Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Teatr NN

Muzyka Jontla Szpilmana

Kiedy pod koniec 2020 roku pracowałem nad naszą najnowszą publikacją Izraelita lubelski, na dłuższą chwilę zatrzymałem się przy jednej z korespondencji do „Izraelity” z czerwca 1885 roku. List wybitnego maskila Herca Najmanowicza dotyczył budowy nowego szpitala żydowskiego w Lublinie, co już samo w sobie było interesujące w roku epidemii, ale przypomniał mi też Jontla Szpilmana – muzyka, którego orkiestra grała podczas uroczystości położenia kamienia węgielnego pod gmach nowej placówki. Chociaż dzisiaj Szpilman jest zupełnie zapomniany, kiedyś talent i sława zapewniły mu przydomek Jontla Klezmera, dźwięk jego skrzypiec uświetnił wizytę cesarza Aleksandra II w Warszawie, co najważniejsze zaś dla nas, na kilka dziesięcioleci los związał go z Lublinem. Dziś, niemal 130 lat od jego śmierci, kiedy już tylko echo wspomina go czasem w przypisach historyków, po raz pierwszy od niemych dekad rozbrzmiewa również muzyka Jontla Szpilmana.

Fragment rękopisu Jontla Szpilmana z jego kompozycją do modlitwy Jiru eineinu, 1893, zbiory Yivo Institute for Jewish Research. Poniżej wykonanie tego utworu w wersji na pianino i na skrzypce (wyk. Zeke Levine).

 

 

Szpilman urodził się w 1827 roku w Międzyrzecu Podlaskim i był obywatelem swoich czasów, często podróżował i bywał; grał i śpiewał po karczmach, weselach i dworach, w końcu został kantorem synagogalnym i założył własną orkiestrę czy też kompanię klezmerską, z którą występował w lubelskim teatrze i objeżdżał tzw. prowincję. Mieszkał i koncertował przez dłuższy czas w Siedlcach, przez kilka letnich sezonów bawił również w Nałęczowie, ale jeżeli któreś z miast nazywał domem, z pewnością był to Lublin. To właśnie tutaj spędził, różnie licząc, 25-35 lat, niemal połowę swojego życia; tutaj również komponował – utwory synagogalne i pieśni szabasowe, ale też muzykę świecką, teatralną, jak choćby uwerturę do Bar Kochby Abrahama Goldfadena (od niego swój triumfalny pochód rozpoczął żydowski teatr!), która to sztuka była zawoalowanym komentarzem do sytuacji Żydów w cesarstwie. Muzyce Szpilman był chyba przeznaczony – bo chociaż pochodził z rodziny o długich tradycjach klezmerskich, jego ojciec Jencze lub Jontele (Jakow albo jak kto woli Jankiel, również znany muzykant) widział go raczej jako uczonego w Piśmie, trzymał z dala od instrumentów i latami łożył na studia w międzyrzeckiej jesziwie. Muzyka była jednak we krwi młodego Jontla, chłopak potajemnie chwytał ojcowskie skrzypce i, nie znając nut, sam wyuczył się gry. Jak wyjaśnił na konferencji w Waszyngtonie w 2008 roku prof. Joel E. Rubin, kierownik wydziału muzycznego University of Virginia, uznany badacz muzyki klezmerskiej oraz praktykujący muzyk, ojciec Szpilmana nie zdołał odciągnąć syna od skrzypiec, ponieważ wkrótce po odkryciu jego zainteresowań ciężko zachorował i wcześnie osierocił rodzinę. Chociaż Jontel nie był najstarszym dzieckiem Szpilmanów, to właśnie on po śmierci ojca został głową rodziny – wykształcił w grze na basie i skrzypcach swoich braci, zawiązał orkiestrę i dopiero potem, po latach, kiedy był już uznanym grajkiem weselnym, nauczył się zapisu nutowego od jakiegoś wojskowego kapelmistrza. To właśnie otworzyło mu drogę do samodzielnego komponowania, a z czasem dało sławę i miano jednego z najlepszych i najbardziej archetypowych klezmerów z XIX wieku.

