Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Teatr NN

Lew Wandy Landowskiej

„Nowożeńcy, trzymając się za ręce, biegli rączo. Do mnie przylgnęła matka Landowskiej, dając upust usprawiedliwionym niepokojom: – Proszę pana, z czego oni będą żyli? Wanda usłyszała, odwróciła się ze śmiechem. – Na pierwsze śniadanie będziemy się całowali, na drugie śniadanie będziemy się całowali, na obiad… Lew przerwał jej z groźnym błyskiem w oczach. – Na obiad będziemy się też całowali, ale już z przystawkami”…

Wanda Landowska i Henryk Lew ze swoim wspólnym dziełem Musique ancienne.

Tak po niemal czterdziestu latach ślub Wandy Landowskiej i Henryka Lwa z 1900 roku wspominał Stefan Krzywoszewski, pisarz, przyjaciel pary i świadek ich skromnych, ale śmiałych początków w Paryżu. Już dekadę później Landowska i Lew byli prawdziwie paneuropejskimi celebrytami, bywalcami salonów, znajomymi ówczesnych gwiazd i koronowanych głów, którzy czerpali z życia pełnymi garściami, a cierpieli jedynie dobrobyt. Ona – pochodząca ze zasymilowanej i potem przechrzczonej żydowskiej rodziny z Warszawy, córka adwokata i lingwistki, pierwszej tłumaczki Marka Twaina na język polski. Wybitna pianistka, która przywróciła światu muzykę dawną w jej pierwotnym brzmieniu i dała nowe życie klawesynowi, wychowując przy tym całe zastępy przyszłych mistrzów i wirtuozów tego instrumentu. Prawdziwa dama wyglądająca i zachowująca się jak posąg z manierami przywołującymi na myśl czasy Bacha, a jednocześnie nieodrodna córka swojej dekadenckiej epoki. On – zagadka.

Owszem, biografowie Wandy Landowskiej wspominają Henryka Lwa, często jednak tylko jako przypis. Inni, pochylając się nad jego wpływem na twórczość i rozwój artystyczny żony – a był on niemały, jeżeli nie kluczowy – jego własną biografię, a szczególnie początki w Polsce, omijają oględnym: dziennikarz, aktor i etnograf. Etnografowie z kolei, którzy pełnymi garściami czerpią z jego pism, nie czują się biografami, nie starają się rozwikłać jego życiorysu, pomijają jego działalność „pozaetnograficzną” i często nie łączą go nawet z Landowską. Tymczasem był on postacią nietuzinkową i bardzo uzdolnioną – zanim został mężem Landowskiej, jej powiernikiem, towarzyszem i kimś w rodzaju impresario (także duchowego), był już płodnym, a może i niezmordowanym literatem, badaczem żydowskiego folkloru, wręcz poruszycielem żydowskiego ruchu etnograficznego w Polsce, tłumaczem dzieł żydowskiej literatury (znowu pionierem w tej dziedzinie), współpracownikiem szeregu pism krajowych, samorodnym inteligentem, a przy tym wszystkim rodowitym lublinianinem.

Lublin czasów Henryka Lwa, detal z drzeworytu sztorcowego Edwarda Gorazdowskiego na podstawie pracy Aleksandra Gierymskiego, 1882.

