Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Teatr NN

Lalki z Majdanka

Rankiem 3 grudnia 1944 roku na Majdanku stanęły szubienice przygotowane dla 5 byłych członków załogi obozu. Wieść, że egzekucja zostanie wykonana publicznie w miejscu ich zbrodni momentalnie rozeszła się po mieście. Na terenie wciąż nieostygłego obozu zebrało się kilkanaście tysięcy ludzi, a wśród nich dziewczynka, która w długą drogę ze Śródmieścia na Majdanek założyła na siebie jedyne, co wtedy miała. „Pozwólcie mi przejść! – krzyczała – Ja byłam na Majdanku! Ja noszę pasiak!”. Tłum w jednej chwili rozstąpił się i przepuścił ją na sam przód. Oglądała egzekucję od początku do końca, a kiedy skazani przestali już drgać, obróciła się i bez słowa odeszła. Nazywała się Fejga Sztecher i miała wówczas 14 lat. Dzisiaj nazywa się Zipora Nahir, ma 87 lat i jest wolontariuszką w Bramie Grodzkiej.

Wszystkie wykorzystane fotografie pochodzą z wystawy Tal Schwartz „Lalki z Majdanka”, prezentującej lalki więźniów przechowywane w zbiorach Państwowego Muzeum na Majdanku (fot. Tal Schwartz, dzięki uprzejmości Artystki i Państwowego Muzeum na Majdanku).

Zipora Nahir była jednym z dziesięciorga żydowskich dzieci, które cudem ocalały z ostatniego transportu z Majdanka. Do obozu trafiła w ostatnim okresie jego funkcjonowania i sama nie mogła uwierzyć, że zamiast do komory gazowej zaprowadzono ją do zwykłej łaźni. Pod koniec lipca 1944 roku, kiedy front nieubłaganie zbliżał się do Lublina, w obozie zaczęło panować zamieszanie. Niemcy palili dokumenty, dzielili ostatnich więźniów na grupy i wysyłali w różne kierunki. Ją, dziewięcioro innych dzieci i dwie Żydówki z Niemiec wsadzono do dużego samochodu, może ciężarówki lub ambulansu. Dlaczego w ostatnim momencie, kiedy walki toczyły się już na przedmieściach Lublina, Niemcy zajmowali się transportem więźniów – nie wie do dzisiaj. Na wszystkich szosach panował tłok, wojska ewakuowały się, więc konwój z dziećmi godzinami błądził po Lublinie. Kiedy samochód próbował przedrzeć się przez ulicę 3 Maja, czerwonoarmiści otworzyli ogień. Być może wybuch jednego z pocisków przewrócił wóz, może staranował go radziecki czołg, który oderwał całą jego boczną ścianę. Dzieci w każdym razie wybiegły z samochodu i schroniły się w piwnicach budynku przy 3 Maja 8, za nimi pobiegli Niemcy i inni więźniowie z konwoju. Całą noc pertraktowania z Niemcami przerwali Rosjanie, którzy nad ranem weszli do piwnic i uwolnili więźniów. Nahir jeszcze długo stała potem w osłupieniu z innymi dziećmi w którejś z bram przy Placu Litewskim. „To jest wolność” – myślała, ale nie czuła absolutnie nic.

Wkrótce tych kilkoro dzieci z Majdanka trafiło razem ze swoimi przypadkowymi opiekunkami do Domu Noclegowego PCK przy ulicy Wyszyńskiego 3, dziś Niecałej. Przez kilka miesięcy dzieci tkwiły w schronisku wśród obcych ludzi, bez specjalnej opieki i pomocy. Właśnie jako podopieczna Czerwonego Krzyża – i ciągle chodząca w obozowym pasiaku – Nahir poszła zobaczyć egzekucję katów z Majdanka. Dopiero w połowie grudnia 1944 roku, po wyasygnowaniu środków, uzyskaniu lokalu i znalezieniu odpowiednich pracowników, przy ulicy Radziwiłłowskiej 3 uruchuchomiono żydowski Dom Dziecka nr 5, w którym do dzieci z Majdanka dołączyło kilkadziesięcioro innych. Niektóre przysyłali przechowujący je chłopi, inne pochodziły z wyzwalanych obozów, a jeszcze inne wychodziły z zawilgoconych kryjówek i ziemianek, leśnych jam czy niewielkich skrytek, zawsze ciemnych piwnic albo strychów, w których, niemal w bezruchu i w ciągłym niebezpieczeństwie, tkwiły czasem od kilku lat. „Kiedy te dzieci dostały już ubrania, zaczęły jeść i uspokoiły się – opowiadała Nahir w rozmowie z Tomaszem Czajkowskim w lipcu tego roku – to wyglądały normalnie. Ale były charakterystyczne ze względu na dwie rzeczy. Po pierwsze, te dzieci nie mówiły o sobie. Ja do dziś nie wiem, co robiły w trakcie okupacji inne dzieci, to było takie przecięcie rzeczywistości. Jeżeli dorośli je pytali, to mówiły, ale między sobą nie. A druga rzecz, te dzieci nie umiały się śmiać”.