O życiu Jontla Szpilmana zachowało się wiele wzmianek, jak chociażby ta z czerwca 1885 roku o położeniu kamienia węgielnego pod budowę nowego szpitala, podczas której to ceremonii Jontel i jego orkiestra odegrali Boże, zachowaj cara. O okresie siedleckim Szpilmana w ten sposób w październiku 1856 roku pisał z kolei niejaki Pająk z Podlasia, korespondent siedlecki do „Gazety Codziennej” (nr 281, 25 października, s. 2):

„Poczciwy Jontel zagląda tutaj czasami ze swą kompaniją, grywając dniem i wieczorami w miejscowej cukierni, ale i on nieborak długo popasać nie może; znajduje zaraz mnóstwo krytykujących jego grę, na której obronę przecież coś powiedzieć można. Jak na prowincjonalną muzykę żydowską, muzyka międzyrzecka jest dobrą, bo Jontel nie żałuje pieniędzy na nowe nuty. Można go słyszeć zawsze grającego nową polkę, nowego mazura, walca, wyjątki z nowszych oper, i jakie lepsze utwory. Przytem zamiast spędzać czas wolny od zarobkowania na spekulacyach z kredką, jak robią inni, exercytuje się w grze ze swojem towarzystwem, co gdzie indziej ocenionem jest zapewne, ale u nas nie może długo zabawić. To też zapakowawszy wygodnie Marysię i resztę instrumentów ucieka do rodzinnego miasta… on… jedyny prorok oceniony między swemi”.

Targ w Siedlcach, chociaż fotografia pochodzi z wieku XX, miasto wciąż tkwi w XIX. Fot. B. Sadowski, zbiory Marcina i Pawła Mielczarka.

Obszerny artykuł o życiu i twórczości Jontla oraz wspomnianym na początku spotkaniu z imperatorem, w styczniu 1928 opublikował z kolei Menachem Kipnis, płodny dziennikarz, dziś powiedzielibyśmy muzyczny, folklorysta a także utalentowany śpiewak. Kipnis pisał między innymi (Idisze klezmer in Pojlen (a serie berihmtkajten), 1. Jontel Klezmer, „Hajnt”, nr 12B, 18, 13 i 20 stycznia 1928):

„Jontew Dow Szpilman, mąż z Międzyrzeca – jak zwykł określać samego siebie i którym to przydługim imieniem podpisywał swoje utwory – czy też Jontele Klezmer, jak nazywała go cała Warszawa, znany był dobrze także w Lublinie, Międzyrzecu i Siedlcach, gdzie mieszkał przez lata. Kim Pedahcur był dla Berdyczowa i całego Podola i Wołynia – Kipnis wspomina tu innego zapomnianego muzyka z XIX wieku – tym Jontel Klezmer dla wymienionych miejscowości. Pedahcur był może większym wirtuozem gry i specyficznie żydowskiego stylu, Jontel Klezmer jednak posiadał pewne zalety, których brakowało Pedahcurowi.

Urodził się Jontel Klezmer w Międzyrzecu w roku 1827 jako syn cenionego muzykanta, który dał swemu dziecku tradycyjne żydowskie wychowanie i pragnął, aby syn jego zajmował się studiowaniem Pisma, stąd przez długie lata trzymał go w międzyrzeckiej jedziwie. Młody Jontel czuł jednak pociąg do skrzypiec i będąc jeszcze w jesziwie, od czasu do czasu sam uczył się gry na tym instrumencie. W końcu Tora i skrzypce zlały się u niego w jedno, a kiedy opuścił jesziwę, za swój fach obrał muzykowanie.

Jontel ożenił się w młodym wieku, wystawił własną kompanię klezmerów i przeniósł się do Lublina, gdzie grał po weselach i wkrótce zyskał uznanie, nie tylko zresztą wśród Żydów. Miejscowi szlachcice zapraszali go do występów na ślubach i balach i tak sława kompanii Jontla rozchodziła się po całej okolicy. Mieć Jontla na swoim weselu było nie lada zaszczytem dla całej rodziny, a przede wszystkim dla panien młodych, które latami wspominały potem, że Jontel Klezmer grał na ich ślubie. Jak relacjonował piszącemu te słowa pewien lubelski Żyd, Szpilman cieszył się takim szacunkiem i uznaniem, że kiedy grał podczas wieczerzy weselnej, wszyscy odkładali sztućce.