Henryka Lwa poznałem kilka lat temu, kiedy trafiłem na jego esej O lecznictwie i przesądach leczniczych ludu żydowskiego, przywoływany potem przeze mnie wielokrotnie, chyba za każdym razem, gdy pisałem o dybukach. Już wtedy podejrzewałem, że Lew pochodził z Lublina – sugerowały tak pewne szczegóły jego pism, ale ciągle były to tylko przypuszczenia. Większej pewności nabrałem rok temu, kiedy zbierałem i opracowywałem materiały do publikacji Izraelita lubelski (drukiem ukaże się na początku tego roku), w której Lew pojawia się nie tylko jako autor wspomnianego eseju, ale także bohater i sprawozdawca wiadomości przesyłanych z Lublina do warszawskiego „Izraelity”. Na pewno wiele lat mieszkał i pracował w Lublinie, a jeżeli nie pochodził z Lublina – myślałem – pojawił się tu może jako młody chłopak, podobnie jak bracia Goldszmitowie (ojciec i stryj Janusza Korczaka), za sprawą rządowego gimnazjum, które było kuźnią elit intelektualnych w całej guberni. Moje wątpliwości rozwiał ostatecznie Martin Elste, muzykolog i kurator z berlińskiego Musikinstrumenten-Museum, który w archiwach paryskiego merostwa dotarł do aktu ślubu Lwa i Landowskiej. I rzeczywiście, Lew urodził się 1 maja 1875 roku w Lublinie jako Hersz Dawid Lew i był drugim dzieckiem Beniamina i Hindy Rajzy Lwów o tym imieniu (pierwsze zmarło w 1868 roku). Jak wszyscy wówczas, Lew miał liczne rodzeństwo obojga płci, z którego część umierała wkrótce albo kilka lat po narodzinach. Gdzie mieszkał, do jakiej chodził szkoły – to wszystko skrywa dziedzina domysłu i zagadki. Na łamach prasy objawił się w każdym razie nagle i niespodziewanie jako zaledwie dwudziestoletni chłopak, co wypominał mu zresztą Beniamin Wolf Segel, także etnograf, starszy od Lwa o całe osiem lat (!). Lew, chyba za nic mając te uwagi, na które odpowiadał brawurowo i dobitnie, szturmem zdobył redakcje gazet krajowych, zapełniając je wartkim strumieniem pism – wszelakich.

W dziedzinie etnografii zostawił m.in. kolumnę Z ludoznawstwa żydowskiego na łamach „Izraelity”, zaczyn i stałe sprawozdanie z badań etnograficznych prowadzonych wśród Żydów. Ponadto wspominany wyżej esej O lecznictwie i przesądach leczniczych ludu żydowskiego publikowany w odcinkach na łamach „Izraelity” w latach 1896-1899, który zabiera nas w fascynująca podróż po po świecie zamieszkanym przez dybuki, małkę-Szwo (królowę Saby), nisztgite (złe duchy), upadłych aniołów, a także cadyków, baał-szemów, baby, owczarzy, znachorów, czarowników i oczywiście zwykłych ludzi padających ofiarą tych pierwszych, a szukających pomocy u drugich. Popełnił też rozprawę Nasza Abdera poświęconą głupcom z Chełma, która, powiększona o zbiór przysłów i powiedzonek, w 1898 roku weszła w skład jego książki Żydowski humor ludowy; do tego wciągający esej Śmierć i obrzędy pogrzebowe u Żydów z 1899 roku oraz szereg mniejszych artykułów dotyczących wierzeń, podań czy zwyczajów dotyczących wszelkich zagadnień życia, od spraw duchowych po żywienie. Co ciekawe, Lew był także jednym z pierwszych, który w języku polskim podał słynną dzisiaj legendę o przybyciu Żydów do Polski, którzy mieli usłyszeć czy zobaczyć znak, wzięty przez nich za hebrajskie słowo „polin” („Polska” i „tu spocznijcie”). Legenda ta stała się poniekąd zaczynem Muzeum Historii Żydów Polskich Polin, ale nawiązuje do niej również wystawa stała w Bramie Grodzkiej, gdzie obumarłym drzewom z legendy towarzyszy wiersz Niszt di mejsim lojbn got (jid. Umarli nie chwalą Boga) Jakowa Glatsztajna recytowany przez wieloletniego strażnika pamięci o lubelskich Żydach, Romana Litmana.

Instalacja Las rozpoczynająca wystawę główną w Muzeum Historii Żydów Polskich Polin. Legendę o przybyciu Żydów do Polski jako pierwszy podał w języku polskim Henryk Lew, fot. M. Starowieyska, D. Golik/Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN.