Z czasem podopieczni Domu Dziecka nr 5 w Lublinie dostawali coraz lepszą opiekę, placówka powiększała się, chętnie odwiedzali ją dziennikarze i władza. Do pracy z nimi starano się przydzielać – o ile to było możliwe – oddanych wychowawców i wykwalifikowanych specjalistów, wśród których znaleźli się również pedagodzy, którzy przed wojną pracowali z Januszem Korczakiem. Jednak przeżycia z okresu okupacji odcisnęły na tych dzieciach niewyobrażalne piętno i ciągle wracały do nich we wspomnieniach i w snach.

„W kącie stoi łóżko 7-letniej Irenki – zanotowała w swoim pamiętniku Anna Natanblut Wolk, kierowniczka placówki – Dziecko z hukiem i krzykiem wypadło z łóżka na podłogę i potłukło się. Biegła do szafy, by się w niej schować, tak jak to robiła w Krakowie, gdyż usłyszała we śnie dzwonek u drzwi wejściowych. (…) Obok niej spała 6-letnia Lenka z Lublina. Przez sen płakała i rzucała się niespokojnie na posłaniu. I tu sen otworzył zamknięte drzwi do otchłani, skąd wylazły trapiące małą potwory. Mieszkała przez tyle lat w kątku stodoły, bojąc się każdego szmeru, że gdy przybyli po nią członkowie Komitetu Żydowskiego, by ją zabrać do Domu Dziecka, tak była przerażona, że nie dała się oderwać od ściany, kopała, gryzła, krzyczała, jak nieprzytomna. Tak bardzo bała się nowych ludzi, że nie sposób było trafić do jej rozumu. Była obdarta i głodna. Drobny szkielecik o gorejących oczach. Wrzody pokrywały całe jej ciało. Na głowie miała głębokie rany, wyjedzone przez wszy. Pewien francuski dziennikarz, który był z wycieczką w Domu Dziecka, powiedział, że główka Lenki powiedziała mu więcej o okrucieństwach Niemców, niż tomy ksiąg” (Anna Natanblut Wolk, Ci, co przeżyli. Wspomnienia z Domu Dziecka w Lublinie w r. 1944/5, na podstawie kopii rękopisu i maszynopisu autorki).

Koszmary dręczyły dzieci nie tylko nocą. „16-letni Alter – pisała dalej Natanblut – po swych przeżyciach nie mógł pozbyć się przez długi czas w dzień, na jawie, męczącego uczucia zimna, pleśni, mokrości, które trzęsło nim jak w febrze. [Podczas okupacji] Krył się z siostrą Szyfrą w śluzie. Woda ciągle sączyła się skądś. Było zimno i mokro”. 13-letnia Chajusia pół roku ukrywała się z innymi dziećmi na strychu baraku któregoś z obozów, aż odkrył je kominiarz. Ona również znalazła się potem w ostatnim transporcie z Majdanka. „Jest mi tak zimno…” – brzmiały ostatnie słowa matki jednego z chłopców, która wypowiedziała je szeptem po żydowsku, konając w drgawkach obok krzaka, za którym się ukrywał. Inna dziewczynka, kilkuletnia Szoszanka, dużą część okupacji spędziła z rodzicami i innymi Żydami w jakimś schronie. Kiedy zaczęli zbliżać się do nich Rosjanie, ojciec Szoszanki nie wytrzymał psychicznie i zaczął krzyczeć, że zawoła Niemców. Chciał opuścić kryjówkę, narażał wszystkich na niebezpieczeństwo. Na oczach dziewczynki inni mieszkańcy schronu zabili jej ojca i matkę, która stanęła w jego obronie. „Szoszanka i jej starszy brat – pisała Natanblut – zostali osieroceni w momencie, gdy prawo wojny i zwycięstwa zniosło wyrok śmierci, wydany przez Niemców na Żydów”.

