Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Teatr NN

Lektura nadobowiązkowa: „W lasach polskich”

W całej literaturze żydowskiej nie ma równie pięknej książki o Polsce. Nie ma też chyba drugiej tak dobrej powieści o Żydach i Polakach, w której splecione losy dwóch narodów odmalowane byłyby z takim wdziękiem. W lasach polskich to zapomniana perła literatury, pierwsza część wielkiej trylogii Józefa Opatoszu osnutej na tle drugiej połowy XIX wieku.

Józef Szermentowski, Skraj lasu (ok. 1860), ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie

Ród Mordchego

Od pierwszych słów książka wlewa się w sam środek gęstych lasów lipowickich, gdzieś między Warszawą a Płockiem, w świat Żydów leśnych, chłopów i rybaków, którzy pokolenie za pokoleniem pędzą swój żywot zgodnie z rytmem nieprzebranego boru. W lasach rodzi się i umiera również ród Mordchego, ród pisarzy lasu, którzy, chociaż tylko zawiadują nim w imieniu dziedzica, to w całej okolicy uchodzą za jego prawowitych włodarzy. Za starych, dobrych czasów wszyscy z rodu wychodzili na czas święta Chanuka ze swoich dworów i zjeżdżali się do najstarszego w rodzinie, gdzie kłócili się i bili do krwi, jeszcze mocniej godzili, świętowali do utraty przytomności i koligacili w obrębie jednej rodziny. Kiedy pradziadek Mordchego zasłabł któregoś razu i nie był w stanie pomóc mu żaden balwierz ani ściągnięty naprędce medyk z miasta, pod dwór zajechali niespodziewanie podróżni szukający noclegu. Z bryki wysiadł Widzący z Lublina i gdy tylko przyłożył rękę do czoła chorego, ten od razu wrócił do zdrowia. Od tamtej pory Żydzi z rodu Mordchego stali się chasydami. Najpierw jeździli do lubelskiego cadyka, potem do Przysuchy, a w końcu do Kocka. Nieprzebrany las i panująca u jego skraju Wisła co roku obradzały niezmiennie, a razem z nimi obrastał w przepych ród Mordchego. Dzieci z rodu zaczęły z czasem rozjeżdżać się po całej Polsce, osiedlać w miasteczkach i po upływie dwóch pokoleń w lesie pozostał już tylko Awrum – ojciec Mordchego.

Awrum, jego żona Dwojrele i jedyny syn Mordche żyli w lesie wśród silnych i zdrowych chłopów i rybaków i razem z nimi rok w rok w drugi dzień Wielkiej Nocy znosili do Wisły słomianego bałwana, którego domagała się pani rzeki – Wanda. Przebłagana w ten sposób, pozwalała wyciągać z siebie tłuste szczupaki, karpie i liny, a kiedy łodzie przedzierały się łowić potajemnie na wodach rządowych, otulała je ciemną nocą i wiernie strzegła sekretu. Ale czasem pieniła się i gotowała, wywracała łodzie albo zapalała kuszące błędne ogniki; wtedy rzucali jej wilcze zęby, wiązali łodzie i czekali aż Wanda się uspokoi. Do snu szumiały jej stare dęby, nietknięte ostrzem topora z rozkazu dziedzica, którego przodkowie oddawali wokół nich cześć pradawnym bożkom i duchom gęstwiny. Bo chociaż szlachta już dawno wyniosła się ze świętych gajów i fundowała w ich miejsce potężne kościoły, to nierzadko w największej tajemnicy budowała w głębi leśnej małą chatkę dla czarownicy, którą utrzymywała równie sumiennie jak zaprowadzonych do siebie benedyktynów. A jednak las rzedł. Dzieci szlachciców wyjeżdżały za granicę, trwoniły majątki, a starzy dziedzice próchnieli i coraz częściej pozwalali na wyrąb żeby pokryć długi. Kiedy Awrum był dzieckiem i drwale przez pomyłkę położyli drzewo stuletnie, zaraz rąbali je albo chowali ze wstydem po krzakach. Kiedy mały Mordche doglądał wyrębu z Awrumem, drwale kładli już w drzazgi ledwie kilkudziesięcioletnie. Młodzi nie rozumieli starych, ale starzy wiedzieli, że kiedy las się przetrzebi, z dawnego gąszczu rozpełznie po świecie zło.

