Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Teatr NN

Mauzoleum Osobliwości

„Spieszcie zwiedzić! Największy wybryk natury: żywego człowieka o głowie i twarzy zwierzęcej!”, pisano o Mauzoleum Osobliwości, które w marcu 1930 roku rozłożyło się w gmachu hotelu Victoria. Nieszczęśnikowi, któremu przypadł wątpliwy zaszczyt bycia główną atrakcją, towarzyszyło podobno tysiąc innych eksponatów. Trudno powiedzieć, co mogło się tam znaleźć – wypchane zwierzęta, preparaty zatopione w formalinie? A może guma japońska Bansay, woreczki z oczyma rakowemi, muchołapki miodowe, fałszywy balszem, wypłakane oko, lakmus polski, karneole, ametysty, rybka cygaretowa, tuczol, list do Mycraim, neo-fosfatyna i derkwikenisz w „Kwiku”?

Mauzoleum Osobliwości

Afisz reklamujący Mauzoleum Osobliwości, materiał pochodzi z Lubelskiego Archiwum Cyfrowego (lac.lublin.pl)

„Człowieka o głowie i twarzy zwierzęcej” albo „człowieka zwierzę”, jak pisano o nim po polsku, w prasie żydowskiej nazywano dosadniej – „mensz-chazer”, czyli po prostu „człowiek-świnia”. Nie wiadomo dokładnie, kim był i jak miał na imię. Jeśli wierzyć prasie, urodził się nieopodal znanej sadyby diabła, co miało pewnie sugerować, że jego ojcem mógł być sam Boruta. Kilka dni po jego przyjeździe do miasta, w „Lubliner Tugblat” ukazała się krótka notka na jego temat:

Dwadzieścia jeden lat ma ów osobnik. Przyszedł na świat we wsi niedaleko Łęczycy. Zauważywszy, że urodziło się z niej dziecko ze świńską głową, matka wzięła to stworzenie i zaniosła je do stodoły. Tam chowało się, zawsze nędzne i nagie razem ze zwierzętami i świniami. Po raz pierwszy musiano zrobić coś z tym »człowiekiem« podczas poboru, kiedy to trzeba było zawieźć go na komisję wojskową. W Łęczycy ludzie zbiegali się tysiącami oglądać to »dziwo«. W ostatnich tygodniach impresario obwoził stworzenie po miastach i tysiące ludzi przychodziły oglądać człowieka, który pokazuje swoją prawdziwą twarz…

(„Lubliner Tugblat”, nr 61, 12 marca 1930, przeł. Piotr Nazaruk)

Mauzoleum Osobliwości„Ziemia Lubelska”, nr 71, 15 marca 1930, Biblioteka Narodowa

Podobne „wybryki natury” zawsze fascynowały i jednocześnie budziły grozę. Przykłady można mnożyć w nieskończoność, ale mało kto nie słyszał chyba o sławnym Josephie Merricku, znanym powszechnie jako człowiek-słoń albo o człowieku-gąsienicy czy pół-chłopcu z Dziwolągów. Ten film z 1932 roku już dwa lata po jego amerykańskiej premierze można było zresztą zobaczyć w lubelskim kinie Adria, jednym z wcieleń kino-teatru mieszczącego się w obecnym Teatrze Starym. Oprócz człowieka-świni w „ekspozycji” Mauzoleum Osobliwości dużą atrakcję stanowiło żywe dziecko-kolos, czyli 10 latek ważący 250 funtów. Dziś taki wynik nie robi już chyba większego wrażenia, ot ledwie ponad 120 kilogramów, ale przed wojną chłopca nazywano bez ogródek największym fenomenem XX wieku. Wśród innych atrakcji wymienić można panoptikum, eksponaty anatomiczne, patologiczne, zatopione w słojach embriony i dział chorób wenerycznych. Najpewniej ten ostatni cieszył się ogromnym powodzeniem, szczególnie wśród dziewcząt i chłopców, zawsze zainteresowanych – nawet zgubnymi – skutkami najciekawszej z ludzkich aktywności.

