Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Teatr NN

Piec z Lublina

Wkrótce po tym, gdy w nocy z 22 na 23 lipca 1944 roku Majdanek został wyzwolony przez Armię Czerwoną, świat obiegły relacje i obrazy niemieckich zbrodni popełnianych przez trzy lata funkcjonowania obozu. Majdanek i Lublin stały się niemal tak potężnymi symbolami zagłady, jakim dziś jest Auschwitz, a to upiorne miano szybko znalazło swój wyraz także w twórczości poetyckiej.

Krematorium na terenie byłego obozu koncentracyjnego na Majdanku, fot. Edward Hartwig, Zbiory Ewy Hartwig-Fijałkowskiej.

U sławnego Jankewa Glatsztejna (1896-1971) – urodzonego w Lublinie i znanego u nas choćby z wiersza umieszczonego na muralu wzdłuż Czechówki, którego tom Dobranoc, świecie w polskim przekładzie Belli Szwarcman-Czarnoty i Moniki Adamczyk-Garbowskiej ukazał się właśnie nakładem Warsztatów Kultury – Lublin stał się miejscem złożenia do grobu całego narodu i jego religii. „Torę przyjęliśmy na górze Synaj,/ A oddaliśmy ją w Lublinie./ Umarli nie chwalą Boga./ Tora ma służyć żywym” – pisał w swoim Umarli nie chwalą Boga. Skoro Tora leży ze swoim ludem martwa w Lublinie, martwy – albo i wręcz zamordowany – jest także Bóg, do którego nikt się już nie modli.

W tym samym czasie równie przejmujący obraz zagłady dokonanej w Lublinie został spisany przez Theodora Kramera (1897-1958), austriackiego poetę żydowskiego pochodzenia, w zasadzie równolatka Glatsztejna, który – podobnie zresztą jak Glatsztejn, choć zdecydowanie później – w 1939 roku wyemigrował, uciekając przed antysemityzmem. Co w przypadku Glatsztejna (ten wyjechał do USA już w 1914 roku) było jeszcze widmem majaczącym gdzieś na horyzoncie, w przypadku Kramera było już namacalnym i śmiertelnym zagrożeniem, przed którym ratował się, wyjeżdżając w ostatnim momencie do Wielkiej Brytanii. Obu tych poetów niezwykle mocno naznaczyło doświadczenie emigracji, obaj pozostali wierni swoim ojczystym językom – jidysz w przypadku Glatsztejna i niemieckiemu u Kramera. Mimo bogatego dorobku, na który składa się około dziesięciu tysięcy utworów, nagród i pochwał (Tomasz Mann nazywał go podobno jednym z największych poetów młodego pokolenia), po śmierci Kramer i jego twórczość popadły w zapomnienie i dopiero z czasem zaczęły być na nowo odkrywane – przede wszystkim w kręgach kultury języka niemieckiego. Również i ten aspekt upodabnia go do Glatsztejna – który, chociaż nigdy nie został zapomniany w USA, w swojej ojczyźnie i w Lublinie dopiero od niedawna zaczyna być dostrzegany na literackim horyzoncie.

Piec z Lublina (w oryg. Der Ofen von Lublin) Kramera, napisany 22 sierpnia 1944 roku i opublikowany w Wiedniu dwa lata później, przeczytałem kilka lat temu i przez te kilka lat krążył po mojej głowie jako jedna z lepszych i najbardziej dojmujących poetyckich reakcji na zbrodnie II wojny światowej. Jak zwraca uwagę Jan Zieliński, od którego zaczerpnąłem kilka fraz do mojego przekładu czy, jak kto woli, delikatnej parafrazy, Piec z Lublina Kramera nawiązuje do jednego z najsłynniejszych niemieckich poematów – Pieśni o dzwonie Friedricha Schillera z końca XVIII wieku, jakby poetyckiego pomnika siły, zmyślności, fachu i sprawczości niemieckich ludwisarzy.

Piec z Lublina Kramera dotyka tej samej chwały niemieckiego rzemiosła – tu jednak jest to rzemiosło śmierci, które w przerażającej metodyczności zaprzęga do swoich celów wysoko rozwiniętą technikę i technologię i zamienia je w przemysł zagłady. Do wzniesionego na piaskach (nigdzie, jakby w szczerym polu) pieca (lub szachty, komina sięgającego w dół, ku śmierci) koleje zwożą „prażeninę” – nie ludzi, ale surowiec, który ma ulec spaleniu i uprażeniu i już w transporcie – który jest jakby pierwszym etapem palenia – traci swoją podmiotowość. Właśnie to słowo, „prażenina”, które w języku polskim występuje w terminologii przetwórstwa rolno-spożywczego, z całą mocą swojej surowcowej dehumanizacji wydało mi się najlepsze do oddania niemieckiego „das Röstgut”. Tak na przykład czytamy w rozporządzeniu ministra przemysłu spożywczego i skupu z 12 grudnia 1968 roku: „Usuwanie nalepów z walców mielących prażeninę buraka, cykorii lub ziarna powinno odbywać się mechanicznie, przy pomocy automatycznych zgarniaczy”.

Równie upiorny jest u Kramera obraz spokojnej i solidnej roboty załogi Majdanka, nad którą przez trzy lata działania obozu górowała swastyka – Hakenkreuz, w zasadzie odwrócony krzyż, który „unieświęcał” ich pracę. Jest to solidność, która nie znosi marnotrawstwa i szuka pożytku nawet w odpadach z procesu produkcyjnego – nalepach, plewach, ludzkich popiołach, które rozwiezie się popakowane w jutowe worki do użyźniania pól. To triumf racjonalnego gospodarzenia, produkcji i logistyki najlepszego sortu. I chociaż Majdanek został wyzwolony, piec krematoryjny wygasł, a nad Lublinem powiewa sztandar z czerwoną gwiazdą, Kramer przestrzega przed widmem zła, które jak trujący opar lub chorobotwórczy patogen wciąż unosi się po świecie i szuka dla siebie nowego Majdanka.

Piec z Lublina

Stoi szachta, osobliwy piec,
na piaskach wzniesiony w Lublinie.
Woziły pociągi tam nocą i dniem
w bydlęcych wagonach prażeninę.
Ze wszystkich krajów tłum nieprzebrany
żywcem spalonych, zagazowanych
w ognistej był szachcie z Lublina.

Niespieszno było tym, co trzy lata
wciągali nad Lublin swastykę,
nim w doły zgrzebali, inna szła praca,
wszak trzeba do reszty wyłuskać pożytek:
popioły kostne przebrać, posortować,
w jutowe worki napchać, zaplombować
i jako nawóz wywieźć z Lublina.

A chociaż pięciokroć złamana gwiazda
powiewa teraz na niebie Lublina,
to z bliska i z dala, choć szachta wygasła,
zionie po świecie gardziel komina
i będzie żerować – nim przez topór kaci
ostatni oprawca głowy nie utraci –
ognista hańba z Lublina.

Theodor Kramer, Der Ofen von Lublin, Wien 1938. Die Grünen Kader, Wiedeń 1946, przeł. Piotr Nazaruk