Jedną z pierwszych podopiecznych Domu Dziecka nr 5 była około 4-letnia Dorotka, dziewczynka o nieznanym nazwisku, którą na początku 1945 roku przywieziono do placówki z Chełma. W 1941 roku ktoś podrzucił ją tamtejszym siostrom zakonnym z przewiązaną na szyi kartką z imieniem i wiekiem – 7 miesięcy. „Nie chodziła, nie mówiła, umiała siadać, zęby miała wszystkie – opisywała ją kierowniczka placówki – Była monstrualnie brzydka. Szkielecik obciągnięty skórą z piszczelami rąk i nóg, z dużym brzuchem, długą twarzą obsypaną piegami, wyłupiastymi przestraszonymi oczami i twardą szczotką ciemnych, splątanych włosów. Głos miała ostry, skrzeczący. Urywała nagle w pół krzyku, gdy dostawała pajdę chleba. Najdziwniejsze było to, że ten głodomór nie wzbudzał wstrętu, a raczej odwrotnie. Wszyscy lubili małą Dorotkę – i dorośli, i dzieci. Dorotka odpowiadała na uśmiech uśmiechem, który opromieniał całą jej twarzyczkę i zmieniał ją do niepoznania. Wyciągała przytem rączki, przytulając się mocno do tego, kto ją swym uśmiechem obdarzył. Nawet najmłodsze dzieci uśmiechały się do Dorotki, aby ją potem przytuloną obnosić. Lekka była, jak piórko, więc i te małe dawały radę”.

Dużo miejsca Dorotce poświęciła w swoim dzienniku Mina Halbersztadt Kapłan, jedna z wychowawczyń w domu dziecka, córka znanego przed wojną lubelskiego rabina. 4 lipca 1945 zanotowała: „Dorotka bała się dzisiaj bardzo fryzjera i w żaden sposób nie dała sobie uciąć włosów. Prosiłam fryzjera by zdjął fartuch. Momentalnie się uspokoiła. Przypuszczam, że lęk wzbudził w niej biały fartuch”. I dalej: „8 lipca – Dorotka wymówiła dziś słowo mama i tata. Dzieci są szczęśliwe, że Dorotka nauczy się mówić. Dorotka boi się. Boi się grzmotów, boi się, gdy strzelają, budzi się często w nocy. Gdy usłyszy coś, to trudno ją wtedy uspokoić. Nawet cukierki nie pomagają. Biorę ją do swego łóżka. Dziecko na pewno przeszło jakiś wstrząs (…) 26 lipca – Z całą siłą staram się rozśpiewać dzieci. I dzieci moje lubią śpiewać i bawić się. Nawet mała nasza Dorotka, która nie umie mówić ani chodzić, także bierze udział w zabawie. Nauczyłam dzieci śpiewać o Dorotce Ta Dorotka. Zabieram Dorotkę wraz z krzesełkiem do koła. Serdeczne są te dzieciaki. Szczęśliwe, że Dorotka też się bawi. Aż miło mi patrzeć jak się nią opiekują. (…) 15 sierpnia – Doktór zbadał Dorotkę. Nie będzie chodziła ani mówiła. Ma przestrzeloną nogę. (…) 1 września – Te dzieci, które mają 7 lat, są zapisane do szkoły. »Ja także pójdę do szkoły, ja też!« [wołają], »I ja!«, woła Dorotka. Opanowała to słowo i jest strasznie z tego powodu dumna. Czy należy, czy nie, ona woła »I ja!«. (…) 7 listopada – Dorotka sama chodzi. Chce każdemu to opowiedzieć, ale jeszcze nie umie. Pokazuje więc wszystkim nóżki i woła »O!«. Dorotka stawia nóżki w literę X, ale chodzi i to wbrew przewidywaniom lekarzy. Dzieci moje są szczęśliwe. Każde z nich dało coś Dorotce w dniu jej wielkiego szczęścia. (…) 15 grudnia – Bawiłyśmy się dziś w »Dorotkę«. W środku koła stała Dorotka. Była szczęśliwa. Dzieci przypominały sobie, bo dobrze pamiętają, że zwykle podczas tej zabawy Dorotka siedziała w środku koła na krzesełku. Nie umiała jeszcze chodzić. Dziś się bawi jak inne dzieci i razem z innymi dziećmi chodzi w kole” (Mina Halbersztadt Kapłan, Pamiętnik wychowawczyni z Domu Sierot dla dzieci, co przeżyły Holocaust, spostrzeżenia o charakterach i zachowaniu się dzieci. Lublin 26.06 – 24.12.1945, na podstawie kopii maszynopisu autorki). We wczesnych latach 50. Dorotka przebywała w domu dziecka w Śródborowie pod Warszawą. Artykuł z jej zdjęciem ukazał się w którejś z amerykańskich gazet, a na fotografii jacyś ludzie rozpoznali w niej swoją córeczkę. Dzisiaj mieszka w Izraelu.