Swoją drogą mało kto wie, że przed wojną reklamy prezerwatyw umieszczano na pierwszych stronach gazet i nikogo to chyba wówczas specjalnie nie raziło. Zazwyczaj kamuflowano je eufemizmami w rodzaju „gum?” (z nieodłącznym i dziwnym znakiem zapytania), ale czasem pisano wprost „prezerwatywy”. Rozwój rynku „wyrobów gumowych” zbiegł się z modą na Japonię, więc w nazwach królowały riksze, banzaj i wizerunki gejsz. Wśród haseł reklamujących prezerwatywy znaleźć można takie perły: „Przezorny i elegancki pan używa tylko gum? Bansay”, „Jak jedwab delikatne, jak żelazo trwałe, jedynie tylko OLLA są tak doskonałe”, czy wreszcie szczere: „Japońska najlepsza guma extra Bansay zapewnia ci spokój ducha i zdrowie”. W Lublinie preferowano chyba wyroby ostatniego gatunku, bo właśnie reklam Bansay można znaleźć najwięcej w lokalnej prasie. W 1933 roku w fabryce tych prezerwatyw wybuch skądinąd strajk. Warszawski „Robotnik” pisał, że nowy właściciel, niejaki J. Cymerman, „na słuszne żądanie podwyższenia głodowych płac odpowiedział masowym wymówieniem pracy”. Cóż, prawa pracowników należały przed wojną często jedynie do sfery fantazji i trudno sobie nawet wyobrazić w jak ciężkich warunkach pracowali nasi przodkowie.

Reklamy prezerwatywReklamy gum? z lubelskiej prasy, Biblioteka Narodowa

Jedynie tylko Olla

„Nasz Przegląd”, nr 123, 3 maja 1930, Biblioteka Narodowa

Popyt na prezerwatywy był w każdym razie spory, a na pewno nie szkodziły mu wytwory ówczesnej popkultury. Modne przed wojną powieści w odcinkach prawie zawsze dotyczyły zdrady, niespełnionej namiętności i wewnętrznej walki z fantazjami erotycznymi. Tytuły niektórych książek publikowanych w lubelskich gazetach żydowskich mówią same za siebie: Opgenarte libe (Oszukana miłość), Hungerige hercer (Głodne serca), Wen di froj iz elter farn man (Gdy kobieta jest starsza od mężczyzny), Farsztosene un obgenarte (Odrzucona i oszukana), A mans zind (Grzech mężczyzny), czy Di froj fun der nacht (Kobieta nocy). Równie ekscytujące musiały być przed wojną filmy: Ostatni romans (obrazek z życia rosyjskiego), Pokusa, egzotyczny obraz Kochanka Tahiti, czy wreszcie rewie w rodzaju niesfornie zatytułowanego widowiska Przez dziurko (sic!) od klucza.

W płomieniach namiętności...W płomieniach namiętności, skowyt upadłej żydowskiej kobiety… winieta książki publikowanej w odcinkach na łamach gazety „Grodner Radjo”, Biblioteka Narodowa

Częściej od prezerwatyw reklamowano jednak przeróżne leki i środki medyczno-kosmetyczne, których producenci prześcigali się w nadawaniu swoim specyfikom najdziwniejszych nazw. Klawiol na odciski, Scabioforn-Orlański na świerzba, Skinol na wywabianie plam, Sudoryn na pocenie, Granulki Rusyanna na duszności, mączka odżywcza Neo-Fosfatyna i Emulsja Scotta na wszelkie dolegliwości dzieci, czy wreszcie Zioła z Gór Harcu na wszystko w ogóle. Nic chyba jednak nie przebije produkowanego przy ulicy Bychawskiej w Lublinie środka do tuczenia zwierząt o wdzięcznej i prostej nazwie Tuczol. Gdyby mimo wszystko nazwa specyfiku wydawała się komuś myląca, na etykiecie umieszczano dostojnie utuczoną świnię.

Zioła z Gór Harcu

Ratujcie zdrowie! Ratewet dos gezund! Reklamy ziół dr Laudera z „Ziemi Lubelskiej” i „Lubliner Tugblat”, Biblioteka Narodowa

SkinolSkinol, „Lubliner Tugblat”, nr 130, 5 czerwca 1928, Biblioteka Narodowa

TuczolEtykieta Tuczolu, „Wiadomości Urzędu Patentowego”, nr 12, 1930, Urząd Patentowy Rzeczypospolitej Polskiej

Przeglądanie „Wiadomości Urzędu Patentowego” już samo w sobie jest zajęciem fascynującym, ale może także skłaniać do interesujących przemyśleń na temat przedwojennego Lublina. W dziale znaków towarowych znaleźć można kilka naprawdę ładnych wzorów etykiet i opakowań produktów wytwarzanych w Lublinie. Na uwagę zasługuje z pewnością design Lakmusu Polskiego, czyli farbki do tkanin produkcji Lejba Federbusza czy uroczej bibułki do papierosów Złota Rybka Mojżesza Celnikiera. Wolf Cukierfajn na etykietce swojego Miodu Staropolskiego umieszczał nawet medal z wizerunkiem cesarza Mikołaja II z 1908 roku i robił to nieprzypadkowo, bo w owych czasach Rosja ciągle kojarzyła się z imperialnym smakiem wysokiej jakości produktów kolonialnych.

