Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Teatr NN

Jack Terry – chłopiec z Bełżyc

Mały Jakub Szabmacher nie lubi Bełżyc. Brudne, obdarte miasteczko z niebrukowanymi ulicami. Większość tamtejszych mieszkańców to ograniczeni, niemili ludzie, których jedyną rozrywką są plotki. Zresztą w Bełżycach nie ma zbyt wielu sposobów spędzania wolnego czasu.Pobliski Kazimierz Dolny to inna sprawa. Jakub często tam przyjeżdża. Tam urodziła się jego mama, a jej siostra ma w tym miasteczku piekarnię. „Czyste jak pudełko”, mówią ludzie o Kazimierzu. Są tam ładne widoki z zamkowego wzgórza, malownicze stare budynki i Wisła, w której można pływać. I jeszcze są tam najlepsze na świecie lody!
Warszawa też jest ładnym miastem.

„Jack Terry – chłopiec z Bełżyc”

Jakub był tam kiedy miał trzy lata i praktycznie nic z tego wyjazdu nie pamięta, ale jego ojciec za każdym razem przywozi ze stolicy smakołyki, których nigdzie w Bełżycach nie kupisz. Puszki ze sklejki ze złotymi sardynkami, czekoladowe ciasteczka… Tak, na pewno Warszawa jest ładnym miastem.
Kiedy Jakub podrośnie, to na pewno stąd wyjedzie. Może do Warszawy, a może nawet do Palestyny. Każdy, kto tam wyjeżdża, przychodzi do ojca Jakuba, Chaima – ten słynie z najwprawniejszego pakowania walizek.
Ale póki co Jakub męczy się w Bełżycach.

Pocztówka z czasów międzywojnia

Jest uparty, mrukowaty i często bije starszych chłopców. Kiedy ich matki przychodzą do Szabmacherów z pretensjami, to pokazują na Hilusia, brata Jakuba. Nie przychodzi im do głowy, że to ten mały chudzielec skrzywdził ich pociechy. „Zostanie bandytą” – wzdychają w rodzinie.

We wrześniu Jakub widzi niemieckie samoloty lecące na Lublin. 16 września niemieckie wojsko zajmuje Bełżyce. Dla dziewięciolatka czołgi, ciężarówki, żołnierze w mundurach na rynku są czymś nowym i interesującym. Ale ogólnie tej jesieni Bełżyce wyglądają prawie jak zawsze, zmiany są niewielkie. Na przykład: ojciec Jakuba przestał jeździć do Warszawy. Całymi dniami przesiaduje w domu, czasami coś czyta, czasami rozmawia z przyjaciółmi.
Żydzi muszą sprzątać i naprawiać ulice. Prawie codziennie mężczyźni z kilofami i łopatami idą do pracy, a ktoś z Niemców ich nadzoruje.
Jakub zwykle kręci się obok niemieckich żołnierzy. Za czyszczenie im butów można zarobić kilka groszy lub kawałek ciemnego wojskowego chleba. Z czasem chłopiec zaczyna pomagać we fryzjerni swego znajomego, Kirszta – mydli klientom twarze, strzepuje z nich zestrzyżone włosy, sprząta, uczy się golić. Zarobione pieniądze przynosi do domu, z czego jest bardzo dumny.

Zimą do Bełżyc docierają wiadomości o tym, że w innych miastach tworzą się getta, że Niemcy w Lublinie biją Żydów, a w Kazimierzu odbywają się łapanki. W Bełżycach nadal panuje względny spokój. Do czasu.
Jednego lutowego wieczoru na rynek wjeżdżają sanie z Żydami ze Szczecina. Do Lublina dowieźli ich koleją, stąd rozesłali do okolicznych miejscowości. Kilkaset osób trafiło do Bełżyc. Miejscowi Żydzi, w tym ojciec Jakuba, Chaim, pomagają przesiedleńcom zejść z sań i wejść do synagogi – niektórzy są tak zmarznięci, że nie mogą poruszać się samodzielnie i tylko cicho szlochają. Tu i ówdzie widać ludzi z poodmrażanymi stopami i dłońmi.
Widok tych nieszczęśników porusza Jakuba, ale jego ojca te sceny przytłaczają całkowicie. Podczas wieczorowej kolacji po policzkach Chaima ściekają łzy. Tego dnia zamyka się w sobie i już nigdy nie będzie całkowicie obecny w życiu rodziny.