Zanim Zipora Nahir trafiła na Majdanek przebywała w obozie w Budzyniu, a wcześniej w getcie w rodzinnym Hrubieszowie. Kiedy miała 10 lat i jej rodzina mieszkała jeszcze w swoim domu, z pomocą siostry szyła sobie szmaciane lalki. „Bawiłam się tą gromadą lalek – wspominała – to znaczy przedstawiałam sytuację ogólną. Część to byli Żydzi, część to byli Niemcy, część to byli Polacy i ze sobą walczyli albo się ze sobą zgadzali. To było jakieś wyjście z tej okropnej sytuacji. Ja byłam dzieckiem, ale nie byłam już mała. Ja sobie doskonale zdawałam sprawę z sytuacji. Z tego wielkiego niebezpieczeństwa, tej niepewności. Ja byłam zupełnie świadoma tego. Myślę, że to było wynikiem mojego strachu, że ja dawałam jakiś odpust przez to, że ja się bawiłam i rozwiązywałam kwestie, których nie mogłam rozwiązać w codziennym życiu. Podświadomie próbowałam się jakoś zmierzyć z tą zupełnie nową rzeczywistością. Te lalki to był dla mnie mój inny świat, który mnie trochę chronił przed tym bardzo zagrażającym światem, dawał jakąś ulgę, jakieś rozwiązanie dziecinne. My, dzieci z getta… myśmy się bawiły, ale to były już zupełnie inne zabawy”.

Po likwidacji getta jej rodzina znalazła się w gronie może stu Żydów, których pozostawiono przy życiu i przesiedlono na ulicę Jatkową. Jej rodzice i 16-letnia siostra pracowali, ale ona musiała się ukrywać. Jeżeli dostała od ojca sygnał, natychmiast wbiegała na strych ich pokoju i chowała się w przygotowanej na taki wypadek skrzyni. Przez rok leżała tam całymi dniami i czytała książki, które ojciec znajdował gdzieś w getcie. Któregoś dnia przyniósł z ich dawnego mieszkania dwie nowe sukienki, uszyte dla niej potajemnie. „Dokładnie pamiętam jakie śliczne te sukienki były – opowiadała – z kokardkami, takie świąteczne. I tatuś je tak powiesił na ścianie koło mnie i ja pamiętam, że ja tak patrzałam i patrzałam, i powiedziałam sobie: »Ja już tych sukienek nigdy nie włożę, ja już więcej dzieckiem nie będę«” – miała wtedy góra 12 lat.

W 1945 roku Dom Dziecka nr 5 odwiedziła Helena Boguszewska, która opisała swoje spotkanie z nastoletnią Ziporą Nahir, w placówce nazywaną Felą. „Tę Felę – zanotowała – zauważyłam od razu, jak weszłam, bo jest większa od innych i ładniejsza. W białej twarzy, w której wszystko jest krótkie i proste, oczy przezroczysto-brązowe patrzą otwarcie i ufnie wprost w oczy tego, z kim mówi. Włosy także brązowe, o jeden ton ciemniejsze niż oczy. (…) Pokazuje mi ten pasiak z obozu, w którym chodziła do niedawna: pasy szare i pasy szafirowe. – Miałam szczęście! – mówi pogodnie – inne pasiaki były o wiele gorsze! To jest wyjątkowo dobry materiał!” (Helena Boguszewska, Poprzez ulice, Warszawa 1961). Z rodzicami i siostrą Nahir rozdzielił dopiero ostatni transport z Majdanka. Kiedy w pośpiechu ładowano ją do samochodu, nie miała nawet czasu pożegnać się z matką. Siedząc w wozie widziała oddalający się tłum, w którym pędzono także jej siostrę i rodziców. „Tymczasem Fela żyje – pisała dalej Boguszewska – jest tu w zakładzie dla dzieci, więc wydawałoby się, że miała szczęście z tym samochodem, zostawionym w Lublinie przez uciekających Niemców… Zdawałoby się, ale Fela nie jest tego pewna. W białej twarzy jasnobrązowe oczy patrzą poważnie i z namysłem: – Bo tam bez rodziny żyć… po co? Nie ma sensu, nie ma celu. Zawsze jak byliśmy razem z rodzicami, to mówiliśmy, że najlepiej będzie umrzeć razem”.

Nastoletnia Fela miała niesamowite szczęście. Dzięki pomocy Czerwonego Krzyża i radia odnalazła w końcu całą najbliższą rodzinę. Jej ojciec i siostra cudem przeżyli w Theresienstadt, matka natomiast trafiła do Auschwitz, gdzie – z amputowaną nogą, ukrywając się pod łóżkiem – doczekała wyzwolenia obozu. Minęło jeszcze wiele miesięcy nim rodzina mogła być znowu razem, ale wiedzieli, że żyją. Większość z podopiecznych Domu Dziecka nr 5 w Lublinie nie miała takiego szczęścia.


Więcej o wystawie Tal Schwartz Lalki z Majdanka: http://teatrnn.pl/kalendarium/node/2283

Więcej o Domu Dziecka nr 5: http://teatrnn.pl/leksykon/artykuly/zydowski-sierociniec-w-lublinie-1944-1945/