Lakmus PolskiLakmus Polski Lejba Federbusza, „Wiadomości Urzędu Patentowego”, nr 7-8, 1938, Urząd Patentowy Rzeczypospolitej Polskiej

Złota Rybka „trade marke"

Rybka Mojżesza Celnikiera, „Wiadomości Urzędu Patentowego”, nr 2, 1926, Urząd Patentowy Rzeczypospolitej Polskiej

Uwagę zwraca jednak także coś innego. Otóż można odnieść wrażenie, że przedwojenny Lublin był potęgą w dziedzinie produkcji muchołapek. W kolejnych numerach „Wiadomości” mnożą się nowe wzory wyrobów z fabryk Bengal i Lepa: muchołapka miodowa, muchołapka miodowa ze sztyfcikiem, muchołapka z pelikanem i tak dalej. Skoro wprowadzano nowe nazwy i opakowania, produkt musiał się sprzedawać. Lublin przez większość swojej historii spowity był mgłami i miazmatami unoszącymi się z rzek, stawów, grzęzawisk, a w średniowieczu także znajdujących się w centrum miasta cmentarzy – warunki idealne do rozwoju much, nic więc dziwnego, że walka z ich plagą wymagała masowej produkcji lepów i pułapek. A może chodziło o coś więcej, o walkę z siłami, których muchy były jedynie ziemską manifestacją? Może prawdziwym celem tych karkołomnych zabiegów było wytępienie samego Belzebuba, władcy much? Ten generał piekielny przynajmniej raz widziany był w Lublinie osobiście i nie są to wcale żarty. Sprawę w 1927 roku opisała „Ziemia Lubelska”:

Demoniczny żydek – czy można inaczej określić tajemniczego osobnika, wyznania mojżeszowego, który w podstępny sposób usiłował wymusić na panu Adolfie Abramowiczu 50 zł? Demoniczny żydek zahipnotyzował biednego Dolfka, który z przestrachu nie mógł ruszyć ani ręką, ani nogą, ani w ogóle czymkolwiek bądź. Na szczęście nie posiadał Adolf żadnej sumy. Wówczas żydek w dalszym ciągu demoniczny, zagroził mu pobiciem o ile nie przyniesie żądanej sumy na omówione miejsce. Kiedy żydek znikł poczuł Adolf ulgę. Poleciał do Komisarjatu i dokumentnie opowiedział powyższe. Jeden ze zdolnych detektywów lubelskich stwierdził, że tym żydkiem był poprostu Belzebub i stąd utrudnienie w poszukiwaniu. Tyle jest śladów kopyt na brukach lubelskich!

(Demoniczny żydek, „Ziemia Lubelska”, nr 120, 3 maja 1927)

Muchołapki Bengal i Lepa z LublinaLubelskie muchołapki Bengal i Lepa, „Wiadomości Urzędu Patentowego”, nr 2, 1933; nr 7-8, 1937, Urząd Patentowy Rzeczypospolitej Polskiej

Siły ciemności zagrażały ludziom od zawsze, stąd wszystkie kultury próbowały się przed nimi bronić. Żydzi, tak samo jak chrześcijanie, mnożyli przesądy i zabobony dotyczące najróżniejszych uroków, chorób, diabelskich podstępów i ludowych rytuałów, które miały im zaradzić. Bardzo interesujący opis żydowskich praktyk i przedmiotów magicznych z Lubelszczyzny znaleźć można na łamach czasopisma „Izraelita” z 1898 roku. Relacjonując wystawę „ludoznawstwa żydowskiego” w Muzeum Etnograficznym w Warszawie, gazeta opisała gablotę przygotowaną przez lubelskiego etnografa Henryka Lwa. Znaleźć się w niej miały:

Bajtełe mit raken-ojgen, t. j. woreczek z oczyma rakowemi, zawieszony na szyi zabezpieczać ma od wielu chorób; pierścionki palmowe, zabezpieczające od cholery; Szyr-hamałos, kartki dla ochrony położnic od złych duchów; magnes, noszony na szyi przez kobiety ciężarne zabezpiecza od poronienia; warache, bursztyn zamawiany przez cadyka do kadzenia, jako środek zabezpieczający we wszystkich chorobach; geszlider, naszyjnik z paciorków bursztynowych i muszelek, noszony przez dzieci zabezpiecza je od uroków i bólu zębów i róża, amulet mający pomagać w cierpieniu zwanem różą.

(„Izraelita”, nr 26, 26 czerwca (8 lipca) 1898)

Oprócz tego na wystawie zobaczyć można było:

Kredę do wyprowadzania cholery; pas miedziany od cholery; naszyjnik od zimnicy, fabrykowany z krążków korzenia chrzanowego; naszyjnik szczęście przynoszący z przedziurawionych monet; naszyjnik bursztynowy od bólu oczów; meerkopf, muszla zwana głową morską, noszona na piersiach pomaga od wodnej puchliny; bajtełe od konwulsji, mały woreczek zawierający: piórko z żywem srebrem, wełnę z ogona czarnego psa, czarcie łajno, ziele ruty i bursztyn w proszku; bajtełe od uroków, zawierający: pieprz, sól, żywe srebro i połamane igły; nos z lisa, noszony na piersiach ma zabezpieczać od uroków; kość ze skrzydła koguta lub gąsiora, kury lub gęsi, stosownie do płci dziecięcia, noszona na piersiach ma chronić od złego oka; obrączka z miotły (witka na miotle), zawieszona na piersiach dziecka przy wymiotach ma posiadać właściwości tamowania tego objawu; wreszcie Sternschuss, czyli perła gwiazdy, t. j. paciorek, który miał spaść podczas oczyszczania się gwiazdy, noszony przez ciężarną ma chronić ją od poronienia.

(„Izraelita”, nr 26, 26 czerwca (8 lipca) 1898)

Amulet żydowskiAmulet żydowski, ze zbiorów Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, Centralna Baza Judaików

Dwadzieścia lat wcześniej Herc Najmanowicz z Lublina opisał na łamach „Izraelity” przypadek pewnego objazdowego maga, który nawiedził w latach 70. XIX wieku Lubelszczyznę. „Wędrowny jakiś cudotwórca z Cesarstwa – pisał Najmanowicz – nadający sobie miano Balszem [dosł. Mistrz Boskiego Imienia – przyp.], zawitał temi czasy do naszej okolicy, by cudownie zręcznym sposobem i nasz łatwowierny lud eksploatować”. Pierwszym miastem, w które udał się cudotwórca był Chełm, ale zanim zjawił się w mieście, „stugębna fama” rozniosła w nim doniesienia o wszelkich uzdrowieniach, których miał dokonywać. Po takiej reklamie na spotkanie z Mistrzem stawiły się oczywiście tłumy. Radę miał prostą: „kazał każdemu przynieść sobie kilka łutów szczerego złota – im więcej, tym skuteczniej. Złoto to niby wkładał do koperty, tę znowu do woreczka i zmówiwszy nad tymże niezrozumiałe jakieś słowa, kazał nosić choremu ten amulet na szyi aż do wyzdrowienia, co najdalej trzeciego dnia miało nastąpić”. Kiedy po trzech dniach choroby nie ustępowały, Chełmianie otworzyli amulety i zamiast złota, znaleźli tam kilka gałązek krwawnika pomieszanych z watą. Święty mąż tymczasem gdzieś znikł i nie dało się go znaleźć. W końcu zjawił się w Lublinie, gdzie proponował podobne usługi. Niestety, wkrótce nadeszły ponure dla niego wiadomości z Chełma i karierę Balszema zakończył w areszcie.

Na marginesie, korespondencja Najmanowicza i innych XIX wiecznych maskilów w „Izraelicie” daje bardzo ciekawy wgląd w polsko-żydowskie życie w Lublinie w ostatnich dekadach zaboru rosyjskiego. Sam Najmanowicz, jak się zdaje, prowadził w Lublinie rodzaj biura pisania podań albo po prostu zgłaszano się do niego, jako „piśmiennego w językach”. W marcu 1877 roku odwiedziła go pewna starsza kobieta, która poprosiła o zaadresowanie listu do syna, „ale z taką forsą, ażeby niezawodnie doszedł do adresata. -Do jakiego to miasta, matko? – zapytał, na co powiedziała: -Do Mycraim!”. „Mycraim” to oczywiście żydowska nazwa Egiptu, z którego kobieta otrzymała list od syna. Jak się okazało, wyjechał przed 17 laty, ponieważ nie chciał zgodzić się na przymusowe małżeństwo z dziewczyną, wybraną mu przez matkę. Wędrował z paroma rublami w kieszeni, a ponieważ miał do czynienia z introligatorstwem, wszędzie po drodze zarabiał w tym zawodzie i kształcił się w rzemiośle. W końcu zawędrował do Kairu, gdzie ożenił się, dostał niezłą pracę i, co najważniejsze, pozostał wiernym Żydem. Nie każda z lubelskich matek miała jednak tyle szczęścia. W 1876 roku niejaki J. G. opisał historię pewnego żydowskiego chłopaka z Guberni Lubelskiej, który potajemnie zaczął uczyć się języka polskiego. Nakrywszy go na gorącym uczynku z trefnymi książkami pod kołdrą, bogobojny ojciec przeklął go i wypędził z domu. Matka chłopaka podobno tak długo za nim płakała, że wypłakała oko – „zaręczam fakt rzeczywisty, bez żadnych ozdób retorycznych”, pisał korespondent. Kto by pomyślał, że nauka polskiego może przynieść tak zgubne rezultaty? W XIX wieku jednak zabobony i przesądy były wśród prostych Żydów bardzo silne, a jednym z nich był z pewnością paniczny strach przed asymilacją.

W dwudziestoleciu międzywojennym magię ludową stopniowo zaczęła wypierać ezoteryka. Prasa w tym okresie roiła się od anonsów przeróżnych wróżek i wróżbitów, czytających ludzkie losy z sobie tylko zrozumiałych znaków. W 1932 roku na pierwszej stronie „Lubliner Tugblat” znalazło się ciekawe ogłoszenie „światowej sławy” chiromantki, która wróżyła z rąk i lustrzanego odbicia, zgadywała przeszłość i teraźniejszość, a także przepowiadała powodzenie w życiu, miłości, podróżach, interesach i życiu rodzinnym. Jakby tego było mało, mogła wróżyć także z listów i fotografii oraz dawała najlepsze rady we wszelkich możliwych sprawach. Dokonywała tego w godzinach od 9 rano do 21 przy ulicy Królewskiej 13/3, a przystępne ceny seansów zaczynały się już od złotówki. Jedni korzystali z usług chiromantek, inni hipnotyzerów, jak chociażby Mieczysława Lo-Kittaya, który potrafił podobno wytwarzać zbiorowe iluzje przenoszenia się w czasie i przestrzeni. Lo-Kittay kilkukrotnie gościł w Lublinie, a przez współczesnych nazywany był białym fakirem, ponieważ jako jedyny Europejczyk mógł mierzyć się z mistrzami tych praktyk z Indii. Jeszcze inni woleli zwyczajnie pójść do jasnowidza i telepaty, na przykład bardzo znanego przed wojną Władzia Zwirlicza, który pod koniec lat 20. występował w lubelskim Corso.

Władzio ZwirliczAfisz reklamujący występy jasnowidza, medium i telepaty Władzia Zwirlicza w Wilnie, Biblioteka Narodowa