Przez trzydzieści pięć lat prowadził swoją kompanię klezmerską w Lublinie. Nie zadowalał się jednak graniem cudzych utworów, ale komponował sam. Skrzypce były jego drugą duszą, a serce ciągnęło go ku religii; biorąc na warsztat żydowskie modlitwy, wypracował więc swoją własną formę muzyczną, komponował do modlitw muzykę przeznaczoną do śpiewu oraz towarzyszące jej ilustracje skrzypcowe — w ten jednak sposób, że to muzyka, a muzyka skrzypcowa w szczególności, stanowiła ich zasadniczy trzon, śpiew natomiast jedynie dodatek. I właśnie tymi kompozycjami muzyczno-wokalnym swojego autorstwa Jontel raczył publiczność na weselach i żydowskich uroczystościach. Wykonywał je w Lublinie z Josele Badchenem, śpiewakiem modlitw [badchen, badchan lub marszalik to ludowy poeta, żartowniś, przede wszystkim mistrz ślubnej ceremonii zabawiający gości weselnych lub innych uroczystości – red.]. W ostatnich latach swego życia występował w Warszawie ze słynnym badchenem Nojachem Nasielskerem i Chaimem Zingerem, który po śmierci Jontla wyjechał do Ameryki, gdzie został sławnym marszalikiem. Trzeba jednak wspomnieć, że kompozycje modlitewne Jontla nie były wcale łatwe i wielu wykonujących je badchenów musiało umieć dobrze śpiewać i dysponować odpowiednim głosem.

Fragment kompozycji Szpilmana z jego odręcznymi notatkami przedrukowany w artykule Kipnisa, „Hajnt”, 20 stycznia 1928.

Tego rodzaju klezmerskich modlitw – pisze dalej Kipnis – Jontel opracował całkiem sporo. U jego wnuka, Chone Szpilmana, który jest wiolonczelistą w orkiestrze symfonicznej Filharmonii Warszawskiej, widziałem całą partyturę z kompozycjami Jontla na skrzypce i śpiew (bez partii na fortepian) oraz bardzo wiele modlitw i pieśni szabasowych rozpisanych na śpiew i skrzypce w towarzystwie podwójnego kwartetu smyczkowego, altówki, basu, fletu, klarnetu, trąbki oraz puzonu, dużego i małego bębna, dzwonków, trójkąta, tamburyno i tam-tamu, rodzaju gongu. Ten ostatni instrument Szpilman wykorzystał na przykład w swoim utworze zatytułowanym Północ, gdzie tam-tamu używa do pokazania zegara wybijającego dwunastą w nocy. Większość swoich utworów rozpisał jednak wyłącznie na skrzypce i głos i, jak już wcześniej wspomniałem, skrzypce grały tam wiodącą rolę.

Jontel i jego kompania klezmerska cieszyli się uznaniem nie tylko na polu muzyki żydowskiej – często zapraszano ich więc do występów na deskach lubelskiego teatru, grywali również w teatrze w Nałęczowie. Angażowano ich ponadto do występów w teatrach warszawskich, a kiedy w 1878 roku w Warszawie bawił Aleksander II, Szpilman ze swoją orkiestrą grał na jego cześć z balkonu rosyjskiego gimnazjum przy Krakowskim Przedmieściu.

Do Warszawy przeniósł się na stałe na kilka lat przed swoją śmiercią i szybko zyskał w stolicy niemałą sławę dzięki koncertom w salach weselnych za Żelazną Bramą i przy Dzielnej 7 (obecnie znajduje się tam synagoga Moriah). Podczas tych koncertów Jonel Klezmer »zaprzyjaźnił się« z nikim innym a Meyerbeerem, Verdim i tym podobnymi. Leży przede mną program jednego z koncertów, który dał w sali przy Dzielnej 7 w październiku 1891 roku za zezwoleniem ówczesnego naczelnika warszawskiej policji generała majora Klejgelsa. Program wydrukowano tylko po rosyjsku i niemiecku, z dwunastu wykonywanych wówczas numerów pięć było Meyerbeera, Aubera i Verdiego, a siedem Jontla – ułożone w ten sposób, że utwory tych pierwszych zawsze oddzielone były jego kompozycjami. Wygląda to na przyzwoite towarzystwo, Meyerbeer, Verdi i Jontel Klezmer – całkiem nieźli kompozytorzy z XIX wieku…