W 1898 roku dla Muzeum Etnograficznego w Warszawie Lew przygotował gablotę pełną talizmanów, amuletów, zaklęć żydowskich oraz przedmiotów codziennego użytku, w tym kilku z Lublina. Obok tajemniczych bajtełe mit raken-ojgen (woreczka z oczyma rakowemi), pierścionków palmowych, naszyjników z bursztynów i muszelek oraz innych przedmiotów pomocnych czy to w chorobie lub nieszczęściu albo zamawianiu, znajdowało się tam kilka pamiątek ze starej bożnicy reformowanej w Lublinie. Bożnica ta – bezskutecznie próbująca znaleźć dla siebie przyzwoite lokum przez kilka dekad XIX wieku – zajmowała i Henryka Lwa, ale, podobnie zresztą jak inni lubelscy inteligenci, mógł jedynie ubolewać nad jej opłakanym położeniem. Ze swojej korespondencji z Lublina do „Izraelity” Lew dał się poznać jako nieprzejednany krytyk lubelskiej bylejakości, marazmu i zastoju. „Dziwna ospałość, dziwny indyferentyzm panuje wśród inteligencji tutejszej – pisał 14 maja 1897 roku – która co prawda nigdy się nie odznaczała zbytnią ruchliwością i dbałością o los uboższej klasy. Przed kilkoma jednakże laty, pod wpływem cholery, która się w mieście naszem srożyła, inteligencja ta, porzuciwszy fochy arystokratyczne, złączyła się z klasą średnią dla wspólnego niesienia pomocy. Założono więc aż cztery komitety choleryczne, tanią kuchnię, herbaciarnię i ochronkę dla sierot pocholerycznych. […] Lecz cóż? cholera przeminęła, a komitety zostały zniesione; ochronkę dla braku funduszów zamknięto, a sieroty rozpuszczono na cztery wiatry; zamknięto również tanią kuchnię i herbaciarnię, pomimo, że instytucje te są u nas wprost niezbędne; piękne projekty, niewprawione w ramki czynu, pierzchły jak bańki-mydlane…”.

Prócz tego Lew był również publicystą – wnikliwym czytelnikiem i recenzentem, reportażystą i komentatorem spraw bieżących, w której to dziedzinie ganił wszelkie przejawy nietolerancji i fanatyzmu – również tyczące się postaw Żydów. Był także tłumaczem dzieł żydowskich na język polski i chociaż jego zasługi na tym polu są raczej zapomniane, był jednym z tych, którzy jako pierwsi odsłonili polszczyźnie, jak to się wówczas mówiło, twórczość „żargonową”. O jego przekładzie powieści Stempeniu (wydanej po polsku jako Muzykant) Szolem Alejchema tak pisał w 1900 roku Alfred Lor: „Przekład p. Lwa jest w ogólności dobry, chociaż tłomaczowi lepiej się udają ustępy czysto humorystyczne niż liryczne. […] Ale przekład Muzykanta prawdopodobnie jest tylko początkiem całej serji tłómaczeń, tembardziej, że przedstawione w nim ciekawe życie żydowskiej cyganerji muzycznej, życie klezmerów, jest może być tematem zbyt wązkim, jednym z drugorzędnych prądów, które przecinają bezdenny ocean współczesnego ghetta”. Gdzieś między Muzykantem a badaniami z dziedziny etnografii Lew przełożył z hebrajskiego nowelę epistolarną Chana I.L. Pereca, nieco zapomniany utwór epizodycznie dotykający Lublina i będący ważnym głosem przeciwko dyskryminacji kobiet.

Przy całym swoim talencie i szerokich horyzontach, Lew najprawdopodobniej dusił się w byle jakim i zacofanym Lublinie. W 1899 roku otrzymał stypendium z kasy Mianowskiego na kontynuowanie swoich badań ludoznawczych, jednak, jak się zdaje, zamiast tego czy niedługo potem opuścił Królestwo, przebywał w Berlinie, a następnie osiadł w Paryżu i związał się z Landowską, zrywając jednocześnie kontakty z „Izraelitą” i resztą redakcji pism krajowych (kolumnę etnograficzną zostawiając w spadku swojemu rywalowi B. W. Segelowi).

Żydowski humor ludowy (1898) i Muzykant (1900), kolejno – opracowana i przetłumaczona przez Lwa.