Park na bełżyckim rynku, gdzie wcześniej było targowisko (źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Na_rynku_-_przedłużenie_ulicy_Zielonej_-_panoramio.jpg, CC-BY-3.0)

W maju Niemcy przekazują członkom Judenratu rozkaz: zebrać 300 mężczyzn do obozu pracy. Do tej grupy trafia Hiluś, starszy brat Jakuba. Matka Bluma gorączkowo szuka po domu czegokolwiek do sprzedania, aby ocalić jej pierworodnego od wywózki. Ponosi klęskę – pieniędzy ze sprzedanych gratów nie starcza na łapówkę. Załadowane ludźmi ciężarówki wyjeżdżają do Józefowa nad Wisłą. Jakub jeszcze nie rozumie przyczyny strachu matki, jeszcze nie jest świadomy tego, że Hilusia w obozie mogą zabić.
W Bełżycach robi się coraz gorzej. Administracja niemiecka wprowadza kolejne ograniczenia dla Żydów: do prac przymusowych i obowiązku noszenia opasek z gwiazdą Dawida dodają godzinę policyjną, nakaz opuszczenia sklepów i pozostawienia tam wszystkich towarów, zakaz posiadania białego chleba i zakaz rytualnego uboju, przez co Żydzi właściwie nie mogą mieć mięsa. Systematycznie z sąsiedniej Niedrzwicy przyjeżdżają żandarmi, którzy wymagają pieniędzy, koni, furmanek… Czasami przyjeżdżają, aby zabijać.
W 1941 roku Niemcy każą Żydom przekopać klepisko rynku, wysadzić tam drzewa i zasiać trawę. Już przedtem w Bełżycach trudno było cokolwiek kupić, teraz zaś zniknęło tradycyjne miejsce targów.

Dodatkowe prace, które napawały Jakuba dumą, teraz zmieniły się w podstawowe źródło utrzymania rodziny. Napiwki z fryzjerni już nie wystarczają, chłopiec idzie do rolnika pod Bełżycami i najmuje się do pasienia krów. Rodzina mówi, że to dobra praca – Jakub nie będzie głodny, na wsi ma mniejsze szanse na spotkanie Niemca, a i w domu będzie o jedną gębę do wykarmienia mniej.
Jakub budzi się o świcie i wyprowadza swoje nieduże stado. Kiedy krowy są spokojne, to wszystko jest w porządku. Jednak kiedy któraś z nich przez nieznośny upał późnego lata wariuje i z zadartym ogonem leci w sąsiedzkie pole, Jakub musi jak najprędzej ją doganiać i zawracać na „legalny” obszar. Ściernisko kłuje go w bose stopy, chłopiec krzyczy i płacze z bólu, ale nie ma wyboru – rolnik go zbije za wyrządzoną przez krowę szkodę. Czasami Jakub spotyka innych pastuszków – Polaków, takich samych bosonogich chłopców, jak on sam. Z nimi można pogadać i upiec na krowich plackach kilka ziemniaków. Jenak po kilku tygodniach Jakub nie wytrzymuje i wraca do Bełżyc. Zbyt tęskni za domem i rodziną.

W maju 1942 roku Chaim Szabmacher zostaje zatrzymany podczas jednej z łapanek. Jego syn widzi wyjeżdżające w stronę Lublina ciężarówki, a kiedy wraca do domu, to już nie zastaje tam ojca.
Któregoś wieczoru w drzwiach staje Hiluś. Wychudzony, brudny i cuchnący, ale żywy. Jego nie od razu wpuszczają do domu, najpierw myją i przebierają na zewnątrz. Jeżeli Hiluś wrócił z obozu, to może i Chaim kiedyś wróci z Majdanka?
A do Bełżyc wciąż przybywają kolejne transporty z Żydami. Nie ma ich gdzie osiedlić, nie ma czym nakarmić. Oprócz tego Niemcy nakazują Żydom z okolicznych wsi, by przenieśli się do Bełżyc. W miasteczku szerzą się plotki o planowanym wysiedleniu wszystkich Żydów. Wielu zaczyna budować kryjówki. Bluma wysyła dwójkę dzieci, Miriam i Jakuba, na strych do znajomego Polaka. Przez kilka dni nic się nie dzieje i wracają do domu, chociaż wiedzą, że na strychu byłoby jednak bezpieczniej. Tymczasem na Lubelszczyźnie likwidują kolejne getta. Szabmacherowie wykorzystują kilka kryjówek w okolicy – nie ma szans, by znaleźć jedyną, w której zmieściliby się wszyscy.

