Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Teatr NN

Powrót do Jeszywas Chachmej Lublin

„Nazywam się Karla McCabe, urodzona jako Meisel, ale pomimo żydowskiego nazwiska panieńskiego i irlandzkiego nazwiska nie jestem ani Żydówką, ani Irlandką. W rzeczywistości jestem Niemką, córką chrześcijańskiej rodziny ze wschodnich Niemiec oraz wnuczką żołnierza i oficera Wehrmachtu”.

Kolekcja dokumentów Jeszywas Chachmej Lublin zwróconych do Lublina, fot. Monika Tarajko. Cała kolekcja dostępna na stronie Ośrodka.

Były to pierwsze słowa Karli McCabe adresowane w ostatni czwartek 11 kwietnia tego roku do niewielkiej publiczności zgromadzonej w synagodze przy Jeszywas Chachmej Lublin. Wkrótce po nich po wszystkich na sali rozlała się dosłownie cała gama emocji — płaczu, śmiechu, wzruszenia, a przede wszystkim radości, że zbiór czterdziestu dokumentów, kart pocztowych i kopert, adresowanych w latach 30. XX wieku do lubelskiej Jesziwy, po długich i skomplikowanych kolejach losu wracał właśnie do domu. Ostatnie osiemdziesiąt lat cały ten zbiór leżał – najpierw zapomniany, a potem nieustannie o sobie przypominający – w szafie domu rodzinnego Karli we wschodnich Niemczech. W ostatnią podróż dokumenty te wyruszyły z saksońskiego Chemnitz 10 kwietnia tego roku, by po pokonaniu przeszło 850 kilometrów dotrzeć w końcu do Lublina. O ich powrocie, jak to często bywa, zdecydował przypadek lub łut szczęścia. Od kilku lat prowadzimy w Bramie Grodzkiej niestrudzone poszukiwania książek z rozproszonego zbioru biblioteki Jeszywas Chachmej Lublin i właśnie na jeden z naszych apeli o pomoc w poszukiwaniach trafiła pewnego dnia Karla. Napisała do mnie 25 września zeszłego roku zdawkowego i niemal przepraszającego maila – wspominała w nim, że nie ma co prawda żadnych książek z pieczątkami jesziwy, ale posiada zbiór dokumentów adresowanych do szkoły i jej założyciela, rabina Szapiry, które być może będą w Lublinie interesujące. Każdy, kto szukał kiedyś materiałów archiwalnych dotyczących żydowskiej przeszłości Lublina wie, jak niewiele oryginalnej dokumentacji wytworzonej przez żydowskie organizacje zachowało się tak naprawdę w Lublinie. Często dysponujemy meldunkami składanymi przez urzędników do ówczesnego wojewody lub starosty, ale materiałów pochodzących bezpośrednio ze środka żydowskiego Lublina jest stosunkowo niewiele, są one niepełne lub bardzo rozproszone. Odpowiedziałem natychmiast, a nasza długa korespondencja doprowadziła w końcu do czwartkowej uroczystości w Jesziwie.

Sposób, w jaki kolekcja znalazła się w rękach Karli i jej rodziny najlepiej wytłumaczyła ona sama. „Trzymam w rękach garść pocztówek – mówiła w czwartek – które nigdy nie powinny się były u mnie znaleźć. Tak naprawdę próbuję się ich pozbyć od 1993 roku. Jak dotąd bezskutecznie, ale na szczęście wkrótce się to zmieni. Mój dziadek, Arno Walter Sachs, ojciec mojej mamy, urodzony w 1913 roku, był drugim i bardzo kochanym dzieckiem swoich rodziców. Zmarł na raka w 1981 roku, kiedy miałam zaledwie dziewięć lat. Nie mam więc zbyt wielu wspomnień dotyczących dziadka. To, co wiem, jest kluczem do tego, jak te pocztówki trafiły do mnie. Posiadam bowiem coś, co jest bardzo istotne w tej historii: jego pierwszy zeszyt ze znaczkami z 1926 roku, kiedy był w piątej klasie. Gdy był małym chłopcem, mama mojego dziadka pracowała w fabryce włókienniczej. Pochodzimy z Plauen, miasta w Saksonii, które przed I wojną światową było jednym z ośrodków industrializacji w Niemczech. W fabryce włókienniczej, gdzie pracowała mama mojego dziadka, pozwalano mu opróżniać kosze na makulaturę. Zawierały one koperty z korespondencją biznesową z całego świata. Oznaczało to, że już jako nastolatek mój dziadek posiadał całkiem pokaźną kolekcję znaczków. Ten nawyk ciągłego poszukiwania znaczków, kartek i kopert zachował do końca życia.

