak, jak się zdaje, zamiast tego czy niedługo potem opuścił Królestwo, w Berlinie związał się z Landowską i osiadł z nią w Paryżu. Od tamtej pory znany jest jako Henri Lew-Landowski i pod takim nazwiskiem figuruje jako współautor Musique ancienne. Na temat życia państwa Lew-Landowskich na Zachodzie Europy posiadam jedynie szczątkowe informacje, Lew jest wymieniany przez biografów Landowskiej, ale raczej jako przypis. Wspominają go także współcześni etnografowie, którzy pełnymi garściami czerpią z ustaleń, które pozostawił nam w swoich pracach. Mimo bogatego dorobku i swojego znaczenia, Lew pozostaje jednak postacią dosyć tajemniczą, być może za sprawą tragicznej śmierci, która przerwała jego karierę – zginął w kwietniu 1919 roku w Paryżu w wypadku samochodowym. To ironia, że badacza folkloru zabiła galopująca cywilizacja techniczna…

Esej Lwa zabiera nas w fascynującą podróż po świecie zamieszkanym przez dybuki, Małkę-Szwo (królowę Saby), nisztgite (złe duchy), a także cadyków, baał-szemów, baby, owczarzy, znachorów, czarowników i oczywiście zwykłych ludzi padających ofiarą tych pierwszych, a szukających pomocy u drugich. Lew pisze o tym wszystkim z wyraźnym apetytem, ale nie zapominajmy, że do wszystkich omawianych przez siebie wątków podchodzi bardzo krytycznie i źródła ich upatruje w zaburzeniach psychicznych, zbiorowych lękach i zabobonie.

O ile część pierwsza to głos żydowskiej inteligencji, praca Lwa jest pośrednio głosem żydowskiego ludu. Obie wzajemnie się uzupełniają i dają, choć fragmentaryczny, to jednak bardzo wciągający, a pod wieloma względami zaskakujący obraz XIX-wiecznego Lublina.

Publikację internetową „Izraelita lubelski” można pobrać klikając na poniższą okładkę: