Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Teatr NN

Ostatni bundowiec

Siedemnastego grudnia 2011 roku w Tel Awiwie zmarł 89-letni Josef Fraind. Dokładnie 5 lat wcześniej udzielił drugiego i zarazem ostatniego wywiadu w ramach programu Historii Mówionej Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN”, podczas którego opowiadał o swoim rodzinnym Lublinie, koszmarze wojny, zniszczeniu polskich Żydów i utracie bliskich oraz zbrodniach nazizmu i komunizmu. Przede wszystkim mówił jednak o Bundzie, który był dla niego „nie tylko partią, ale rodziną”. To Bund, partia lewicowa i zasadniczo antykomunistyczna, jego młodzieżówki i szereg powiązanych z partią organizacji dały mu edukację, ukształtowały go, nauczyły odpowiedzialności i uwrażliwiły na sprawy społeczne. Bundowi poświęcił całe swoje życie i chociaż po wojnie partia przeżywała poważne trudności, pozostał jej wierny do końca. Umierał jako I Sekretarz Arbeter Ring in Jisroel – Brith ha-Awoda, współczesnej izraelskiej pozostałości Bundu.

Josef Fraind

Josef Fraind w siedzibie Arbeter Ring w Tel Awiwie, 17 grudnia 2006, fot. Tomasz Czajkowski

Uczeń

Josef Fraind urodził się 14 stycznia 1923 roku w Lublinie. Jego ojciec – Szabsa Fraind – pochodził ze wsi Kania pod Lublinem, matka – Mala z Holcekierów – była rodowitą lublinianką. Josef, chociaż najstarszy z pięciorga rodzeństwa, był z nich wszystkich najniższy. Po nim rodzili się kolejno – Szaja, Perec, Dwora i Mordechaj. Wraz z wujkami i babką rodzina mieszkała w domu Bidermanów na Czwartku pod numerem 3. W sumie w dwuizbowym mieszkaniu z kuchnią żyło 10 osób, co jak na tamte czasy i tak należało do warunków komfortowych. Ojciec prowadził jatkę oraz dorabiał w rzeźni na Woli; wychodził z domu o 3 nad ranem i wracał pod wieczór. Matka pomagała mu w prowadzeniu sklepu, codziennie koło 5-6 rano szła na Jateczną i, podobnie jak ojca, nie było jej przez cały dzień. W takich warunkach nie było mowy o kontakcie dzieci z rodzicami. Po części zajmowała się nimi babka Etel ze strony ojca, ale tak naprawdę wychowywali się sami. Rodzice nie mieli czasu ani kompetencji do wychowywania swoich dzieci. Oni bez szkół, one objuczone bagażem nowoczesnej edukacji, nie mieli ze sobą o czym rozmawiać. Przed wojną rzadko kto poświęcał swoim dzieciom czas, model rodziny i relacji między rodzicem a dzieckiem był zupełnie inny niż dzisiaj.

Kiedy Josef Fraind wszedł w wiek szkolny, matka zapisała go do Tarbutu, szkoły o profilu syjonistycznym z wykładowym językiem polskim i hebrajskim. W domu Fraindów mówiło się wyłącznie po żydowsku, więc w szkole nie zrozumiał ani słowa. Kiedy po pierwszym dniu zajęć wrócił do domu, powiedział: „Ja tam nie będę chodzić. Koniec i kropka”. I rzeczywiście, w Tarbucie spędził tylko jeden dzień. Ponieważ jego o rok starszy kuzyn chodził do powiązanej z Bundem Żydowskiej Szkoły Ludowej im. Pereca, a Josef regularnie odrabiał z nim lekcje, postanowił że będzie chodził razem z nim. „Pójdę – powiedział sobie – Co mi zrobią? Zjeść mnie nie zjedzą”. Kiedy nauczycielka odczytywała listę obecności, spytała: „A ty skąd się wziąłeś?”. „Przyszedłem z kuzynem” – odpowiedział. „A jesteś zapisany?” Zgodnie z prawdą powiedział, że nie. Po lekcji nauczycielka wysłała go do dyrektora Krusmana, żeby wyjaśnić sytuację. Dyrektor znał już całą historię i zapytał, dlaczego nie chce chodzić do Tarbutu. Josef wyjaśnił, że niczego tam nie rozumie, że to nie jego miejsce, że chce być wśród dzieci, które mówią po żydowsku. Na polecenie dyrektora następnego dnia przyszedł z matką, która załatwiła wszelkie formalności. Następnie zdał specjalny egzamin, a ponieważ regularnie odrabiał z kuzynem lekcje i wypadł dobrze, uznano że ma już przerobiony pierwszy rok i tym sposobem trafił od razu do drugiej klasy.

Skifista

W nowej szkole działały różne kółka zainteresowań, aktywna była między innymi dziecięca młodzieżówka Bundu – Skif, czyli Socjalistiszer Kinder Farband, Socjalistyczny Związek Dziecięcy. Jej działalność bardzo imponowała Josefowi, więc jako świeżo upieczony drugoklasista został skifistą. Szybko piął się po szczeblach kariery i już w piątej klasie obrano go sekretarzem organizacji. Członkostwo w Skifie było dla Frainda pierwszą poważną lekcją społecznej wrażliwości. Działalność ta utwierdziła także jego antyreligijne przekonania, z których wyłamał się bodaj tylko raz, na prośbę ojca. Kiedy skończył 13 lat ojciec nalegał, żeby Josef odbył tradycyjną bar micwę. Nie chodziło nawet o jakieś szczególne przywiązanie do religii, co raczej strach przed gminą wyznaniową, która mogła cofnąć ojcu certyfikaty na handel koszernym mięsem. Zgodził się założyć tefilin pod warunkiem, że już nigdy nie będzie musiał tego robić. I tak rzeczywiście było.

Dzieci uczęszczające do Szkoły Ludowej pochodziły przeważnie z potwornej nędzy; często miały ogromny pęd ku wiedzy, ale jeszcze częściej zwyczajnie nie miały co jeść. Samorząd uczniowski zdecydował, że lepiej sytuowane dzieci będą dzieliły się kanapkami z biedniejszymi, ale nie wszystkie problemy dało się rozwiązać we własnym gronie. Fraind nie mógł tego przeboleć, więc poszedł do Związku Zawodowego Transportowców, gdzie szefował Lejb Lerer, ojciec jego koleżanek ze szkoły. Małoletni Josef powiedział: „Ty jesteś socjalista i ja jestem. Jak ty możesz dopuścić do tego, żeby dzieci przychodziły do klasy głodne?”, po czym w imieniu Skifu zażądał podjęcia jak najszybszych działań. „Macie piekarzy, macie transportowców, macie sklepy, wszystko macie – dajcie tym dzieciom chociaż coś na śniadanie”. I pod wpływem jego nacisków tak się stało. Po dwóch, trzech tygodniach wszystko było zorganizowane: mleczarze przywozili mleko i gotowaną na mleku cykorię, piekarze dostarczali chleb, kobieca organizacja robotnicza JAF (Jidiszer Arbeter Froj, Żydowska Kobieta Pracująca) rękami członkiń przygotowywała kanapki i każde dziecko – bez względu na status materialny – codziennie dostawało w szkole coś do jedzenia i picia, często jedyny solidny posiłek w ciągu całego dnia.

Kiedy Fraind pokonał panujący w szkole głód, na warsztat wziął kolejny problem. Wielu spośród uczniów w ogóle nie miało butów i nawet zimą przychodziło boso. W innych domach na wszystkie dzieci przypadała tylko jedna para, więc rodzice posyłali je do szkoły na zmianę, jednego dnia jedno, drugiego drugie, czasem trzecie, czwarte, piąte i tak dalej. „Przyczepił się” więc do Związku Zawodowego Wyrobów Skórzanych. Powiedział: „Dzieci nie przychodzą do szkoły zimną, bo nie mają butów”, a oni przysłali 200 par. Po jego wizycie u krawców zaczęli szyć dzieciom za darmo palta, spódnice i spodnie. Kiedy w 1937 roku kończył szkołę, wszystko było zapięte na ostatni guzik: dzieci miały co jeść i w co się ubrać. Można było się uczyć.

Skif w Lublinie, 1935Skifiści i skifistki z Lublina w roku 1935, wśród nich zapewne (ze sztandarem?) Josef Fraind, „Kol Lublin – Lubliner Sztime”, nr 20, 1985, s. 4

Mężczyzna

Działalność ta wymagała ogromnego samozaparcia i często powzięcia wielkiego trudu organizacyjnego, ale – jak sam mówił – „organizacja nie polega na tym, żeby tańczyć albo śpiewać, ale żeby wyrobić u człowieka kierunek myślenia dlaczego jest tak i dlaczego nie może być lepiej”. Nie było czasu na żadne dzieciństwo, trzeba było działać i interweniować. Odnosił zresztą wrażenie, że on i jego koledzy urodzili się już starsi, że z brzucha matki wyszli jako ludzie zupełnie inni od swoich rodziców. Wszechobecna bieda, która otaczała Frainda nie dawała mu spokoju i zmuszała do podjęcia zdecydowanych kroków.

A bieda była po prostu potworna. Najgorsze warunki panowały w Lublinie na Podzamczu, a symbolem tamtejszej nędzy była ulica Krawiecka.

Jeżeli by pan tam wstąpił na Krawiecką i widział tę biedę – mówił po latach – nie wiem, czy teraz w ogóle na świecie istnieje coś takiego… Jak ja wchodziłem do tych chałupek na Krawieckiej, to myślałem, że się rozpadną, tak się trzęsły. Tam były takie chatki, które stały na kurzych nóżkach. Jak wchodziłem na schody, to nie zawsze byłem pewny, czy dojdę. Nie wiem jak, jakim cudem w klimacie polskim taki dom jeszcze mógł istnieć, stać na swoich nogach; jak to się wszystko utrzymało nie mam pojęcia. Straszna rzecz. Jak przechodził pan przez Krawiecką zimą, to pan widział tylko przez te okutane okna małe oczka dzieci w pierzynach. Czekały, żeby ojciec przyszedł i przyniósł im bochenek chleba. Już nie było mowy o ogrzewaniu mieszkań i tak dalej. Pan sobie nie przedstawi jaka biedota tam istniała. I nie tylko tam, na Szerokiej, Ruskiej, Jatecznej, Cyruliczej, Kowalskiej to samo. Jak sobie teraz wyobrażam tę biedotę, która tam panowała… to było coś strasznego.

(Relacja Josefa Frainda, ze zbiorów Pracowni Historii Mówionej, OBGTNN)

Ludzie mieszkający w takich warunkach robili wszystko, żeby przeżyć kolejny dzień – nosili wodę, handlowali czym się dało albo kręcili bajgle; innym zostawało żebractwo lub kryminał. Jeden z jego kolegów – Wajsman – mieszkał w takiej chatce na Krawieckiej, w ledwo stojącym domku, w którym nigdy nie rozpalało się w piecu. Kiedy matka Frainda zobaczyła w jakich warunkach mieszka jego kolega, powiedziała: „On będzie u nas”. Nocował u swojej matki, ale w ciągu dnia stawał się kolejnym domownikiem Fraindów.

Ulica KrawieckaUlica Krawiecka w Lublinie, fot. Max Kirnberger, Deutches Historisches Museum

Nauczyciele Szkoły Ludowej żyli nie lepiej niż ich wychowankowie, ponieważ szkoła często nie miała pieniędzy na wypłaty. Mimo to poświęcali się dla uczniów i na wszelkie sposoby starali się aktywizować talenty dzieci, angażując je w ambitne przedsięwzięcia. Tak było podczas przerwy noworocznej na przełomie 1938 i 1939 roku, kiedy uczniowie Szkoły Ludowej im. Pereca w Lublinie włączyli się w przygotowania wielkiej wystawy Żydzi w Polsce, organizowanej przez Centralną Żydowską Organizację Szkolną (CISzO). Dniami i nocami uczniowie przeprowadzali kwerendy archiwalne, wykonywali dziesiątki rysunków, zdjęć, map, nowoczesnych i zaawansowanych technicznie infografik i eksponatów, gromadzili od mieszkańców Lublina i instytucji materiały dotyczące historii żydowskiej obecności w mieście, a wszystko to by zdążyć z przygotowaniami do ogólnopolskiej wystawy, która 1 kwietnia miała rozłożyć się w Warszawie. Josef Fraind był jednym z wychowanków bezpośrednio zaangażowanych do prac nad wystawą. Ponieważ miał ładny charakter pisma, przepisywał wszystkie prace na pergaminie oraz pomagał niedowidzącemu dyrektorowi Krusmanowi w odczytywaniu inskrypcji z macew na kirkucie przy ulicy Siennej. Eksponaty pokazywano w Lublinie przez zaledwie 3 dni w siedzibie związanej z Bundem Kultur Ligii przy Rybnej 1, niemniej zrobiły na odwiedzających ogromne wrażenie, a żydowska prasa zareagowała na nie żywiołowymi artykułami pióra jednego z założycieli szkoły, Jakuba Hirsza Nisenbauma w „Lubliner Tugblacie” i jej wyróżniającego się wychowanka, Josefa Hernhuta w „Lubliner Sztyme”. Po powrocie z Warszawy eksponaty miały zostać złożone w wykańczanym właśnie Domu Pereca, jednak warszawska część wystawy nie odbyła się przez zakaz władz państwowych, a losy eksponatów pozostają nieznane. Włączenie się w tę akcję było jednak bodaj jednym z najbardziej ambitnych przedsięwzięć Żydowskiej Szkoły Ludowej im. Pereca w Lublinie.

Fraind zapamiętał, że pewnego dnia, kiedy wraz z innymi uczniami siedział do późna u Krusmana i przepisywał materiały na wystawę, do dyrektora przyszła bundowska działaczka Liba Chager. Przyniosła mu bochenek chleba, trochę soli, masła i herbaty. Ponieważ nie było pieniędzy na wypłaty, trzeba było pomagać nawet dyrektorowi. A mimo to grono pedagogiczne do nocy poświęcało się pracy z dziećmi, „Jacy to byli nauczyciele! Jacy pedagodzy!” – mówił po kilkudziesięciu latach. I chociaż wystawa w Warszawie się nie odbyła, a eksponaty przepadły, już sam ich opis robi kolosalne wrażenie, a działalność Szkoły im. Pereca, poświęcenie jej pracowników i zaangażowanie uczniów do dzisiaj mogą budzić jedynie ogromny podziw.

Młodzież z portrerem Bejnisza MichalewiczaMłodzież z egzemplarzami bundowskiej gazety „Jugnt Weker” („Pobudka Młodych”) i portretem Bejnisza Michalewicza, czołowego działacza Bundu i współzałożyciela CISzO. Trzeci od prawej mężczyzna w górnym rzędzie przypomina Josefa Frainda, Twarze nieistniejącego miasta – kolekcja szklanych negatywów z kamienicy Rynek 4

Żyd

W relacji Josefa Frainda próżno szukać przykładów szczególnych kontaktów między Żydami a Polakami. Byli Polacy, którzy doskonale znali język żydowski, na przykład pracownicy garbarni, które w Lublinie były w większości w rękach żydowskich, jednak on sam przed wojną praktycznie żadnych znajomych Polaków nie miał. Ostre wystąpienia antysemickie należały raczej do rzadkości i nie zapadły mu w pamięć jakieś brutalne wypadki, natomiast pod koniec lat 30. panowała w Lublinie i Polsce dość ponura atmosfera. Na uczelniach numerus clausus, a praktycznie za każdym sklepem stała radykalna bojówka, która nie dopuszczała Polaków do handlu z Żydami. Polacy co prawda i tak kupowali u Żydów, natomiast odczuwało się próby marginalizowania tych drugich w życiu publicznym. Pewną, czasem nawet dość rozbudowaną współpracę dało się zaobserwować na gruncie działalności polskich i żydowskich organizacji lewicowych. Bund i PPS wspólnie organizowały obchody 1 Majowe, dzieci ze Skifu i Cukunftu (młodzieżówki bundowskiej dla starszych nastolatków) uczestniczyły we wspólnych wycieczkach i demonstracjach z organizacją Czerwony Harcerz, jednak przez całą relację Josefa Frainda przewija się określenie „zupełnie inne planety”. Żadnych głębszych znajomości z Polakami, nawet jeśli serdeczne, to jedynie przelotne koleżeństwo w szkole albo na ulicy. „Chociaż żyliśmy na tym świecie – mówił – to na innej planecie”.

Według Frainda ideologię przedwojennej żydowskiej młodzieży lewicowej najlepiej oddają słowa pieśni Brider (jid. Bracia), parafrazy Ody do radości autorstwa Icchoka Lejba Pereca, które wyrażają pragnienie zniesienia podziałów rasowych. Dla Frainda i jego rówieśników były hasłem do postawienia tamy ciągłemu odróżnianiu i poróżnianiu Żydów i Polaków. Chcieli być po prostu ludźmi, normalnie żyć i pracować.

Wajse, brojne szwarce, gelbe, miszt di farbn ojscuzamen!

Ale menczn zajnen brider, fun ejn tatn, fun ejn mamen.

~Biali, brązowi, czarni, żółci mieszajcie wspólnie kolory!

Wszyscy ludzie są braćmi, z jednego ojca, z jednej matki.

(oryginalne słowa w jidysz za: I.L. Perec, Ojsgewejlte werk/ Dzieła wybrane, Idisz Buch, Warszawa 1951, s. 278-279)

Ulica Szeroka Ulica Szeroka 18 i Szeroka 20, na ścianie budynku widoczne napisy w języku polskim i żydowskim „BUND” oraz logo organizacji, trzy strzały skierowane ku dołowi, fot. Stefan Kiełsznia

Uchodźca

Kiedy wybuchła wojna wiele osób chodziło w Lublinie w maskach gazowych, ponieważ obawiano się ataku chemicznego. Zamiast gazu znanego z pól bitewnych I wojny światowej na Lublin spadły bomby. Frainda nie było wówczas w domu i kiedy bombardowanie ustało, a on wrócił do rodziny, w domu Fraindów zapanowała wielka radość – spodziewali się najgorszego. Wkrótce jednak rodzina miała rozstać się ponownie, tym razem na zawsze. Jakiś czas po wkroczeniu do Lublina Niemców, Frainda odwiedził znajomy z Cukunftu, plutonowy w Wojsku Polskim. Powiedział, że Niemcy sporządzili listę bundowców i wkrótce mają zamiar aresztować wszystkich od Skifu po Belę Szapiro. Poradził mu, żeby natychmiast uciekał do Związku Radzieckiego, póki granica jest jeszcze otwarta. Kiedy Fraind żegnał się z rodziną, po raz pierwszy w życiu widział ojca we łzach. O skali rozpaczy, która zapanowała wówczas w domu Fraindów najlepiej chyba świadczy zdawkowość, z jaką po kilkudziesięciu latach opowiadał o tych ostatnich chwilach spędzonych z rodziną.

Pod koniec października opuścił miasto, przez Chełm przedostał się do granicy, po czym przekroczył Bug. Następnie skierował się do Włodzimierza Wołyńskiego, gdzie spotkał znajomego z Lublina i byłego radnego miejskiego z ramienia Bundu, Berysza Krempla. Krempel z synem wyjechał wkrótce potem do Łucka, ale po jakimś czasie Fraind dołączył do nich. Nastała bardzo ostra zima, a w Rosji brakowało niemal wszystkiego. Fraind zdecydował, że zatrudni się w piekarni, dzięki czemu będzie mógł pomagać Kremplom. Kiedy kilka miesięcy później nastało z kolei bardzo gorące lato został pomocnikiem w miejscowej aptece. Pewnego dnia niespodziewanie przyjechało NKWD, kazali im się spakować i wywieźli do tajgi. W barakach, w których ich skoszarowano, gnieździły się pluskwy. W lasach, w których pracowali, pełno było komarów i meszek. Panujące tam warunki były pod każdym względem tragiczne, a przy wyrębie ciągle zdarzały się jakieś wypadki.

W związku z działalnością Sikorskiego i niesławnej Wandy Wasilewskiej zwolniono ich z czasem z łagru. Siedemnastoletni wówczas Fraind trafił do miasta-kombinatu Kujbyszew na drodze do Nowosybirska. Skierowano go do pracy w gigantycznej, zatrudniającej setki pracowników rzeźni, gdzie po raz pierwszy od kilku lat zobaczył mięso. Początkowo miał pracować przy ubijaniu krów, ale nie był w stanie zabijać, więc przeniesiono go do oddziału kiełbasianego. Z czasem awansował i dostał nawet przydział na szefa jednego z magazynów. Nie chciał przyjąć tego awansu, bo wiedział, że w magazynach zdarzają się kradzieże, a odpowiedzialność spadnie na niego. Dostał jednak ultimatum – albo przyjmie tę pracę, albo wróci do obozu. Po jakimś czasie zarządzono w jego kilometrowej długości magazynie kontrolę z udziałem NKWD. Po dokładnym zważeniu inwentarza okazało się, że znajduje się w nim 20 ton mięsa za dużo. Uspokajali go, że wszystko jest w porządku, ale kiedy następnego dnia przyszedł do pracy, magazyn był zupełnie opróżniony. Buchalter, NKWD i milicja rozdzielili mięso między siebie, a ponieważ wiedział, że spadną na niego konsekwencje, postanowił stamtąd uciec i zatrudnić się w przemyśle spirytusowym.

KujbyszewMiasto-kombinat Kujbyszew na drodze do Nowosybirska, Wikimedia Commons

Więzień

Przy spirytusie pracował przez jakiś czas i dostał nawet paczkę od Związku Patriotów Polskich, w której było trochę podstawowych produktów i jakiś sweter, który oddał swojemu gospodarzowi. Po pewnym czasie przyszło do niego NKWD. Oskarżyli go o przechowywanie broni, po czym wsadzili do aresztu. Po kilkudniowym pobycie za kratami wciąż nie dostał ani żadnych zarzutów, ani wyjaśnień. Postanowił urządzić głodówkę, a w zasadzie zaostrzyć normalną głodówkę, która tam panowała. To zwróciło uwagę prokuratora, który zarządził przeniesienie go do prawdziwego więzienia w Kujbyszewie, a następnie do aresztu NKWD. Doskonale znali cały jego życiorys – dla NKWD członkostwo w lewicowym Bundzie oznaczało „plucie na materialne ubezpieczenie pracujących w ZSRR i pochwałę życia w kapitalistycznym świecie”. Spędził tam kilka miesięcy, podczas których torturowano go, próbowano zmusić do podpisania różnych dokumentów, a w końcu nawet udusić w łaźni gorącą parą. Ponieważ niczego nie podpisał zwolniono go w końcu do więzienia w Kujbyszewie. Na 15 minutowej rozprawie dostał 10 lat obozu pracy w Czeremoszce pod Tomskiem a potem Charkowie, gdzie pracował przy produkcji nabojów do moździerzy. Praca była ciężka, ale został tam dość życzliwie przyjęty i zaprzyjaźnił się ze współwięźniem, niejakim Jackowskim.

Z czasem zyskał sobie przychylność i zaufanie przełożonych, Zatynina i Bogdanowa, którzy zdawali sobie sprawę, że został niesłusznie osadzony i umożliwili mu wydostanie się z łagru. Przełożeni nie tylko dali mu możliwość wyjścia, ale także przyjęli do siebie na kilka tygodni, dzięki czemu mógł odzyskać siły. Po tych kilku tygodniach spełnił życzenie Jackowskiego, żeby po wyjściu koniecznie odwiedzić jego żonę i córkę w Nowosybirsku i pozdrowić je od niego. W tym celu udał się do Związku Patriotów Polskich, gdzie znalazł dokładną listę wszystkich polskich obywateli. Dali mu też ubrania, pachnące mydło, trochę białej mąki, której nie widział na oczy kilka lat, jakieś konserwy i inne podstawowe produkty oraz trochę pieniędzy. Następnie udał się do żony Jackowskiego, której opowiedział o losie jej męża. Na koniec spotkania zapytała: „Co chcesz teraz robić?”. Odpowiedział, że ma zamiar pójść do armii. „Dla kogo ty będziesz się bić? Tyle cierpiałeś, to chcesz jeszcze głowę oddać?”. Odpowiedział: „Dla swoich, których zostawiłem w domu”.

Żołnierz

Z domu Jackowskiej udał się do wojenkomatu w Nowosybirsku. Dostał skierowanie na szkołę oficerską do dywizji kościuszkowskiej, gdzie 80 procent stanowili Rosjanie, a po 10 procent Polacy i Żydzi. Służąc w Pierwszym Pułku Samochodowym zajmował się dostarczaniem paliwa do wszystkich pojazdów wojskowych i maszerując z frontem znalazł się w grupie żołnierzy wyzwalających Majdanek.