Niektórzy wcale nie chcieli chronić się od ciemności, a wręcz przeciwnie – ciągnęła ich i pochłaniała. Z obaw, ale i fascynacji grozą i nieznanym swoje źródło czerpie cała literatura fantastyczna z kanonicznymi Frankensteinem Mary Shelley i Drakulą Brama Stokera, ekranizowanymi z powodzeniem na długo przed II wojną światową. W styczniu 1931 roku na pierwszej stronie tygodnika „Lubliner Sztyme” ukazała się dość zagadkowa notka, w zasadzie anons Mojżesza Wajsmana, znanego działacza lubelskiego Bundu. „Jeśli ktoś znajdzie książkę Wampir Hannsa Ewersa – pisał Wajsman – proszony jest o dostarczenie jej do redakcji lub bezpośrednio do mnie”. Wampir, powieść zdziczenia z strzępów i barw Ewersa to mało znana i bardzo trudno dostępna książka, której główny bohater, Frank Braun, zamienia się w wampira po wypiciu krwi żydowskiej kochanki. Książka ukazała się po polsku we Lwowie w 1922 roku, niedługo po jej premierze w Niemczech. Wajsman jednak szukał zapewne wydania w jidysz, które ukazało się w 1928 roku w Warszawie w przekładzie Elima Bronsztajna. W wydaniu tym zachowano bardzo interesujące winiety poszczególnych rozdziałów, których tytułami są nazwy minerałów: opale, beryle, karneole, szmaragdy, turkusy, szafiry, kryształy, hiacynty, selenity, topazy, diamenty, heliotropy, ametysty, obsydiany i wreszcie hematyty. Trudno byłoby nawet wyliczyć wszystkie magiczne właściwości i konotacje tych kamieni. Nie wiadomo w każdym razie, czy Wajsman swojego Wampira zgubił, czy chciał od kogoś pożyczyć. Żeby trafić na tę stronę, egzemplarz książki przeszedł długą drogę: z II filii biblioteki Renesans przy ulicy Karmelickiej 30 w Warszawie trafił prawdopodobnie do Żydowskiej Biblioteki i Czytelni Społecznej w Koninie, następnie przez Bibliotekę im. Pereca w Łodzi do Wypożyczalni Książek łódzkiego oddziału Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce, a stamtąd do Biblioteki Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie. Zakreślił zatem niemal mistyczny krąg nad Polską. Sam Ewers był pisarzem bardzo interesującym i swego czasu niezwykle modnym, natomiast dziś jest w zasadzie zapomniany. Smaczku jego biografii dodaje fakt, że był nazistą, natomiast z NSDAP poróżniła go niechęć do antysemityzmu. Za jego najsłynniejszą książkę uchodzi wydana w 1911 roku Alraune, czyli z niemiecka „mandragora”. Powieść, tym razem przetworzenie historii doktora Frankensteina, opowiada o profesorze Jakobie ten Brinkenie, który zapładnia prostytutkę nasieniem powieszonego skazańca. Powstała w ten sposób Alraune wyrasta na femme fatale cierpiącą na seksualne obsesje, a kiedy poznaje prawdę o swoim pochodzeniu, mści się na swoim twórcy. Ekranizację powieści z 1928 roku w reżyserii Henrika Galeena można było zobaczyć w marcu 1930 roku w lubelskim kinie Wiedza, podobnie jak wspominana wcześniej Adria, także mieszczącym się w gmachu Teatru Starego.

Opale Turkusy HiacyntyOpaln, turkisn, hiacintn… winiety rozdziałów jidyszowego wydania Wampira Hannsa Ewersa, Biblioteka Żydowskiego Instytutu Historycznego

Czytając przedwojenną prasę żydowską można natknąć się na osobliwości także innego rodzaju. Pod koniec lat 30. na przykład często reklamował się koszerny bar Kwik z siedzibą przy Kościuszki 7, usytuowany swoją drogą vis-à-vis redakcji antysemickiego „Głosu Lubelskiego”. Koszerny bar z odgłosem najbardziej trefnego zwierzęcia w nazwie? Zapisane jest קװיק – „kwik” jak wół. Widać jego właściciel, niejaki Westler, miał poczucie humoru. A może chodziło o coś innego? W noc sylwestrową 1938/1939 Kwik poszerzył swoją działalność o cukiernię, reklamowaną jako pierwsza żydowska cukiernia w mieście. „Lubliner Tugblat” umieścił z tej okazji (zapewne sponsorowaną) notkę A derkwikenisz in Kwik”. Samo „kwikn” po żydowsku znaczy mniej więcej tyle, co cieszyć się, delektować; „derkwikenisz” można by chyba w tym kontekście przetłumaczyć jako zadowolenie osiągane po obżarstwie ciastkami. W nazwie chodzi zatem o polsko-jidyszową grę słów? Być może, ale „lektura” kolejnych reklam przyniosła nieoczekiwane rozwiązanie. Tak naprawdę bar nazywał się Quick, a cała sprawa z kwikiem wynika z ogólnej jidyszowej zasady „piszesz, jak słyszysz”. Na to nałożyła się słaba znajomości angielskiego, połączona z dużą modą na ten język. Powstał więc potworek, fonetyczny zapis angielskiego słowa, wymawianego jednak nie po angielsku, ale na modłę łacińską, zupełnie jak Kwintus, Kwirynał czy Quo Vadis. Z drugiej strony nie ma w zasadzie dobrego sposobu na zapisanie tego słowa alfabetem używanym w jidysz.

Tym samym zatoczyliśmy pełne koło. Od człowieka, który nie był świnią, do Quicku, który nie miał nic wspólnego z kwikiem.

Kwik QuickKwik (קװיק) i Quick, reklamy baru publikowane na łamach „Lubliner Tugblat”, Biblioteka Narodowa