Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Teatr NN

Sprawa Gerszona Friedmana

„Na jakie przykrości ze strony zelotów wystawieni są na prowincji dobrze myślący ludzie, przy najmniejszem przedsięwzięciu dla postępu, nauki lub sztuki, a także jak wielką jest siła fanatyzmu w niższej warstwie ludności żydowskiej, że dla swoich przekonań poświęcają nieraz własne i swoich dzieci szczęście, a nareszcie, jak silne są węzły rodzinne śród żydowskich familji – dowodem tego posłuży fakt następujący…”.

Brama i rozwaliny świętoduskie, litografia Juliana Ceglińskiego na podstawie rysunku Adama Lerue, Album lubelskie, Warszawa 1858-1859.

Tymi słowy w lipcu 1881 roku Herc Najmanowicz, płodny literat i jeden z czołowych inteligentów żydowskich w XIX–wiecznym Lublinie, rozpoczął swoją korespondencję do warszawskiego „Izraelity”. Najmanowicz, któremu za chwilę oddam głos, sam zresztą zasługuje na chwilę uwagi. Urodził się 12 lutego 1843 roku w Józefowie nad Wisłą, ale dorastał w Zawichoście pod okiem swojego dziadka i imiennika Hersza Najmanowicza, maskila, czyli zwolennika oświeceniowego ruchu Haskala, pochodzącego z Zamościa. Urodzony w rodzinie inteligenckiej, już jako chłopiec podjął naukę języków (w tym oczywiście hebrajskiego i aramejskiego), studiował dzieła religijne i planował nawet wstąpić do Żydowskiego Seminarium Teologicznego we Wrocławiu, zabronił mu tego jednak drugi z dziadków, fanatyczny chasyd Dawid Dawidzon, obawiając się ducha postępu i refomy, które panowały wtedy w Seminarium. Młody Najmanowicz latami tkwił więc w środowisku chasydzkim, a po ślubie w 1869 roku przeniósł się do Lublina, gdzie spędził płodne osiemnaście lat. W Lublinie prowadził sklep z książkami i biuro pisania podań, ale przede wszystkim tworzył — udzielał się w lokalnych gazetach oraz wysyłał nieocenioną korespondencję do warszawskiego „Izraelity”, dzięki czemu przez kilkanaście XIX-wiecznych lat służy do dziś za prawdziwego przewodnika po sprawach żydowsko-polsko-rosyjskiego Lublina. Pisał o wszystkim – edukacji, straży ogniowej, zarządzie gminy żydowskiej, dawał sprawozdania z istotnych wydarzeń i skreślał urocze kurioza, relacjonował i oceniał wszystkie sprawy, którymi żył wtedy prowincjonalny gród z ambicjami. Najbardziej zajmowały go jednak tarcia pomiędzy postępowcami – nielicznymi inteligentami pragnącymi reformy życia społecznego – a „zastójnymi” – szerokimi masami chasydów, którzy drżeli na samą myśl o postępie. Nie był jednak fanatycznym maskilem, od wielu innych odróżniał go ciepły stosunek do języka żydowskiego i wyrozumiałość dla różnych form artystycznego wyrazu w jidysz, które u wielu budziły wówczas wstręt.

Wizerunek H. Najmanowicza, zbiory Biblioteki Narodowej Izraela.

Na tym polu Najmanowicz miał zresztą niemałe zasługi – był jednym z pierwszych maskilów w całym królestwie, którzy zaczęli tworzyć w jidysz, a jego pisarstwo – jak zaznaczyliśmy w leksykonie Sylwetki lubelskich Żydów – wydobywające ekspresję prostego jidysz, pozbawionego nadmiaru germanizmów, nobilitowało ten język powszechnie uważany za plebejski. Debiutował już w 1867 roku opowiadaniem w jidysz Majn szabes in dorf  (jid. Mój szabes na wsi), opublikowanym 7 kwietnia na łamach warszawskiej gazety „Warszojer Judisze Cajtung”, na swoim koncie literackim miał także pozycje Szulamis, oder dos wizele und der brener (jid. Sulamita, czyli łasica i studnia, Lublin 1875) i Di bejde Herszels un andere ercahlungen (jid. Obaj Herszelowie i inne opowiadania, Warszawa 1898). Prócz tej skłonności do języka żydowskiego Najmanowicz był oczywiście zdeklarowanym hebraistą, wręcz hebraistą złotoustym – jak głosi iskrypcja na jego nagrobku na cmentarzu żydowskim przy Okopowej w Warszawie. Na pewno znał się z Eliezerem ben Jehudą, twórcą współczesnego języka hebrajskiego i działał na rzecz pobudzenia języka hebrajskiego w Polsce. W ogóle, dziś powiedzielibyśmy, że Najmanowicz był lingwistą. Doskonale znał kilka języków – żydowski, hebrajski, na ile to było możliwe aramejski, poza tym polski, rosyjski i niemiecki (dlaczego nie, liznął być może także łaciny i greki?) oraz… esperanto. W dziedzinie tego ostatniego miał niemałe zasługi – w 1888 przełożył na jidysz kamień węgielny esperanto, dzieło Język międzynarodowy Ludwika Zamenhofa, potem wielokrotnie wznawiane i cenione. Prócz tego opracował i ogłosił drukiem szereg podręczników do nauki języków hebrajskiego, polskiego, rosyjskiego i niemieckiego dla osób mówiących w jidysz, był poza tym autorem szeregu prac po hebrajsku, w tym bardzo cenionych felietonów w gazecie „Ha-cefira”. Swoje teksty po żydowsku i hebrajsku często podpisywał pseudonimem Hajnetz czy też Hanetz, czyli jastrząb, w polskich natomiast bywał H. Neumanowiczem lub po prostu H.N. Kiedy pracowałem nad publikacją Izraelita lubelski, która w dużej mierze oparta jest o jego korespondencje do „Izraelity”, z wypiekami na twarzy śledziłem jego doniesienia, spijałem dawkowane przezeń plotki, podziwiałem ostre pióro, a potem tęskniłem za nim, gdy w 1898 roku w tym samym „Izraelicie” ukazała się nota o jego śmierci.