Kiedy miałam około osiemnaście lat, a mój dziadek już dawno nie żył, mama podarowała mi w prezencie część jego kolekcji. Wśród przedmiotów znajdował się wspomniany wcześniej zeszyt ze znaczkami oraz pudełko po cygarach z kopertami i kartami, których nie zdążył opracować przed śmiercią. Kiedy przeglądałam to pudełko, moje serce stanęło. Przejrzałam te karty i od razu zrozumiałam, co widzę: hebrajskie pismo i żydowskie imiona. Odkąd byłam nastolatką, miałam nieco nietypowe zainteresowania, interesowałam się wszystkim, co żydowskie. Nauczyłam się trochę hebrajskiego i jidysz, ale nie na tyle, by zrozumieć te karty. Byłam więc zdziwiona, zmartwiona i poruszona jednocześnie. Działo się to przed upadkiem muru, więc nie wiedziałem, jak to w ogóle rozumieć. Bardzo wątpię, czy ktokolwiek z mojej rodziny w ogóle zauważył, że był to język hebrajski lub odkrył znaczenie ich wspólnego mianownika: adresu Jeszywas Chachmej Lublin.

Jeszywas Chachmej Lublin po zajęciu budynku przez wojsko niemieckie, Der Stuermer Archive (Stadtarchiv Nuernberg), United States Holocaust Memorial Museum, courtesy of Archiwum Dokumentacji Mechanicznej.

Od mojej mamy dowiedziałam się tylko, że dziadek najwyraźniej zabrał je ze śmietnika budynku jesziwy podczas kampanii polskiej w czasie wojny. Został wcielony do wojska zaraz po inwazji na Polskę, w październiku 1939 roku, a kilka zdjęć AGFA przedstawia go w Lublinie i okolicach aż do 1941 roku. Został awansowany na podoficera, ranny i spędził resztę wojny jako jeniec wojenny w Serbii. Co robił w międzyczasie, czy był »prostym żołnierzem« w kraju, w którym nigdy nie powinien się znaleźć, czy był kimś więcej: zbrodniarzem wojennym, czy brał udział w jakichkolwiek działaniach związanych z Holokaustem – modlę się do Boga, aby tak nie było, ale nigdy się tego nie dowiem. Ludzki los jest kręty: Podczas gdy mój dziadek był częścią Wehrmachtu niosącego śmierć i zniszczenie w Polsce, jego żona pozostała w domu. Boska sprawiedliwość? Nigdy więcej miał już jej nie zobaczyć. Zginęła w amerykańskim nalocie na Plauen 10 kwietnia 1945 roku. Po zwolnieniu, jako jeniec wojenny, w 1949 roku ożenił się ponownie. Moja babcia, jego druga żona i mama mojej mamy, która – jak na ironię losu – została później oficjalnie uznana za ofiarę nazistowskich rządów, sama była bojowniczką ruchu oporu i straciła męża w obozie koncentracyjnym.

Karty te nie są ani prezentem, ani darowizną – podkreśliła na koniec, nie kryjąc łez – Po prostu przywożę do domu holokaustowe łupy, które nigdy nie powinny znaleźć się w mojej rodzinie. I pokornie dziękuję za przyjęcie ich ode mnie jako potomkini Niemca, który sam był trybikiem w tej katastrofie, jaką była II wojna światowa i późniejsza Zagłada żydowskiego życia na Wschodzie”.

Łzy wzruszenia towarzyszące przemówieniu Karli w synagodze przy Jeszywas Chachmej Lublin, fot. Monika Tarajko.
Uroczysty moment przekazania kolekcji na ręce Iwony Hermon, koordynatorki Lubelskiej Filii Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie i Agnieszki Konstankiewicz oraz Krzysztofa Kołodziejczyka, dyrekcji Archiwum Państwowego w Lublinie, fot. Monika Tarajko.
Goście uroczystości oglądający kolekcję dokumentów przywiezionych przez Karlę, fot. Monika Tarajko.
Wykład rabinki Małgorzaty Kordowicz towarzyszący uroczystości, fot. Monika Tarajko.

Podczas uroczystości dokumenty przywiezione do Lublina zostały, w porozumieniu z Gminą Żydowską, przekazane do Archiwum Państwowego w Lublinie, w którym zostaną odpowiednio zabezpieczone, poddane profesjonalnej konserwacji, a przede wszystkim udostępnione wszystkim zainteresowanym na normalnych zasadach rządzących procedurami archiwalnymi. Już teraz całą kolekcję można oglądać na stronie Ośrodka, na której sukcesywnie dodawane są ich tłumaczenia na język polski i angielski, a już wkrótce, z okazji przypadającej w maju tego roku setnej rocznicy położenia kamienia węgielnego pod budowę Jeszywas Chachmej Lublin, ich kopie znajdą się na wystawie przygotowywanej w jesziwie.