13 października Jakuba budzą strzały. Kiedy do ich domu wpada kilku hiwisów, matka Bluma próbuje ich zagadać po rosyjsku, proponując po kieliszku wódki. Chodzi o to, żeby dać pozostałym członkom rodziny czas na ucieczkę do kryjówek. Jakub biegnie razem ze swoją ciotką Sarą, która ciągnie małego synka Imka za rękę, do umówionego miejsca, ale tam słyszy, że wszystko już zajęte i muszą odejść. Wszyscy troje trafiają do kolumny, którą Niemcy i Ukraińcy eskortują do stacji kolejowej w Niedrzwicy. Jakub sprawdza – w tej grupie ludzi nie ma ani jego matki, ani rodzeństwa. Żegna się z ciotką i mówi, że spróbuje uciec. Kiedy kolumna zbliża się do lasu, zaczyna biec. Ktoś do niego strzela, jednak nie trafia i chłopiec kryje się w gęstwinie. Leży tam do rana następnego dnia, bojąc się podnieść. O świcie, upewniwszy się, że nikogo nie ma, wraca do Bełżyc. Oprawcy już opuścili miasteczko, pozostawiwszy na ulicach ciała zamordowanych Żydów. Wśród nich Jakub rozpoznaje brata Hilusia. Znajomy Polak opowiada Jakubowi, że jego brata wydał syn kowala – wskazał go jednemu z Ukraińców. Hiluś wydarł mu z rąk karabin i zaczął uciekać, tylko w niewłaściwą stronę. Trafił wprost na grupę uzbrojonych funkcjonariuszy. Nie miał szans. Jakub i jego siostry postanawiają, że matka nie może się dowiedzieć o śmierci swego ukochanego syna. We troje wywożą ciało na cmentarz żydowski i sami je grzebią.

Z Niedrzwicy część rodziny Jakuba została wysłana do obozu zagłady (źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Niedrzwica1.JPG, CC-BY-SA-3.0)

Pozostałych w Bełżycach Żydów Niemcy zamykają w obozie wokół zrujnowanej synagogi. Za kilka tygodni jedną z sióstr, Miriam, zabierają do Poniatowej. Zostają tylko Jakub, Dewora i Bluma.
W maju przychodzi ostateczny kres bełżyckiego getta. Sam komendant obozu pracy w Budzyniu, SS-Unterscharführer Reinhold Feix przyjeżdża obserwować to wydarzenie. Najpierw oddzielają mężczyzn od kobiet. Potem chłopców od mężczyzn. Każą chłopcom położyć się na ziemi w rzędzie, twarzą do dołu. Piją z manierki kilka łyków wódki. Jakub też leży na ziemi, ale pilnie obserwuje Feixa. Kiedy ten patrzy w innym kierunku, Jakub przeczołguje się do grupy dorosłych mężczyzn. Staje na kamieniach, by wydawać się wyższym. Niemcy rozkazują większości mężczyzn iść do synagogi. Feix oddziela młode kobiety od starych. Matkom odbiera dzieci. Zgromadzeni w synagodze słyszą strzały na zewnątrz.
Kiedy grupę mężczyzn i młodych kobiet wyprowadzają z Bełżyc, Jakub dowiaduje się, że Dewora została wybrana do grupy zdolnych do pracy, ale nie chciała zostawić matki. Feix zastrzelił je obie, Deworę jako pierwszą.