Wróćmy jednak do lipca 1881 roku i doniesień Najmanowicza, w których odbija się zasadniczy problem jego twórczości – wspomnianych tarć pomiędzy postępowcami a „zastójnymi”, które tym razem przybrały postać wypadków pewnego młodego chłopaka.

→ »Przed dwoma laty przywędrował do Lublina kilkunastoletni chłopiec Gerszon Friedman z miasteczka Przytyka w gubernji radomskiej – pisał Najmanowicz – który po śmierci swego ojca, nie mogąc pozostać przy biednej matce wdowie, szukał przytułku u litościwych ludzi w większem mieście. Jako pochodzący z familji przesiąkniętej na wskroś chassydyzmem, i w tej sferze wychowany, polecił się tu miłosierdziu pewnej partji chassydowskiej. Zlitował się nad nim jeden z tutejszych mieszkańców p. L. Niemcewicz, który zaopiekował się nim, karmił go i odziewał, a chłopiec kontynuował tu szczupłe swe studja talmudyczne, wynoszone z chederu. Po niejakim czasie wykryto w chłopcu talent niezwykły, a raczej dwa talenta, t. j. do rzeźbiarstwa i mechaniki. Różne jego wyroby ręczne, między któremi odznacza się szczególnie cały komplet figurek szachowych misternej roboty, pomieszczonych w pudełku ze sztucznemi zamkami różnych systemów mechanicznych własnego pomysłu, opisane były obszernie w Nr. 25 Gaz. Lub. za rok bieżący, a następnie ocenione przez ludzi kompetentnych, którzy świetną przyszłość chłopcu rokowali.

W skutek tego zainteressowało się Friedmanem przed kilkoma miesiącami pewne kółko z klassy intelligentnej tutejszej, zapewniono mu fundusz około rs. (rubli srebrem) 18 miesięcznie, sprawiono porządniejsze ubranie, nauczono go początków czytania i pisania po polsku i po rusku, i umieszczono go na kilka miesięcy w pracowni tutejszego rzeźbiarza artysty p. Kiesevetter. Otóż, podczas kiedy F. przygotowywał się tu do życia użytecznego i do położenia fundamentu pod przyszłość swoją, zafrasowała się sfanatyzowana jego familja w rodzinnem jego miasteczku, że chłopiec wyjdzie „letarbos roo” (na zepsutą drogę), że porzucił talmud, że został „helegantem” że nareszcie jakiś „baldowor” (demon) go opanował, że prostym nożykiem wyrabia takie dziwaczne rzeczy i majstersztyki, jakich nawet ich prababki nie widziały. Przyleciał więc co tchu jeden z jego braci do Lublina, i pod pretekstem, że matka mu zachorowała i pragnie się z nim pożegnać na zawsze, zabrał czemprędzej chłopca z sobą, nie dając mu nawet pożegnać się z jego protektorami, zawiózł do domu, i zabrawszy mu wszystkie jego wyroby (oprócz pudełka z szachami, które zostało u wspomnianego p. N.), a także wszystko co trąciło „helegancją”, polecono mu udać się napowrót do „bethamidraszu”. Już nawet zaczęto starać się dlań o – towarzyszkę życia, przy boku której będzie musiał zapomnieć o zabawkach dziecinnych, o głupich sztukach mechanicznych i o djabelskich skrobaniach nożykami.