Treść większości z tych kart pocztowych dotyczy najbardziej żywotnego interesu Jesziwy – jej utrzymania. Wielokrotnie pisano już, jak wielkim wysiłkiem finansowym i organizacyjnym postawiono w 1930 roku Jesziwę, ale wysiłki te wcale nie zakończyły się w dniu jej uroczystego otwarcia. Utrzymanie gmachu, pracowników i w końcu studentów wymagało pewnie równie ogromnej fortuny i aż do końca istnienia szkoły, dosłownie, spędzało sen z powiek jej zarządu. W tym celu w latach 30. w całej Polsce organizowano zbiórki czy wręcz całe kampanie fundraisingowe na rzecz Jeszywas Chachmej Lublin, których znakiem rozpoznawczym były specjalne puszki na datki dystrybuowane przez pracowników i sympatyków Jesziwy. O jednej z takich akcji, w ten sposób w kwietniu 1939 roku pisał niejaki Chaim Schwanenfeld z Przemyśla:

„Z Bożą pomocą, niedziela Szemini 5699 [9 kwietnia 1939], Przemyśl. Do szanownego zarządu, w odpowiedzi informuję, że przekazałem sumę dwudziestu pięciu guldenów [złotych] naszym przyjaciołom, panom Mosze Katzowi i Niestemfajerowi. Zostało mi około dwudziestu guldenów. Jaki jest sens w wysyłaniu tak małej kwoty? Wyślę, Bóg da, dużą sumę po Jom tow [tj. Pascha]. Nikt nie rozpocznie zbiórki w Moca’ei-szabbat kodesz [na zakończenie Świętego Szabatu]. Tak więc mam tylko jeden dzień, pierwszy dzień Chol Hamoed [pośrednie dni świąteczne], aby ustawić puszki [do zbierania pieniędzy]. Można je rozprowadzać, ale muszę wiedzieć ile. A w ten sposób nie mogę tego ocenić. Trzeba rozprowadzić co najmniej sto, aby przynosiły jakiś dochód. Weź więc puszki i nie zadawaj pytań. Jakie jest moje zdanie? Bardziej podoba mi się mój plan, który zakłada takie ich rozstawienie, aby zbierać od zamożnych ludzi. Z wielkim uznaniem i błogosławieństwem koszernego święta”.

Przykładowa puszka używana do zbierania datków na Jeszywas Chachmej Lublin, zbiory prywatne.

W kolekcji znalazły się jednak także bardziej osobiste listy, jak chociażby życzenia na Jom Kipur dla rabina Meira Szapiry, wiadomości adresowane do niego, gdy był jeszcze posłem na Sejm, list o obchodach pierwszej rocznicy śmierci Szapiry w Chęcinach połączonych ze zbieraniem datków do wspomnianych puszek, a także osobisty list Efraima Flajszmana z Sochaczewa, który opisał istne perypetie związane z przyjęciem go do Jesziwy. „Z Bożą pomocą, piątek Parsza Ki Tawo [20 sierpnia 1937 r.] – pisał – Włożyłem już tyle wysiłku, aby zostać przyjętym do Jesziwat Chachmej Lublin. Ciężko pracowałem, aby się tam dostać. Dzięki protekcji pana Zusze Friedmana i rabina Sochaczowa, odpowiedzieli mi, że otrzymam dużą zniżkę. Tak więc zdecydowałem, że moją częścią na rzecz patronatu będzie dwieście stron Gemary na pamięć. Zacząłem więc przygotowywać się do egzaminu, który miał się odbyć w Warszawie. Minęło wiele dni. W gazecie pojawiły się ogłoszenia o egzaminie do Jesziwat Chachmej Lublin. Z wielką radością postanowiłem pojechać do Warszawy na egzamin, który miał się odbyć w poniedziałek Parsza Waetchanan [19 lipca 1937 r.]. Zbliżał się ten dzień i wyjechałem do Warszawy. Najpierw udałem się do Rabinatu, ponieważ w gazecie było napisane, że trzeba się zgłosić do Rabinatu. Tam mi odpowiedzieli, że nic o tym nie wiedzą. W udręce poszedłem do zarządu, gdzie odpowiedzieli mi to samo. Chodziłem w strachu i pokorze. O drugiej udałem się do Agudy, gdzie rzeczywiście spotkałem Reb Zusze Friedmana, oby żył. Zadzwonił dużo wcześniej i nie otrzymał odpowiedzi. Nie mając wyboru, powiedział: »Sam cię sprawdzę i dam ci list«. I rzeczywiście tak zrobił. Przesłuchał mnie razem z talmidem [studentem Jesziwy], który był wtedy obecny, bachurem [młodym mężczyzną] Jicchakiem Meirem Pinkusewiczem. I dali mi tehudę [zaświadczenie], że opanowałem na pamięć traktat Bawa Kama. Wczoraj zarejestrowałem się jako student Jesziwat Chachmej Lublin”.

Życzenia dla rabina Szapiry od Lewiego Icchaka Klighapta.
Fragment listu Efraima Flajszmana z Sochaczewa.

Podczas całej swojej wizyty, uroczystości w Jesziwie, zwiedzania Archiwum Państwowego i Lublina, Karla powtarzała, jak bardzo zaszczycona, ale też zaskoczona jest niezasłużoną – jej zdaniem – gościnnością i uwagą. A jednak korespondencja, którą przywiozła w ostatni czwartek, jest z perspektywy Lublina kolekcją bezcenną i unikatową, dającą wgląd w funkcjonowanie jednej z najważniejszych przed wojną instytucji żydowskich w Lublinie. Za sprawą takich odkryć oraz takich bezinteresownych gestów, przemawiają do nas ponownie żywym głosem dawni mieszkańcy Lublina i choć odrobinę przybliżamy się do zaleczenia wciąż otwartych ran zadanych podczas II wojny światowej.