Budzyń i Płaszów

Po przybyciu do obozu w Budzyniu Żydzi bełżyccy ponownie widzą sadystę Feixa. Przeglądając nowo przybyłych, komendant rozkazuje zbyt młodym chłopcom wystąpić z szeregu. Jakub też musiał wystąpić. Feix wątpi w zdolności nastolatków do pracy. Mimo to Noah Stockman, w przeszłości żołnierz Wojska Polskiego, a teraz starszy obozu (który sam jest więźniem tegoż obozu) przekonuje Feixa, że chłopcy również się tutaj przydadzą i będą pracować jak wszyscy.
Jakub dostaje pracę jako sprzątacz w budynkach żołnierzy Wehrmachtu i Luftwaffe, wynosi kubły z moczem i kałem, a także myje samochody dla niemieckiego lotnika. Jedyny obecny w obozie członek rodziny Jakuba, szwagier jego matki, udaje, że nie zna chłopca – zwłaszcza kiedy ma jakieś dodatkowe jedzenie.
Kiedy do Budzynia przywożą grupę więźniów z Poniatowej, jeden z nowo przybyłych przekazuje dla Jakuba gryps od jego siostry Miriam: „Wiem o wszystkim. Chcę tylko znów cię zobaczyć”.

Pewnego ranka na początku listopada 1943 roku więźniowie nie wyszli do pracy jak zwykle. Przez szpary zamkniętych baraków ze strachem obserwowali szeregi strażników z bronią, którzy otoczyli obóz i stali tak przez cały dzień. Dopiero późnym wieczorem komendant wygłosił do przerażonych Żydów przemówienie: „Dzisiaj zamordowano wszystkich waszych braci. Mieliście również podzielić ich los, ale dzięki staraniom przełożonych fabryki jesteście żywi. Dostałem rozkaz bezpośrednio z Berlina, żeby zostawić was przy życiu. Fabryka oczekuje od was wzorcowej pracy na znak wdzięczności”.
Nie do końca wiadomo, dlaczego nie zlikwidowano obozu w Budzyniu. W każdym razie Jakub ponownie uniknął śmierci, ale już nie miał żadnych nadziei co do losów ojca i siostry.

Tymczasem na froncie wschodnim wszystko idzie coraz gorzej dla Wehrmachtu. Armia Czerwona zbliża się do Polski. Zresztą zapada decyzja o tym, żeby przenieść więźniów Budzynia gdzieś na zachód. Wcześniej więźniów żydowskich po prostu by rozstrzelali, ale na tym etapie wojny Trzecia Rzesza już nie może sobie pozwolić na marnowanie siły roboczej. Jakub trafia do Wieliczki. Przed nowo przybyłymi – kolejna selekcja; Amon Göth, komendant obozu w Płaszowie, osobiście decyduje, kto jest zdolny do pracy, a kto jest mu zbędny.
Jakub ma zaledwie 14 lat, a na marnym obozowym jedzeniu nie wyglądał na zdrowego i silnego. Palec Götha kieruje go do grupy skazańców, co zresztą było do przewidzenia. Nie do przewidzenia było to, co stało się później: nie do końca świadomy tego co robi, Jakub z całych sił biegnie ze „swojej” grupy do tych zdolnych do pracy, oczekując strzału w plecy. Nikt jednak nie strzela. SS-mani go przeoczyli.

Codziennie Jakub z innymi Żydami zjeżdża pod ziemie: kopalnia soli została przerobiona na hale produkcyjne. Pod ziemią fabryki nie dosięgną bomby aliantów. W słonej wilgoci Jakub wierci dziury na nity w blasze – nadal pracuje dla wytwórni samolotów Heinkla. Któregoś dnia ślizga się na mokrym błocie i łamie rękę – dobrze, że lewą. Z tego okresu on nie ma zbyt dużo wspomnień – wszystko zlewa się w jeden ciąg ciemnych dni pod ziemią.
Armia Czerwona wciąż naciera. Niemcy znów przerzucają więźniów na zachód. Jakub jedzie w nagrzanym wagonie towarowym, do którego wtłoczono zbyt wielu więźniów. Ktoś jest chory, ktoś już martwy.
Na którymś z wielu przystanków drzwi wagonu się otwierają. „Los! Los! Heraus! Schnell!”. Na zewnątrz stoją SS-mani. Konwojują tych, którzy przeżyli, przez jakieś miasteczko, a dalej przez łąki do wsi Flossenbürg. Na ulicach nie ma ani jednego człowieka: SS-mani zakazują niemieckim cywilom przebywać na zewnątrz podczas przybycia transportów. Po drugiej stronie wsi, na malowniczym stoku wzgórza z widokiem na zalesione góry, znajduje się obóz – KL Flossenbürg.