Jedne z najbardziej wstrząsających wspomnień Josefa Frainda dotyczą właśnie Majdanka. Kiedy wkraczał do obozu wciąż dymiły piece krematoryjne, dookoła leżały stosy półżywych ludzi przemieszanych z trupami, a garstka żywych uratowała się w szambach wypełnionych kałem.

[Byli tam] ci, którzy chcieli przeżyć i ukrywać się. Bo już był ostrzał artyleryjski na Lublin przez armię i oni za wszelką cenę chcieli przetrwać ten okres, żeby być żywymi świadkami. Gdzie i jak kto mógł się ukrywał, a część chowała się w tym… w gównie w ustępach. I tam leżeli bez bez picia, bez jedzenia, bez niczego.

[…] wchodząc do Majdanka, przeszliśmy się tak… przez tych wszystkich, którzy się zostali. A zostali się w ustępach, prosto w gównie oni siedzieli. Bo władze obozu, obozowej części schwycili… jeszcze nie zdążyli uciekać i wtedy ich posadzili na zamek, zawieźli ich na zamek. Potem ich sądzili i powiesili. To przechodząc przez ten obóz, jeszcze piece się paliły, przechodzę taką, przez taką kupę trupów, pół… pół… półżywych, pół i nie martwych. I nagle ja słyszę: – Josel. Zdziwiłem się. Kto mnie zna? Okazuje się, że sąsiad mój, Mokry – poznał mnie. I ja podchodzę i pytam się: – Co, gdzie, gdzie ty jesteś, co jest, co z tobą? I on nie mógł wstać, ważył może trzydzieści pięć czy czterdzieści kilo. Od razu zawiadomiłem tych sanitariuszy. Wzięli go na noszach i zawieźli do… do szpitala polowego. I uratowaliśmy go. Po pewnym czasie, jak już pracowałem w sztabie, spotkałem się z nim. I opowiada mnie taką historię, że dzień przed moim przybyciem jeszcze mój brat [Szaja] żył, a ponieważ pracował w kuchni, to jego ostatniego zastrzelili.

(Relacja Josefa Frainda, ze zbiorów Pracowni Historii Mówionej, OBGTNN)

Łaźnia na terenie byłego obozu koncentracyjnego na Majdanku, fot. Edward HartwigŁaźnia na terenie byłego obozu koncentracyjnego na Majdanku, fot. Edward Hartwig, ze zbiorów Ewy Hartwig – Fijałkowskiej

Bundowiec

Po wojnie Josef Fraind został w Polsce. Mimo że z całej jego rodziny uratowała się tylko jedna kuzynka, a Lublin był dla niego dymiącym pogorzeliskiem, miał nadzieję, że wreszcie nadejdą czasy, kiedy przynależność etniczna przestanie odgrywać jakąkolwiek rolę. I początkowo rzeczywiście tak było. Nigdy nie zapisał się do partii komunistycznej, ponieważ – jak sam mówił – komunizmu doświadczył na własnej skórze i ledwo uszedł z tego doświadczenia z życiem. W armii polskiej doszedł do stopnia majora i właśnie w wojsku zaczęły dochodzić do niego pierwsze niepokojące sygnały. „Za mnogo u was Abramowyczów” – miał podczas swojej wizyty w Polsce powiedzieć Nikita Chruszczow. Nie czekając na eskalację wydarzeń w styczniu 1957 roku Fraind wyjechał do Izraela, gdzie od razu włączył się w działania tamtejszego Bundu. W Izraelu z różnych względów partia została rozbita, a jej znaczenie zmarginalizowane. Fraind Bundu nigdy jednak nie porzucił. Partia była dla niego rodziną, a domem jej skromna siedziba przy ulicy Kaliszer 48 w Tel Awiwie.

Tekst na podstawie relacji Josefa Frainda nagranych 8 i 17 grudnia 2006 roku w Tel Awiwie przez Tomasza Czajkowskiego w ramach programu Historii Mówionej OBGTNN.