Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Teatr NN

„Warto przypomnieć jego”…

Podobnych wzmianek o bliżej niezidentyfikowanych osobach można znaleźć dziesiątki w każdej z kilkuset relacji nagranych z ostatnimi lubelskimi Żydami. Zazwyczaj kończy się na zwykłym odnotowaniu nazwiska, co i tak często oznacza maksimum tego, co można zrobić dla przywrócenia choćby cienia pamięci o danym człowieku. Niekiedy jednak takie skrawki da się połączyć lub skrzyżować z innymi.

W grudniu 2006 roku w ramach zbierania przez Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN” relacji świadków historii nagrano jednego z ostatnich lubelskich bundowców, Josefa Frainda. Nie sposób streścić zdanej przez niego relacji, bodaj najciekawszej, z jaką miałem okazję pracować. Działalność Skifu, Cukunftu, JAF i Bundu, klub sportowy Morgensztern-Jutrznia, zdumiewająca „multimedialna” wystawa „Żydzi w Polsce” z 1939 roku, półkolonie letnie TOZ-u dla ubogich dzieci żydowskich, szkoła ludowa im. Pereca, nędza Podzamcza i tragedia więźniów obozu na Majdanku to tylko niektóre z tematów, o których osiemdziesięcioparoletni Fraind opowiadał w lokalu organizacji bundowskiej przy ulicy Kaliszer 48 w Tel Awiwie. Mówiąc o półkoloniach letnich TOZ niemal mimochodem wspomniał o niejakim Rozenwajnie:

Największa impreza była przy zakończeniu tej kolonii. Kolonia była sześć, zdaje się sześć tygodni trwała ta kolonia. I wtedy orkiestra Bundu przygrywała i masowa, masowy popis gimnastyki dzieci. To było coś pięknego. Tysiąc, tysiąc dwieście dzieci na polu, wszyscy razem robią przy dźwiękach orkiestry, robią gimnastykę. A tym całym zespołem gimnastycznym kierował Rozenwajn. Warto przypomnieć jego. On był również instruktorem »Jutrzni« w gimnastyce. On z zawodu był krawcem, ale nie miał nigdy serca do siedzenia na krześle i szyć. Jego ciągnęło tylko do sportu i on dostał, został przyjęty do zorganizowania grup gimnastycznych »Jutrzni«. Było jakaś dwadzieścia, trzydzieści grup. Ja zdaję się wspomniałem o Domie Żołnierza przeszłym razem, tam myśmy ćwiczyli w soboty. Ten cały Dom Żołnierza był oddany naszej dyspozycji.

(Josef Fraind, relacja świadka historii, OBGTNN)

Podobnych wzmianek o bliżej niezidentyfikowanych osobach można znaleźć dziesiątki w każdej z kilkuset relacji nagranych z ostatnimi lubelskimi Żydami. Zazwyczaj kończy się na zwykłym odnotowaniu nazwiska, co i tak często oznacza maksimum tego, co można zrobić dla przywrócenia choćby cienia pamięci o danym człowieku. Niekiedy jednak takie skrawki da się połączyć lub skrzyżować z innymi.

W lipcu 1935 roku na łamach lokalnego bundowskiego czasopisma „Lubliner Sztyme” ukazał się podpisany pseudonimem „A junger” reportaż z półkolonii letnich TOZ-u, którego tytuł w tłumaczeniu na język polski brzmi Wśród dzieci z Krawieckiej (na półkoloniach TOZ-u). Sam reportaż jest tekstem fenomenalnym i zasługuje na osobną notę. Wśród cytatów z dziecięcych rymowanek i miejscami naprawdę zdumiewających opisów aktywności młodocianych „półkolonistów” (którzy na placu przy ulicy Siennej mieli własnymi siłami zorganizować bibliotekę, a nawet swoje medium, specyficzne połączenie gazetki i radiowęzła) w reportażu znaleźć można także krótki fragment dotyczący zajęć gimnastycznych:

Po zabawie nadchodzi czas na gimnastykę. Ze wszystkich stron maszerują grupy chłopców i dziewcząt, starszych i młodszych. Wkrótce zaczynają się rytmiczne ćwiczenia rąk i nóg, w górę, w dół, w lewo, w prawo wspaniały, kolorowy i zachwycający widok.

(A junger, Cwiszn di kinder fun Krawiecke… (ojf der halbkolonie fun „toz” ), „Lubliner Sztyme”, r. 8, nr 28, 12 lipca 1935, s. 2)

Nie pada tam co prawda nazwisko Rozenwajna, ale chyba spokojnie można założyć, że chodzi o popisy grup, którymi kierował. Na bezpośrednią wzmiankę o Rozenwajnie natknąłem się przypadkiem, dość rutynowo przeglądając kolejne numery „Lubliner Sztyme”. W krótkiej nocie Far a fizisz-gezuntn arbeter-dor! (jid. Dla zdrowego fizycznie pokolenia robotników!) z 1938 roku przeczytałem:

Po długich staraniach lubelskiemu klubowi »Morgensztern« udało się na powrót uzyskać dostęp do Domu Żołnierza, dzięki czemu można było przywrócić normalny tryb zajęciom gimnastycznym. Od kilku ostatnich tygodni lekcje gimnastyki odbywają się w Domu Żołnierza regularnie w każdą sobotę. Trenują dwie grupy: chłopców i dziewcząt, obie pod kierunkiem pana Rozenwajna.

(Far a fizisz-gezuntn arbeter-dor!, „Lubliner Sztyme”, r. 11, nr 48, 2 grudnia 1938, s. 2)

farafizisz
(Notka z „Lubliner Sztyme” dotycząca Rozenwajna, Biblioteka Narodowa)

I chyba najciekawszy element całej układanki: wśród niemal trzech tysięcy szklanych negatywów odnalezionych przed kilku laty na strychu kamienicy przy Rynku 4 znajduje się kilka fotografii przedstawiających dziewczęta i chłopców z klubu sportowego Morgensztern. Na większości z nich widać morgenszternowskich piłkarzy (futbol był zresztą ulubionym sportem lubelskich Żydów), ale jedno jest szczególne. Kilkanaście dziewczyn w charakterystycznych (uniseksowych!) strojach sekcji gimnastycznej Morgensztern – ciemne spodenki, jasne podkoszulki i duże serce na piersiach. Wokół kilkoro gapiów, a między dziewczętami – trener? Rozenwajn?

sp_008
(Rozenwajn (?) w otoczeniu dziewcząt z sekcji gimnastycznej Morgensztern, Twarze nieistniejącego miasta – kolekcja szklanych negatywów z kamienicy Rynek 4, OBGTNN)

Ten sam mężczyzna, tym razem w otoczeniu zarówno dziewcząt, jak i chłopców z lubelskiego Morgensztern, znajduje się na fotografii pochodzącej ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Naukowego JIWO (YIVO, jid. Jidiszer Wisnszaftlecher Institut). Może nieco młodszy, odrobinę lepiej ubrany, a może po prostu mniej zmęczony, ale z dużym prawdopodobieństwem ten sam.

Nie sposób oczywiście z całą pewnością stwierdzić, że mężczyzna pojawiający się na fotografiach jest Rozenwajnem, o którym wspomina Fraind i nota z „Lubliner Sztyme”. Ale chyba jeszcze trudniej jest taką możliwość zwyczajnie wykluczyć. Splot trzech źródeł – historii mówionej, artykułów prasowych i fotografii pozwala w choć minimalnym stopniu przywrócić pamięć o krawcu-trenerze Rozenwajnie.

Warto przypomnieć jego.