„W tym mniej więcej okresie – pisał Stefan Krzywoszewski – miałem zaszczyt być świadkiem obrzędu zaślubin młodej pianistki, Wandy Landowskiej z Henrykiem Lwem, początkującym dziennikarzem.Kandydat do dwóch równocześnie stanów: małżeńskiego i dziennikarskiego pochodził z Lubelszczyzny. Pierwsze nauki pobierał w szkołach żydowskich; że był rozgarnięty i ambitny, starał się, jak mógł, uzupełnić swoje wiadomości. Nauczył się pisać po polsku prawie poprawnie i zaraz jął niepokoić redakcje próbami swej prozy. Minimalną pomoc otrzymywał z kraju. Ale mimo że bieda dokuczała, humor miał wyśmienity, apetyt niezawodny. Anegdoty żydowskie opowiadał wybornie. Wanda Landowska posiadała talent wybitny i rzetelny, żarliwą chęć pracy, wolę do zwycięstwa. Rodzina jej była niezamożna. Maurycy Moszkowski, znany wirtuoz i kompozytor niemiecki, który mieszkał podówczas w Paryżu, poznał się na jej talencie. Że był artystą wrażliwym i człowiekiem dobrym, udzielał jej lekcji bezinteresownie, polecał swoim bogatym uczennicom, jako korepetytorkę. W ten sposób Landowska – z trudem i biedą – dawała sobie radę, nie tracąc wiary w przyszłość i ochoty do życia. Spotykaliśmy się nieraz wieczorem w kawiarniach na Boul’Mich’u lub u Flory, na bulwarze St. Germain. Lubiliśmy ją wszyscy. Pewnego dnia Landowska i Lew – nie bez zdziwienia – zauważyli, że się kochają. Postanowili się czym prędzej pobrać.

Jak kiedyś śpiewano w »Pięknej Galatei«: Ty nie masz nic, – ja drugie tyle, Połączmy nasze majątki dwa… Kazimierz Dunin Markiewicz i ja zostaliśmy zaproszeni na świadków uroczystego aktu, który miał się odbyć w merostwie w pobliżu Panteonu. Stawiła się wcale liczna kompania zaprzyjaźnionych pędziwiatrów. Panna młoda przybyła z matką i narzeczonym. Starsza pani, silnie wzruszona, z przerażeniem spoglądała na niesforne a hałaśliwe towarzystwo. Lwa szczęście roznosiło. Kłócił się z woźnymi, biegał po obszernej i brzydkiej sali, robił zamęt nieopisany. Gdy mer spóźniał się, uczuł się dotkniętym i oświadczył, że wraca do domu. Markiewicz rzucił się za nim, dogonił, zatrzymał. 

– Nie zwiejesz, bratku! Nie wykręcisz się! 

Skruszony Lew ukląkł przed rozżaloną oblubienicą. W tej chwili z bocznych drzwi weszli na podium mer, trójbarwna szarfą opasany i jego sekretarz. Procedura była krótka. Na zakończenie, dygnitarz zwrócił się do młodej pary ze zwyczajową oracją. Markiewicz przerwał mu swywolnym konceptem. Mer skarcił go. Lew stanął w obronie przyjaciela. Wywiązała się lapidarna wymiana zdań, dygnitarz municypalny zgubił tok swojej elokwencji, zaplątał się i tak rozłościł, że obu awanturnikom surowej admonicji udzielił. Po czym z zadartym nosem godnie wyszedł z sali.

Bulwar Saint-Michel w Paryżu na początku XX wieku, Wikimedia Commons.

My ruszyliśmy lekkim krokiem na Boul’Mich. Ślubne śniadanie odbyć się miało u Boulant’a. Nowożeńcy, trzymając się za ręce, biegli rączo. Do mnie przylgnęła matka, dając upust usprawiedliwionym niepokojom:

– Proszę pana, z czego oni będą żyli?

Wanda usłyszała, odwróciła się ze śmiechem.

– Na pierwsze śniadanie będziemy się całowali, na drugie śniadanie będziemy się całowali, na obiad…

Lew przerwał jej z groźnym błyskiem w oczach.

– Na obiad będziemy się też całowali, ale już z przystawkami.

I obejmując ramieniem dość opiekłą małżonkę, dodał rzeczowo.

– Ona musi schudnąć.