Mogiła Berka Joselewicza pod Kockiem (ze zbiorów Domu Kultury im. księżnej Anny z Sapiehów Jabłonowskiej w Kocku)

Kock

Tymczasem Mordche rósł doglądany przez przodków, których dzieje zapisane były w księdze leśnej, wiekowej kronice rodziny. Wszystkie jego prababki i pradziadowie spoglądali na niego z kart pękatych od narodzin, zgonów i ważniejszych wydarzeń i zdawali się być tuż obok, żywi jak ojciec i matka. Na pamięć znał opowieści o babce Surele, która przywróciła do zdrowia samego Napoleona, a on w zamian podarował rodzinie złotą tabakierkę ze swoją podobizną. Albo że kiedy wielki cadyk z Berdyczowa zatrzymał się u nich w lesie na modlitwę, objął w ekstazie świeżo malowany ołtarz i pozostawił na nim swoje odciski, których strzeżono od tamtej pory jak najcenniejszego skarbu. Ale z czasem głowę Mordchego zaczęły zaprzątać także inne myśli. Na posłaniu z wilgotnego mchu i pod baldachimem lipy odkrywał z młodą Rachelą świat erotyki. Usta i serca kochanków lgnęły do siebie, ale Mordche pochodził ze znaczącego rodu, a biedna Rachela była córką zwykłego pachciarza. Uczucie ściągnęło na nich gniew i baty ojców, obu przeciwnych takiej miłości. Dziewczynę wywieziono pod osłoną nocy w nieznanym kierunku, a zrozpaczonego Mordchego zmuszono do wyjazdu do Kocka.

Na miejscu chłopak miał dojrzeć i zapomnieć o Racheli, pilnowany z jednej strony przez krewnego – nowoczesnego, „europejskiego” Józefa Strahla, z drugiej opromieniony światłem bijącym z dworu kockiego cadyka – reb Mendele. Stary Strahl dawno jednak stracił już zapał i latami tłumaczy wciąż jedno i to samo zdanie z Fausta na język hebrajski, cadyk natomiast od lat nie wychodził do ludzi i wycofał się, owładnięty paraliżującym zwątpieniem. Mordche wpadł zatem w próżnię, pustkę, która powstała w świecie żydowskim po upadku marzeń dawnych zwolenników Haskali (oświecenia żydowskiego na wzór niemiecki) i wyczerpania się chasydyzmu, który po wielkich triumfach zaczął przeistaczać się w zwyrodniałe bałwochwalstwo.

Także w świecie chrześcijańskim zachodzą zmiany. Prawie trzydzieści lat od klęski powstania listopadowego w kraju znowu zaczyna wrzeć. Po salonach i przydrożnych szynkach słychać już rewolucyjne nastroje, ale na razie żar zdaje się jedynie tlić. Po drodze do Kocka Mordche trafia pod mogiłę Berka Joselewicza, żydowskiego pułkownika, który bił się o wolność Polski ze swoim Pułkiem Starozakonnym podczas insurekcji kościuszkowskiej, a potem walczył po stronie Napoleona. Chociaż pod mogiłą dochodzi do kłótni pomiędzy Żydami, przeciwnymi albo popierającymi Joselewicza, w umyśle Mordchego pojawia się wtedy może pierwsza iskra nowej myśli, która rozkwitnie na dobre już w samym Kocku.