Flossenbürg

Głównym źródłem dochodu mieszkańców wsi od wielu lat było to, co znajdowało się pod nimi – dobrej jakości granit. Wielki kryzys doprowadził jednak do ogromnego bezrobocia i wiele rodzin nie miało się z czego utrzymywać. Mieszkańcy bardzo się ucieszyli, kiedy ich wójt, członek NSDAP i właściciel kamieniołomu, załatwił w najwyższych kręgach SS zlecenie na granit. To właśnie z flossenbürzkiego kamienia miały powstawać ambitne, monumentalne budowle, świadczące o potędze Trzeciej Rzeszy. Żeby nie zabrakło rąk do pracy, zapadła decyzja o budowie obozu koncentracyjnego, który zaczął działać od maja 1938 roku. Początkowo przebywali w nim wyłącznie niemieccy więźniowie. Jak zeznawał po wojnie Amerykanom Carl Schrade, obozowy kapo (współwięźniowie charakteryzowali go jako przyzwoitego człowieka – raczej rzadka sytuacja w przypadku więźniów funkcyjnych), „Niemców na śmierć zabijali Niemcy”. Dwa lata później do obozu trafił pierwszy transport Czechów. Przez cały okres istnienia obozu najliczniejszą grupą w nim byli Polacy (ponad 31 tysięcy ludzi), drugą – obywatele ZSRR (22 tysiące).
Po kilkudniowej kwarantannie nowo przybyli stają przed komisją lekarską, od której każdy dostaje numery od 1 do 4, wypisane farbą na czele. Ci, których uznano za niezdolnych do pracy, dostają 4 i przechodzą do lazaretu. Szanse na przeżycie w nim są minimalne.
14-letni Jakub tym razem ma szczęście – może pracować. Dostaje numer obozowy 14086 i przydział do bloku nr 19. Był to barak „dziecięcy”, dla chłopców w wieku od 8 do 18 lat. Administracja obozu wyodrębniła dla nich oddzielny blok w celu „przeciwdziałania homoseksualizmowi wśród więźniów”. W baraku, budowanym dla 200-250 więźniów, przebywało do 800 chłopców. Na jednej pryczy spały 4 osoby, ze zgniłej podłogi czasami wypadały całe sekcje, okna również się nie trzymały. Przy takiej ilości dziur i szczelin w baraku piecyk na węgiel nie mógł nagrzać dużej powierzchni i podczas zimniejszych pór roku chłopcy zamarzali. Ale nie to było najgorsze. Najgorszy był blokowy, 50-letni Karl Gieselmann. Nawet obozowy lekarz SS, sadystyczny morderca Heinrich Schmitz, upomniał Gieselmanna, że szpital nie istnieje wyłącznie po to, żeby leczyć skatowanych nim chłopców. Zimą Gieselmann mógł oskarżyć kogoś o moczenie łóżka i wysłać na noc do nieogrzewanej łaźni, gdzie trzeba było spać na betonowej podłodze. Każdego dnia na poranny apel nastolatkowie wyciągali przed swój blok nr 19 ciała zmarłych w ciągu nocy kolegów – liczba głów podczas apelu musiała zgadzać się z dokumentami.

Rysunek Stefana Kryszaka byłego więźnia obozu koncentracyjnego w Flossenbürgu.

Początkowo Jakub pracuje w kamieniołomie, gdzie przez 11 godzin dziennie musi ładować kamienie na wagoniki. Ostre krawędzie brył granitu zdzierają mu skórę na dłoniach. Jakub rozumie, że długo tak nie wytrzyma. Po kilku tygodniach przenoszą go jednak do innej pracy: teraz musi wiercić dziury pod nity w skrzydłach Messerschmittów. Robi to przez około pół roku, a kiedy ma do tego okazję, wierci małe, niezauważalne dziury w miejscach do tego nieprzeznaczonych. Oczyma wyobraźni widzi niemieckie samoloty, które spadają z nieba przez jego sabotaż. Podobnie robią i inni więźniowie – jak i Jakub, nie mają podstaw, by życzyć zwycięstwa wojskom Trzeciej Rzeszy.
Żydowskim nastolatkiem z Bełżyc zaczyna się opiekować Miloš Kučera, Czech z Košťálova. Wspiął się po szczeblach hierarchii od kopacza rowów do pisarza obozowego. Swoją uprzywilejowaną pozycję wykorzystywał jednak do pomocy innym więźniom, kiedy miał taką okazję. Na początku 1945 roku dzięki jego wstawiennictwu Jakuba przenoszą do pralni – tam zawsze jest ciepło i takie miejsce pracy dla więźnia jest jednym z najbardziej pożądanych.