Lecz i lublinianie nie w ciemię bici, zawiadomiono więc niebawem o tem jednego z intelligentnych ludzi w Radomiu p. Izraela Frenkel, i za pomocą interwencji światłego rabina miasta Radomia p. Samuela Mohilewer, wyśledzono miejsce pobytu chłopca, sprowadzono go do Radomia, gdzie rabin gorącemi słowy zachęty wyperswadował chłopcu, że tam gdzie idzie o własne jego szczęście, o naukę i sztukę, o rzadki talent, o sławę współwyznawców, tam nie powinien ulegać fanatyzmowi zdziczałej swej rodziny. Zaopatrzywszy go w listy polecające do intelligentnych osób zamieszkałych w Warszawie, a także w koszta podróży, wspomnieni czcigodni mężowie dali mu możność opuszczenia gniazda obskurantyzmu i powrócenia do Lublina, celem udania się ztąd do Warszawy, za pomocą tutejszych jego protektorów.

W liście swoim do nas przez Friedmana pisze nam szanowny rabin jak następuje: „Udało nam się odszukać naszej zguby, i zwracamy ją wam. Stokrotne dzięki za wasze trudy dla sztuki, sławy kraju i współwyznawców. Wszystko, co będzie w mojej możności uczynię dla tego chłopca; my ztąd a wy ztamtąd, złożymy się na ten cel i postaramy się przyprowadzić go do pożądanego celu. Nie trzymajcie go długo w Lublinie, wyślijcie go do Warszawy, gdzie ręka jego wrogich przyjaciół tak prędko go nie dosięgnie. Wkrótce będę w Warszawie i postaram się oddać go pod nadzór wiernego i światłego żyda, aby prawdziwa religja i czysta bojaźń boska tegoż chłopca w niczem nie ucierpiała. Przyjmcie etc”. Nieprawdaż czytelnicy! że aż miło słyszeć takie słowa z ust rabina, a jaki to przedstawia kontrast z przekonaniem dzikich fanatyków! Obyśmy takich rabinów jak najwięcej mieli!

Kilka dni tedy bawił Friedman w Lublinie, przygotowując się do podróży do Warszawy, po powrocie z rodzinnego miasta, zkąd pokryjomu się wydalił, nie pożegnając się ze swoimi. Ale oto stara jego matka wraz z bratem nie szczędząc kosztów, pomimo biednego swego stanu, przybyli do Lublina „odebrać swoje dziecko z rąk nielitościwych „epikurejczyków”, czyhających na niewinne dusze niepełnoletnich chłopców”. Na widok płaczącej i spazmującej starej swej matki, chłopiec osłupiał, prosił, błagał, aby mu pozwolono się kształcić na człowieka użytecznego; lecz matka się uparła, ażeby najsamprzód powrócił z nią do domu, zkąd się skrycie wykradł. Co zaś później z nim będzie, dopiero w domu rada familijna rozstrzygnie. Naturalnie, że jego protektorzy tutejsi nie mogli stawiać oporu, postąpić z chłopcem á la Mortaro [Chodzi może o postać barona Mortaro czy też Mortara z komedii Rewolwer Aleksandra Fredry z 1880 r. Mortaro próbuje pozbyć się rewolweru, który ciągle z powrotem do niego trafia]. Przysiągł zaś Friedman, że w domu w żaden sposób nie pozostanie i talentu swego nie zmarnuje, co też brat potwierdził piśmiennem zobowiązaniem, że w przeciągu kilku tygodni sam go odda do odpowiedniego rzemieślnika w Warszawie. To też przyszły artysta nasz przebywa obecnie albo w Przytyku, lub też przy bracie, Luzerze Friedman, w miasteczku Kazanowie. Cała też nasza praca obywatelska spełzła tymczasem na niczem. Otóż i koniec drugiego aktu dramatu. Co zaś do trzeciego, to może on się skończyć nader tragicznie. Przy wielkiem bowiem popędzie tegoż F. do kształcenia się z jednej, a ogromnym oporze z drugiej strony, to finał nie może być arcywesołym. Nie jeden fakt z życia żydowskiego może usprawiedliwić tę obawę. Spodziewamy się jednak, że ludzie dobrej woli w okolicy Kazanowa lub Przytyka, których słowa nasze może dojdą, postarają się, by talent ten nie zginął marnie, i usiłować będą już to drogą perswazji, lub innym sposobem podać chłopcu możność wydobycia się z ciasnej tej sfery.

Po napisaniu niniejszej korrespondencji, chcieliśmy postąpić jak mędrcy nasi z księgą „Kaznodzieja Salomona”, z powodu, że fakt ten odkrywa światu własne nasze rany; że zaś uważamy go za wielce charakteryzujący pod względem psychicznym, i jako dobrze określający panującą jeszcze ciemnotę w niektórych klassach izraelskich, wstrzymujemy się od ukrycia tego faktu, i komunikujemy go naszym czytelnikom«.