Był Jontel ciekawym typem człowieka z żydowskiego ludu. Wysoki Żyd z dostojną brodą, lokami zarzuconymi na plecy, który nawet w dni powszednie nosił się w cylindrze – sprawiał wrażenie oryginalnej osobistości, jakby arystokraty, inteligenta i klezmera najlepszego sortu. Był najpopularniejszym i najciekawszym żydowskim muzykantem w całej Warszawie, Lublinie i Międzyrzecu oraz wybitnym przedstawicielem uzdolnionej rodziny Szpilmanów. Do dziś zresztą wielu muzyków z tej rodziny występuje pod jego imieniem – często dosłownie przyjmując jego imię – jak pod szyldem znanej firmy…

Minęło trzydzieści pięć lat od śmierci Jotnla Klezmera, jego utwory i postać są jednak wciąż żywe u ludu. Co ciekawe, nie istnieje i nie istniała ani jedna fotografia Jontla, gdyż nigdy nie pozwalał robić sobie zdjęć – ze względu na przykazanie »Nie czyń sobie podobizny rzeźbionej czegokolwiek, co jest na niebie w górze, i na ziemi w dole, i tego, co jest w wodzie pod ziemią«”.

Chociaż nie powstało ani jedno zdjęcie Jontla Szpilmana, przypominał on może Pejsacha Sznicera, wirtuoza skrzypiec i ostatniego ucznia wspomnianego Pedahcura; Sznicer, również zwany Klezmerem, w 1934 roku występował w lubelskim kino-teatrze Palace. Daniel Kac, Fun asz arojsgerufn, Warszawa 1983.

W zbiorach Yivo Institute for Jewish Research w Nowym Jorku zachowała się dziesięciostronicowa biografia Jontla Szpilmana pióra Samuela Szpilmana, jego bratanka (syna Lejbusia Szpilmana, także klezmera osiadłego po śmierci Jontla w Siedlcach), który jako młody chłopak występował w orkiestrze swojego stryja. Jak wyjaśnili mi pracownicy archiwum Yivo, biografia wraz z teką kilku kompozycji Jontla (sama teka pochodzi z roku 1893 i po śmierci Jontla należała do jego brata Lejbusia) zostały podarowane instytutowi w pierwszej połowie 1945 roku lub pod koniec roku 1944. Biografia w dużej mierze oparta jest na artykułach Menachema Kipnisa i w wielu miejscach pokrywa się z nimi, często niemal słowo w słowo. Samuel Szpilman zawarł w niej jednak również kilka własnych uwagi, pisał przykładowo: „Zapytałem kiedyś mojego stryja, kto wywarł na niego największy wpływ. Odpowiedział, że inspirację, ducha ale i swoje zwyczaje, które składają się na jego twórczość, zawdzięcza najbardziej chazanom Izraelowi Szkuderowi z Wilna i Michałowi Michalewskiemu z Pragi”. Samuel Szpilman, pisząc do Yivo na przełomie 1944 i 1945 roku, wspomina również wzmiankowanego przez Kipnisa Chone Szpilmana, u którego znajdowały się rękopisy ich sławnego stryja i dziadka. Ze smutkiem konstatuje, że wszystkie te utwory uległy prawdopodobnie zniszczeniu i skromna teczka z kilkoma kompozycjami, którą przekazuje archiwum Yivo jest prawdopodobnie wszystkim, co pozostało z bogatego dorobku Jontla Klezmera.

Kiedy kilka lat temu po raz pierwszy zobaczyłem album z utworami Jontla Szpilmana, poprosiłem uznanych muzyków z Lublina o ich zagranie. Domyślałem się, że odczytanie nieco archaicznego zapisu może być niełatwym zadaniem, miałem jednak nadzieję, że taka okazja będzie dla nich prawdziwą frajdą i z zaciekawieniem wezmą na warsztat kompozycje lubelskiego klezmera z XIX wieku, szczególnie że na co dzień grają właśnie tzw. muzykę żydowską. Pomysł nie spotkał się jednak z zainteresowaniem i upadł jeszcze tego samego dnia. Kiedy pod koniec zeszłego roku dzięki „Izraelicie” przypomniałem sobie o Jontlu Klezmerze, postanowiłem wrócić do sprawy. Tym razem o pomoc poprosiłem Zeke Levine’a, doktoranta muzykologii na Uniwersytecie Nowojorskim, jidyszystę i utalentowanego muzyka, którego poznałem kilka lat temu na Bronxie. Przesłałem mu stronę z kompozycją Szpilmana do wieczornej modlitwy jiru eineinu (Oby oczy nasze widziały) i wyjaśniłem, że sprawa ma niestety wymiar nieodpłatny. Chociaż miał na głowie sesję i mnóstwo swoich spraw, Zeke zgodził się bez wahania. Po kilku tygodniach dostałem od niego współczesną transkrypcję nut Szpilmana i nagranie utworu w dwóch wersjach – na skrzypce i przetworzoną na fortepian.

Zawsze zastanawiałem się, jak mogła brzmieć muzyka Jontla, ukryta przede mną za tajemniczym zapisem nutowym, o którym nie mam większego pojęcia. Nagranie okazało się zaskakujące, bo wcale nie słychać w nim powtarzalnych, skocznych, do bólu „żydowskich” melodii, do których przyzwyczaiły nas współczesne wykonania klezmerskie. Muzyka Szpilmana wydaje się o wiele nowocześniejsza i oryginalniejsza i bliżej jej raczej do muzyki klasycznej z tego okresu niż szybkich i niemal ekstatycznych utworów granych na festiwalach muzyki żydowskiej. Z jednej strony Szpilman wykorzystywał prymitywne zabiegi artystyczne, niemal literalnie obrazujące fragmenty modlitw – flet oznaczający pasterza, wspomniany gong wybijający północ, z drugiej jednak w tym krótkim utworze słychać całą gamę uczuć, zaskakujące melodię i tempo oraz wpływy nowej muzyki teatru i opery. Sugeruje to oczywiste kontakty Szpilmana z różnymi nurtami i prądami muzycznymi, ale również, że klezmerskie formy muzyczne z naszego terenu mogły znacznie odbiegać od znanych nam dzisiaj wydestylowanych utworów niebezpiecznie zbliżających się do niesławnych majufes – melodii na żydowską nutę granych ku uciesze szlachty, wręcz parodiujących muzykę żydowską. To muzyczny odpowiednik tak zwanego żydłaczenia, udawania żydowskiego sposobu mówienia, który toczył i nadal toczy wiele polskich teatrów albo niesławnych Żydków na szczęście, które z kolei zaroiły się w domach. Nietypowy jest również wytworzony przez Jontla gatunek – utworów klezmersko-kantoralnych czy też muzyczno-wokalnych, które łączyły muzykę ludową ze wznioślejszymi dziełami muzyki synagogalnej i odzwierciedlały tym samym procesy zachodzące w ramach społeczności żydowskiej – spotkania świeckości z religijnością, tradycji z nowoczesnością i Żydów z nie-Żydami. Dzisiejsi klezmerzy grają raczej utwory ludowo-kabaretowe i wszystkie one, niestety, brzmią bardzo podobnie, a zamiast wyrażać ducha czy żywotne sprawy świata żydowskiego, są raczej rodzajem skansenu.

O kilka słów komentarza poprosiłem również Zeke Levine’a, który jak nikt miał okazję wniknąć w utwór Jontla Klezmera. „Praca nad przepisaniem rękopisu Szpilmana – odpowiedział – rzuciła pewne światło na intelektualne wyzwania dotyczące samej idei »utworu«. Z przejść w tym trzydziestodwunutowym trójwierszu – który potraktowałem jako trójwiersz szesnastonutowy dla lepszego dopasowania metrum do strategicznie umieszczonych fermata – odniosłem wrażenie, że Szpilman zapisuje tu wykonanie lub serię wykonań tej melodii. W przypadku melodii ludowych czy innych, przechodzących od wykonawcy do wykonawcy i nieustannie reinterpretowanych, rdzeń »utworu« jest nieuchwytny. Można dostrzec próby standaryzowania utworów w śpiewnikach klezmerskich, ich autorzy gromadzą różnorodne wykonania i decydują, które z nich stanowią standard. To odwieczny problem zbieraczy folkloru i wykonawców muzyki ludowej, który nie ma dobrego rozwiązania. Podjęcie się takiej próby z utworem Szpilmana przywróciło ten trudny aspekt muzyki ludowej do życia”.