Zima i wiosna 1945 roku to okres wzmożonego ruchu we Flossenbürgu. Ze wszystkich stron zbliżają się wojska aliantów, toteż komendanci obozów i podobozów przerzucają tysiące więźniów jak najdalej na tyły. We “więzieniu specjalnym” odbywają się egzekucje więźniów. Wtedy zamordowano m.in. niemieckiego duchownego antyfaszystę Dietricha Bonhoeffera, generała Friedricha von Rabenau i admirała Wilhelma Canarisa. Przypływ ludzi do obozu spowodował ogromną ciasnotę: w barakach zaprojektowanych na 5 tysięcy więźniów przebywa 17 tysięcy. I bez tego niewystarczające rację żywnościowe dalej maleją, nie maleje natomiast terror, bicie i mordowanie. Podczas porannych apeli przed baraki więźniowie wynoszą i składają coraz więcej zmarłych w ciągu nocy. Wydajność krematorium nie wystarcza i zwłoki są palone na stosach. W jakimś dniu SS-mani zaprzestają apeli. Kiedy 15 kwietnia do obozu przybywa grupa więźniów z Buchenwaldu, już nawet nie rejestrują ich do ksiąg obozowych.
Widocznie niedługo coś cię zmieni – tylko czy będzie to wyzwolenie, czy też śmierć?

Miloš Kučera dowiaduje się, że następnego dnia Żydów zabierają z obozu. Znajduje Jakuba i każe mu iść do kotłowni przy pralni. Tam czeka na niego człowiek, który pomoże mu się ukryć. Kiedy zbliża się godzina policyjna, Jakub, zamiast do swego baraku, schodzi do kotłowni. Pracujący tam Niemiec z zielonym („kryminalnym”) trójkątem pokazuje mu szczelinę, przez którą biegną grube rury doprowadzające parę z kotłowni do kuchni. Jakub włazi między rury, jest tam ciasno i nic nie widać. Jakub boi się, że ten nieznajomy Niemiec go wyda. Tymczasem nadchodzi kolejny dzień. SS-mani gromadzą wszystkich Żydów i eskortują z obozu w nieznanym kierunku. Niedługo później wartownicy schodzą z wież. I oni, i SS-mani opuszczają obóz. Pracownik kotłowni mówi do Jakuba, że SS-manów już nie ma. Chłopiec wychodzi na zewnątrz. Świeci słońce, w niebie latają amerykańskie samoloty. Tłumy więźniów chodzą po placu apelowym – chociaż załogi już nie ma, brama obozu wciąż jest zamknięta, a druty są pod napięciem. Kilku śmiałków, próbujących wydostać się na zewnątrz, ginie porażonych prądem. Ktoś szabruje w kuchni, z baraków słychać śpiew Rosjan. Amerykanie jednak wycofują się na wschód. SS-mani wracają.

Szczelina, w której ukrywał się Jakub Szabmacher

Jakub rozumie, że on znalazł się w bardzo niebezpiecznej sytuacji: jest Żydem w obozie, gdzie już nie może być żadnego Żyda. Zauważa go Mikołaj, ukraiński chłopiec, który również mieszkał w baraku nr 19 i krzyczy, pokazując na Jakuba: „Tu jest jeszcze jeden Żyd!”. Jakub ucieka, a później ostrożnie, ukradkiem przemieszcza się z miejsca na miejsce i szuka Kučery. Znajduje go i opowiada mu o tym groźnym zajściu. Ten poleca chłopcu pójść do szpitala obozowego i powiedzieć zaufanemu więźniowi funkcyjnemu, Carlowi Schrade, że Jakub przybył od Miloša Kučery. W szpitalu Schrade wyciąga identyfikator zmarłego Wasilija Waganowa z Charkowa i mówi do Władimira, więźnia pielęgniarza, żeby ten przyszył identyfikator do koszuli Jakuba. Po tym prowadzi chłopca do sali chorych na tyfus (tam SS-mani raczej nie zaglądają) i pokazuje mu jego pryczę.