Miesiąc później, w sierpniu 1881 roku Najmanowicz znów podjął sprawę Gerszona Friedmana:

→ »W N-rze 26-tym „Izraelity” – pisał – opowiedzieliśmy o utalentowanym chłopcu Gerszonie Friedman z Przytyka, okazującym niezwykły talent do rzeźbiarstwa i mechaniki, któremu jednak sfanatyzowana familja nie pozwoliła się kształcić w Lublinie, by nie uległ zepsuciu, i zabrała go na powrót do domu, ażeby zapomniał o swoich zdolnościach, gdyż, to, co niektórzy w Lublinie nazywają zdolnością, to u całego Przytyka jest wadą i ułomnością. Otóż, miło nam tu zaznaczyć, że temuż chłopcu, po długiej walce, udało się przezwyciężyć obskurantyzm swych krewnych, do czego niemało także się przyczynił wpływ jednego z cadyków. Dowiedzieliśmy się bowiem, że brat tegoż chłopca należy do partji chassydowskiej, hołdujących rebemu w Parysowie. Donieśliśmy więc temuż rebemu o całem zajściu z chłopcem i o przeszkodzie stawianej mu na drodze wydoskonalenia się w swym talencie przez własnego brata.

Tenże cadyk zechciał jakoś nas zrozumieć, i potrafił ocenić całą doniosłość tegoż faktu, a w czasie kiedy wszelkie usiłowania i perswazje osób światłych nic wskórać nie mogły, kilka słów tegoż cudotwórcy wystarczyły, by sprawie tej inny nadać kierunek. Nie jestże to prawdziwy mofes (cud)? Ach! coby-to ludzie ci zdziałać mogli, gdyby tylko chcieli! – „Jeżeli tylko rebe każe – mówił brat – to trudna rada. Pewnie wie on, że tak powinno być!”.

Otóż, tenże Friedman, za wiedzą familji opuścił obecnie gniazdo rodzinne i udał się do Warszawy, lecz bez żadnych zgoła funduszów, gdyż familja jego jest bardzo biedną i niczem go wspierać nie może. Odniósł się tedy do nas listownie, jako do swoich poprzednich protektorów, prosząc, abyśmy o nim nie zapomnieli i nie oddali go na pastwę biedy i nędzy. Jak na teraz, nie możemy więcej dlań zrobić, jak przysłać mu tymczasem mały fundusik, i polecić go światłym i szlachetnym warszawianom, w nadziei, że nieopuszczą sposobności spełnienia prawdziwego czynu obywatelskiego, t. j. zaopiekowania się tym nauki łaknącym chłopcem, aby rzadki ten talent, który może przynieść chlubę swemu krajowi i braciom po wierze, nie zginął marnie. Nie powątpiewamy też na chwilę, że znajdzie się kółko chętnych osób, które przygarną owego zbiega z partji chassydowskiej, który przychodzi, acz z próżnemi, ale zdolnemi nadzwyczaj rękoma.

Zapewnił nas także zacny rabin m. Radomia, p. Samuel Mohilewer, jako też jeden z postępowych mieszkańców tamecznych, p. Izrael Frenkel, że i oni przyczynią się materjalnem i środkami do wspierania Fr. na drodze przezeń obranej. My, z naszej strony, nadsyłać będziemy w miarę możności, zasiłki dla niego z ofiar szlachetnych lublinian, którzy byli pierwszymi w sprowadzeniu go na lepszą drogę, i nadal go pewnie nie opuszczą. Prosimy ich też, aby, po przeczytaniu niniejszego, raczyli nam swe datki na ten cel nadsyłać. Na ten cel załączamy tymczasem rs. 7«.

Tak przedstawiała się sprawa Gerszona Friedmana, genialnego i zapomnianego chłopca z Przytyka, którego los związał na chwilę z Lublinem i Hercem Najmanowiczem. Pod koniec życia Najmanowicz przeniósł się do Częstochowy, gdzie prowadził szkołę żydowską, zmarł natomiast niedługo potem w Warszawie w wyniku ciężkiej choroby. W piśmie „Izraelita” napisano o nim: „Tendencja jego prac była cywilizatorską, nacechowaną umiarkowanym, szlachetnym konserwatyzmem. Dobry krajowiec, a przytem najlepszy izraelita, uosabiał typ inteligenta hebrajskiego, t.z. maskil, w najdodatniejszem znaczeniu tej nazwy”.

Nagrobek Herca Najmanowicza, cmentarz żydowski przy ul. Okopowej w Warszawie, Fundacja Dokumentacji Cmentarzy Żydowskich w Polsce.