Nierozwiązaną do dziś zagadką pozostają związki Jontla Klezmera z rodziną sławnego Władysława Szpilmana, na kanwie którego życiorysu Roman Polański nakręcił obsypanego nagrodami Pianistę. Chociaż wydaje się to dosyć prawdopodobne i pewne przekazy zdają się to sugerować, odkrycie powiązań rodzinnych obu Szpilmanów wciąż czeka na zainteresowanie genealogów. Jeżeli obie gałęzie były ze sobą spokrewnione, dotyczy to zapewne początków XIX lub końca XVIII wieku, a dostęp do danych genealogicznych z tych lat jest dosyć utrudniony.

Modlitwa Jiru eineinu w przekładzie na język polski, Daniel Neufeld, Modły starożytne Izraelitów, Warszawa 1864.

Jontel Szpilman zmarł w 1893 roku w Warszawie. Chociaż jego imię i twórczość nie przetrwały w pamięci mieszkańców Lublina, Międzyrzeca i innych miast, być może gdzieś w głębokiej podświadomości naszego regionu zachował się jego duch — blednący wizerunek archetypowego klezmera, wędrującego od miasta do miasta, dworu, karczmy czy wesela, a także między dwoma światami, żydowskim i chrześcijańskim. Chyba najpiękniejsze wspomnienie o Jontlu Klezmerze zanotował w pierwszym tomie swojego monumentalnego eposu Pojln. Zichrojnes un bilder Jechiel Jeszaja Trunk (Nowy Jork 1944, s. 164-165). Ten krótki fragment zaskakująco dobrze współgra z utworem nagranym przez Levine’a i oba są chyba najlepszym pomnikiem ku czci dawno zmarłego Jontla Szpilmana:

„Zagrały skrzypce. Wszystkie naraz. Pozostałe instrumenty umilkły. Wkrótce dźwięk skrzypiec zamienił się w szloch. Zagrano znaną kompozycję Jontla Klezmera z Lublina, utwór weselny, który on, Jontel, ułożył specjalnie dla siebie, żeby zagrać go samemu na własnym weselu. W otchłani i tęsknocie rozlegających się ze skrzypiec można było usłyszeć całą gamę uczuć Jontla, biednego żydowskiego muzykanta w dniu jego ślubu. Dźwięki skrzypiec opowiadały może o miłości Jontla do jego narzeczonej, a może o wietrze szumiącym wśród starych drzew na lubelskim cmentarzu, może o mrocznych cieniach przemykajacych po starych lubelskich synagogach, gdzie święci nieboszczycy z cmentarza w Lublinie modlą się po północy, wyciągają szacowne rodały z Aron ha-kodesz i wczytują w nie ze skupieniem. Skrzypce opowiadały może o tajemniczych bramach, prowadzących do biednych domków na ulicy Żydowskiej, gdzie Jontel wzrastał jako sierota, wałęsał się obdarty i rozmarzony i gdzie został muzykantem grającym po żydowskich weselach. Kołysząc się przy mrocznych melodiach, zdawało się wszystkim, że w tych adadżiach dosłyszeli Jontla Klezmera jak błąka się po stromych i powykrzywianych ulicach żydowskich w Lublinie, wystaje po zmierzchu pod starymi murami, gra na swoich skrzypcach wprost w ciemną noc między żydowskimi domkami lub błądzi zupełnie — bezradny muzykant w świecie chaosu tego świata… Wtem zdało się, że skrzypce budzą się ze swojej smutnej otchłani i nagle grają radośnie. Zza mrocznych melodii zajaśniało słońce i rozeszło się po odległych polach i sadach wokół Lublina. Topole zaszumiały na drogach. Karczma. Chłopi piją wódkę, a Jontel Klezmer stoi w kącie, cieszy się z prostych wiejskich gojów i gra radośnie na skrzypcach. Te znów popadły w otchłań rozpaczy i słychać w nich było Jom Kipur w Lublinie. Synagogi pełne bladych poszczących Żydów w białych kitlach i tałesach. Jontel stoi przed filarem i odprawia ostatnią modlitwę neila. Słońce zachodzi za dachami lubelskich domów. Okna synagog czerwienią się. Setki woskowych, niemal wypalonych świec migoczą w skrzynkach z piaskiem, a Jontel płacze nad ciężką dolą człowieka i wszelką marnością…”.

Za pomoc dziękuję Zeke Levine’owi, Joelowi R. Rubinowi, Leo Greenbaumowi, Stefanie Halpern i Pawłowi Mielczarkowi.