U Boulant’a czekał nas zarezerwowany stół. Sala huczała wesołym gwarem. Stali bywalcy wiedzieli o obrzędzie ślubnym, powitali nas oklaskami. Markiewicz kłaniał się na wszystkie strony, przyjmując te dowody uznania na swój rachunek. I tak zaczął przepijać na wszystkie strony, że zanim podano rybę, już był wstawiony. Nieoczekiwanie zapiał jak kogut. Ze wszystkich kątów odpowiedziało namiętne gdakanie kokoszek. Andrzejewski, milczący i poważny, ryknął jak krowa, tęskniąca za swym cielęciem. Pstrokoński beczał niczym owca gwałcona przez wilka. Odpowiedziały szczekania psów, miauczenie kotów, gulgotanie indorów. Sala zamieniła się w domową menażerię. Przed wejściem do restauracji, na bulwarze, zatrzymywali się przechodnie. Pani Landowska-matka straciła poczucie rzeczywistości. Próbowała uśmiechać się, chwilami dobywała z siebie ciche kwilenie; trudno było odgadnąć czy to był udział w zabawie, czy skarga na los. 

Odwieźliśmy państwa młodych całą bandą do nowego mieszkanka, które wynajęli na przedpieklu paryskim, w pobliżu Porte Vincennes. Apartament składał się z dwóch szczuplutkich pokoików i schowanka, w którym dyskretnie taiła się kuchenka. Fortepian zajmował lwią część pierwszego pokoju; szeroki, niski tapczan wypełniał drugi. Garderoba i sprzęty gospodarskie kryły się w ściennych plakardach. Świeżo upieczona mężatka, niesłychanie przejęta nową rolą, zainaugurowała szatę domową, bajecznie kolorową i niewypowiedzianie sugestywną. Znów ozwały się ryki dzikich bestii. Lew z tajemniczych kryjówek wydostał kilka butelek bardzo słodkiego wina. Troski aprowizacyjne miały w ustroju małżeńskim wyłącznie jego obciążać. Wandzie obcymi były zainteresowania gospodarskie. Lew wykazał w następstwie dużą inwencję kulinarną. Szczególne zamiłowanie objawiał do słodkich zup i nie mniej słodkich sosów. Nie można było sprawić mu większej przyjemności, jak pytając, z czego zupa lub doprawka były zrobione. Uradowany odpowiadał:

– Niech pan zgadnie!

Ale najbujniejsza wyobraźnia nie starczyła, by rozróżnić ingrediencje, które mieszał, warzył, lub smażył. Wszystko zawsze było słodkie.Po kłopotliwych pierwszych latach, fortuna uśmiechnęła się młodemu małżeństwu. Moszkowski, opuszczając Paryż, przekazał Landowskiej swoje dobrze płatne lekcje. Zaczęła koncertować. Pod tym względem Paryż bywa terenem opornym. Landowska zwyciężyła. Wpadła na doskonały pomysł, artystycznie głębokiej wartości: postanowiła produkować arcydzieła starej muzyki na stylowych instrumentach, dla których były stworzone. Potwierdziła się jeszcze raz znana prawda, że w sztuce powodzenie osiąga nowa idea lub choćby – nowa forma. Zmysł dziennikarski Henryka Lwa zorientował się szybko w materiale propagandowym, jaki tkwił w pomyśle żony. Dotarł we wpływowych redakcjach do wpływowych współwyznawców. Talent Landowskiej dokonał reszty. Jej koncerty na klawikordzie stały się szlachetną, światową sensacją. Powodzenie przyniosło sławę i dobrobyt” (zob. W dzielnicy studenckiej (Polska cyganeria w Paryżu w latach 1897-1901). Ślub Wandy Landowskiej, „Express Lubelski i Wołyński, 1 stycznia 1938, s. 7 Stefana Krzywoszewskiego lub jego wspomnienia Długie życie, Warszawa 1947, s.142-144).

Landowska dająca prywatny koncert dla Lwa Tołstoja, 1907, fot. Sofija Tołstoj.

Zapowiedź koncertu Landowskiej w Lublinie, „Ziemia Lubelska”, nr 82, 1918.

Związek z Landowską otworzył zupełnie nowy rozdział w życiu Henryka Lwa i może właśnie dla podkreślenia tego przełomu Lew-małżonek niedługo po ślubie zmienił nazwisko na Lew-Landowski, imię zaś na wielkoświatowe Henri. Ale nie tylko w jego życiu zaszła głęboka przemiana. To właśnie razem z nim Landowska studiowała muzykę dawną i stare instrumenty, to on ze swoją samorodną inteligencją i głęboką intuicją prowadził ją po magazynach muzeów i wspólnie szukali klawesynu, na którym talent Landowskiej mógłby wybrzmieć w pełni. Owocem tych poszukiwań było dzieło Musique ancienne, które Lew-Landowscy popełnili w 1909 roku, klawesyn wykonany specjalnie dla Landowskiej przez sławną francuską wytwórnię Pleyel, ale też wielka kariera Landowskiej, która rozbłysła przy jego udziale i trwała kilkadziesiąt następnych lat.