Na miejscu chłopak lawiruje pomiędzy dworem chasydzkim a salonem Felicji, młodej żony Strahla, którą starzec „kupił” sobie w zamian za spłacenie długów jej ojca. Znudzona i w duchu nienawidząca swojego męża kobieta organizuje przyjęcia dla rewolucyjnie nastawionych przyjaciół – szlachciców, spolonizowanych Żydów i przechrztów żydowskich, którzy czytając Mickiewicza i Towiańskiego marzą o duchowym i rzeczywistym wyzwoleniu ojczyzny. Z drugiej strony Mordche ogląda upadek dworu chasydzkiego, który przez nieobecność cadyka zamienia się w gniazdo rozpusty. Jednej nocy zakrada się do dworu i wpada w sam środek orgii, podczas której córy żydowskie tańczą półnagie, a krewni cadyka zamieniają się żonami. Akurat wtedy pod dwór podchodzi rozwścieczony tłum żądający wydania rozpustników, dochodzi do starć i awantur. Mordchemu udaje się zbiec, jednak przez całą noc dręczy go wizja płonącego dworu. Tej nocy rzeczywiście płonie dwór, jednak nie chasydzki, a pański – podpalony przez chłopów burzących się przeciwko wyzyskowi. Mordche, dręczony niespełnioną miłością do Felicji i poczuciem winy względem Rywki – wnuczki cadyka, której uczucie odrzucił – puszcza się w lasy.

Zaczyna chodzić z chłopami i wiejskimi księżmi, którzy domagają się wolności od ucisku panów. Gdy widzi przepaść między dworem a chałupą, zaczyna agitować wśród chłopów i wspierać ich w walce o wyzwolenie. Szybko jednak przerażają go skutki przemocy, która wymyka się spod kontroli i z rabunków przemienia w mordy rozlewające się po całej okolicy. Zakłada więc znowu chałat i wraca do Kocka, ale nic go już w mieście nie trzyma. Cadyk umiera, a jego święte ciało zostaje niemal rozczłonkowane w sporze o prawo do jego ostatniego obmycia. Szlachta wzywa na pomoc Rosjan, którzy tłumią wystąpienia chłopskie, a niespełniona miłość do Felicji rozsadza mu duszę. Mordche pożycza więc dużą sumę pieniędzy i wyjeżdża za granicę, łącząc swój los z dolą Wielkiej Emigracji.

Siostrzane okładki wydania polskiego i w jidysz projektu Władysława Weintrauba (Biblioteka UMCS, Yiddish Book Center)

Trylogia

W lasach polskich to książka soczysta, niezwykle barwna i pobudzająca wyobraźnię, chociaż trudna i bez odpowiedniego przygotowania niewątpliwie wymagająca słownika. Czytając ją w doskonałym przekładzie Saula Wagmana aż trudno uwierzyć, że została napisana nie po polsku, ale w jidysz. Powstała także w zupełnie innej gęstwinie – dżungli nowojorskich wieżowców, w której Józef Opatoszu zatęsknił za lasami okalającymi jego rodzinną Mławę. Książka ukazała się w Nowym Jorku w 1921 roku pod swoim jidyszowym tytułem In pojlisze welder. Rozpisana była jako pierwszy tom trylogii, świadomie nawiązującej do dzieł Sienkiewicza, ale oczywiście opowiadającej o innym okresie i z nieco innej perspektywy. Akcja pierwszej części rozpoczyna się w przeddzień powstania styczniowego. Drugi tom – 1863 (w polskim przekładzie Rok 1863) opowiada o samym powstaniu i udziale Żydów w walkach o niepodległość Polski. Ostatnia część – Alajn (przełożona jako Ostatni z rodu) to dalsza historia osnuta wokół życia Surki, córki znanego z poprzednich tomów Mordchego.

Wszystkie części trylogii zostały przełożone na język polski i były drukowane w odcinkach na łamach prasy (chociaż nie w odpowiedniej kolejności). Dwie z nich – tom pierwszy i drugi – wyszły także w formie książkowej, niemniej drugi wydrukowano nielegalnie. Kilka lat po opublikowaniu w „Naszym Przeglądzie” autoryzowanego przekładu Aleksandra Dana pod właściwym tytułem Rok 1863 (drukowanego od 25 października 1925 roku), wydawnictwo „Renaissance” wypuściło go bez zgody autora pod koślawym i przydługim tytułem Żydzi walczą o niepodległość Polski, pod którym z jakiegoś powodu książka do dzisiaj funkcjonuje w większości opracowań. Ostatnia część ukazała się tylko w odcinkach na łamach „Naszego Przeglądu” (od 15 września 1923 roku) w przekładzie niejakiego S. Borowskiego.