Komendant Max Koegel decyduje o ewakuacji obozu. 20 kwietnia o 7. rano pierwsza grupa więźniów zostaje wyprowadzona w kierunku Dachau. Ostatnia grupa przechodzi przez bramę obozu o zmierzchu. Komendant Koegel przekazuje klucze wójtowi i odjeżdża czarną limuzyną. Jednak ok. 1600 więźniów, przeważnie chorych i zbyt słabych, żeby iść, zostaje na miejscu. Ukrywający się wśród chorych Jakub również doczekał się Amerykanów w obozie.
Tuż po wyzwoleniu teraz już byli więźniowie jeszcze przez pewien czas zostają w obozie: trzeba ich odkarmić, podleczyć, nauczyć żyć samodzielnie w warunkach, kiedy dni i noce nie są rygorystycznie reglamentowane przez obozowy harmonogram. Zresztą brak środków transportu nie pozwoliłby wywieźć ich wszystkich w miarę szybko. Wydaje się, że tylko byli jeńcy radzieccy nie mają problemów z samodzielnością: niektórzy tropią w okolicznych lasach ukrywających się SS-manów i przywodzą ich do Amerykanów, jeszcze inni spuszczają wodę ze stawów, żeby nałowić ryb, i tym samym unieruchamiają młyny w całej okolicy. Obóz zostaje bez mąki.
Wraca do normalności i Jakub. Rozumie, że do Bełżyc już nie wróci – nie ma do kogo. Ogarnia go tęsknota za rodziną, tęsknota, którą wcześniej tłumiło czyhające wszędzie niebezpieczeństwo, a próby uniknięcia go pochłaniały całą uwagę. Teraz chłopiec spędza wiele czasu z amerykańskimi wojskowymi. Jeden z nich, pułkownik Louis Leland, postanawia adoptować piętnastolatka i zabrać do Stanów. 15 lipca opuszczają Niemcy i wjeżdżają do Francji. Załatwienie formalności trwa nieco dłużej niż się spodziewali, ale w marcu 1946 roku Jakub jest już w Nowym Jorku.

Za oceanem

Tu zaczęło się dla niego nowe życie, a nawet dostał nowe imię i nazwisko – Jack Terry. Nauczył się angielskiego, ukończył studia i pracował jako geolog. Później jednak zmienił zawód – został psychoanalitykiem i pracował z ludźmi, którzy, jak i on, przeszli przez piekło nazistowskich obozów, a także z dziećmi ocalałych z Zagłady.
W 2010 roku ukazał się dokument niemieckiej telewizji ZDFneo pod tytułem „Podwójne życie Jacka Terry’ego”. Razem z ekipą filmową Terry-Szabmacher przyjechał do Bełżyc, swego rodzinnego miasta. Wszedł do domu, w którym wraz z rodziną mieszkał przed laty. Przeszedł się aleją pozbawionego nagrobków cmentarza żydowskiego. W Archiwum Państwowym w Lublinie znalazł dokumenty z informacjami o najbliższych. Przyszedł na Majdanek, miejsce śmierci swego ojca. Pojechał na teren dawnego obozu w Budzyniu. Film ukazuje człowieka, który poradził sobie z przeszłością, zrobił karierę, założył rodzinę, ma hobby, które przynosi mu satysfakcję – jest to muzyka i pływanie kajakiem.
Dokument kończy się jednak pesymistycznie: główny bohater mówi o tym, że ludzkość niczego się nie nauczyła z doświadczeń Holokaustu, świadectwem czego są Kambodża, Rwanda i Srebrenica. „Gdybym miał jeszcze raz to przeżyć, tym razem poszedłbym na elektryczne druty”.
Widz zostaje z tym wnioskiem i z napisami końcowymi.

Bibliografia:

  1. Alicja Nitecki (with Jack Terry), Jakub’s World: a Boy’s Story of Loss and Survival in the Holocaust, Albany, 2005.
  2. Róża Romaniec, Film „Podwójne życie Jacka Terry”: „Ludzkość nie nauczyła się niczego z Holokaustu”, DW, 27.01.2011

Volodymyr Dyshlevuk