Na temat życia państwa Lew-Landowskich zachowało się wiele opowieści i anegdot, jak chociażby ta o pokojówce, która za zgodą czy wręcz na prośbę Wandy została kochanką Henryka. „Proszę pozwolić, że przedstawię swego męża, pana Lwa, oraz tę oto damę, kochankę mego małżonka” – zwykła mawiać, jak zanotował jeden z jej biografów, Larry Palmer. Niemal legendarna jest jej podróż do majątku Lwa Tołstoja w Jasnej Polanie, gdzie – razem z mężem i wielką skrzynią z klawesynem – udała się w 1907 roku na zaproszenie pisarza. Marcelowi Proustowi, jak twierdzi Palmer, przedstawiono Landowską, gdy gryzła czyjś pośladek podczas któregoś z francuskich balów – ta dekadencja miała być podobno zasługą Lwa, który namawiał ją do doświadczania i eksperymentów, bez których, jego zdaniem, niemożliwy był prawdziwy rozwój artystyczny. Żadne anegdoty nie zachowały się niestety z wizyty Lew-Landowskich w Lublinie z początku marca 1918 roku, gdy już „wszechświatowej sławy” Landowska dała koncert w sali Resursy Kupieckiej przy Krakowskim Przedmieściu 62. Było to z pewnością wydarzenie niezwykłe, chyba bez precedensu w kulturalnej historii Lublina, ale dla „wszechświatowych” Lew-Landowskich, wszak odwykłych od prowincjonalnego zaścianka, wizyta w Lublinie mogła wiązać się z prawdziwym szokiem kulturowym. Dla Henryka Lwa, którego krewni może ciągle żyli i mieszkali w Lublinie, było to również pożegnanie z rodzinnym miastem, do którego miał już nigdy nie powrócić. Niemal dokładnie rok później, w kwietniu 1919 roku Henryk Lew zginął w Berlinie (Lew-Landowscy zamieszkali tam w 1912 roku) na Pariser Straße w wypadku samochodowym. To ironia, że badacza folkloru zabiła galopująca cywilizacja techniczna, choć spekuluje się również, że mógł być to zamach dokonany na komunizującym Lwie przez prawicowego radykała.

Spośród wielu zapomnianych postaci, które miały swój udział w kształtowaniu oblicza Lublina Henryk Lew jak mało kto zasługuje na pamięć. Nie był jednym z tych, którzy tylko się tutaj urodzili albo przez chwilę pomieszkiwali, Lew niemały kawałek życia poświęcił właśnie temu miastu. Lublin był może dla niego zbyt mały i za ciasny, ale dopóki tu mieszkał, nie udawał, że nie ma z Lublinem nic wspólnego. Rozpoczął żydowski ruch etnograficzny, był autorem jednych z pierwszych przekładów literatury żydowskiej na język polski i świetnym publicystą o dobrym piórze. Bez niego prawdopodobnie nie byłoby Wandy Landowskiej, która, gdy zabrakło u jej boku męża-impresario, który załatwiał wszystkie sprawy i organizował jej wyjazdy artystyczne, nagle musiała mierzyć się z niewyobrażalnym wcześniej kupowaniem biletów czy zamawianiem hoteli. W latach 30. Landowska związała się ze swoją uczennicą, Denise Restout, z którą wyemigrowała potem do USA, ale duch Lwa – jej przyjaciela, męża i bratniej duszy – wciąż unosił się nad jej karierą i artystycznym rozwojem. Był uosobieniem nieposkromionego intelektu, prawdziwego żaru i otwartości umysłu, które, bywało, znajdowały i wciąż czasem potrafią znaleźć dla siebie miejsce w Lublinie.

Henryk Lew – 1875-1919, reprodukcja za Die Dame mit dem Cembalo. Wanda Landowska und die Alte Musik (Berlin 2010) Martina Elste.