W 1929 roku na podstawie trylogii nakręcono także niemy film w reżyserii Jonasa Turkowa (w Lublinie grany w marcu 1930 roku w kinie „Wiedza” przy Jezuickiej). Jego In pojlisze welder zostało jednak brutalnie ocenzurowane przez religijną żydowską cenzurę i – jak wynika z relacji ówczesnej prasy – film wypadł przez to bardzo słabo. Nie da się tego już niestety ocenić, ponieważ wszystko wskazuje na to, że obraz nie zachował się do naszych czasów.

Trylogia Opatoszu zebrała świetne recenzje nie tylko wśród Żydów, ale i Polaków. Jej zanurzenie w jeden z najtrudniejszych epizodów w historii Polski oraz ukazanie tragedii rozbiorów długo budziło uznanie czytelników. W lasach polskich to oczywiście fantazja, ale nie jest książką odklejoną od realiów historycznych. Poza pięknym językiem i ciekawą historią oraz odmalowaniem czaru pogranicza ziem lubelskiej, Podlasia i Mazowsza, na uwagę zasługuje trafne opisanie kryzysów dotykających Polskę w XIX wieku. Przepaść między dworem chasydzkim a rzeszami Żydów nie różniła się wiele od narastających napięć między szlachtą a chłopstwem. Również duchowe poszukiwania chasydów i towiańczyków nie były od siebie odległe i oba stanowiły chyba rodzaj ślepego zaułka. Opatoszu fascynował się literaturą polską, stąd przemycał do trylogii Mickiewicza, Słowackiego i Norwida. Wyraźnie widać również, że doskonale znał las, czuł jego pulsowanie i wychował się wdychając leśne powietrze. W lasach polskich jest pełna fragmentów nie tylko malowniczych, ale po prostu chwytających za serce. Jak na przykład scena, kiedy pewien chłop niespodziewanie natyka się na grupę Żydów na skraju lasu. Zaskoczony zaczyna żegnać się ze strachu, ale kiedy uświadamia sobie, że to Żydzi modlą się do Pana Boga, uchyla przed nimi czapkę i odchodzi uspokojony. Albo kiedy pewien wiejski Żyd, który mieszka z chłopami z dala od Tory odwiedza kockiego cadyka i wbrew żydowskiemu zwyczajowi uchyla przed nim skórzaną czapę, podobnie jak robi to z szacunku przed dziedzicem i sąsiadami.

Kiedy czytałem książkę Opatoszu, przejeżdżałem przez Kock i okoliczne miasteczka. Bus skrzypiał, jakby miał się zaraz rozlecieć, z głośników leciała okropna muzyka i wszystko było nie tak. Ale cała ta bylejakość uleciała. Za oknami widziałem czarne ściany lasu, łąki i pola nabrzmiałe i puchnące od żyznej gleby, zasilanej przez niezliczone dorzecza dumnego Wieprza. A przede wszystkim widziałem ludzi o łagodnych oczach i rysach szlachetnych od ciężkiej harówy, którzy do dziś uchylają czapki przed Panem Bogiem i podróżnymi, tak samo, jak robili to sto, dwieście i trzysta lat temu.


Osoby zainteresowane trylogią Józefa Opatoszu odsyłam do następujących bibliotek cyfrowych:

W lasach polskich w zbiorach Biblioteki UMCS; Rok 1863 (link do odcinka 1, „Nasz Przegląd”, 25.10.1925) i Ostatni z rodu (odcinek 1, „Nasz Przegląd”, 15.09.1923) w zbiorach Biblioteki Narodowej.