Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Teatr NN

Za aksamitną kurtyną

𝄞 O dwudziestoleciu międzywojennym możemy czytać we wspomnieniach, niezliczonych opracowaniach i prasie; zobaczyć je odbite na setkach fotografii, afiszów i ulotek; dotknąć dzięki zachowanym artefaktom; możemy wreszcie przejść się przedwojennymi ulicami i przy odrobinie wyobraźni przenieść się kilkadziesiąt lat wstecz. Często umykają nam jednak dźwięki międzywojnia – odgłosy ulicy, nawoływania sprzedawców, szemrane rozmowy prowadzone po najciemniejszych zaułkach, stukot obcasów i miękkie kroki biedaków, a przede wszystkim: muzyka dwudziestolecia.

Ilustracja Chaima Goldberga na okładce jego książki Abisl rechiles (jid. Odrobinę plotek) o warszawskim światku artystycznym, Warszawa 1926.

Tymczasem to właśnie w dwudziestoleciu międzywojennym narodziła się nieodległa krewna dzisiejszej muzyki rozrywkowej. Bo chociaż obok wzniosłych pieśni religijnych czy patriotycznych zawsze śpiewano lekkie, zwyczajnie błahe, zalotne lub chwytające za serce przyśpiewki ludowe, dopiero na początku XX wieku muzyka popularna stała się naprawdę popowa. Już wcześniej, od wieków, Polskę rozśpiewywali klezmerzy, żydowscy grajkowie występujący po karczmach, dworach i weselach, którzy doczekali się wybitnych wirtuozów – jak choćby Jontla Wolfa Szpilmana, lub prościej Jontla Klezmera, który około 1845 roku na trzydzieści parę lat osiadł w Lublinie, a w 1881 roku uświetnił „swojemi skrzypcy” wizytę cara Aleksandra III w Warszawie. Nierzadko klezmerzy koligacili się ze sobą, tworząc wielkie i rozgałęzione klany muzykantów, które w każdym pokoleniu spiętrzały swoje talenty. Do dziś na świecie żyją liczni potomkowie lubelskich Klawirów, Fenrnantów i Rozenrybów, uzdolnionych muzyków, splecionych rodzinnymi więzami tak mocno, że ich badanie błyskawicznie przyprawia o gorączkę. W połowie XIX wieku Margulies z Podkamienia koło Brodów podarował światu śpiewaków brodzkich, trupę wędrownych grajków i purimszpilerów, która, jak twierdzą znawcy, razem z licznymi naśladowcami dała zalążek teatru żydowskiego. Na wielkie i doniosłe dzieła dramatyczne deski żydowskich teatrów musiały jednak czekać jeszcze kilkadziesiąt i więcej lat, podczas gdy pod koniec XIX i na początku XX wieku były przede wszystkim areną śpiewu i tańca, do bólu prozaicznych, lekkich i przyjemnych dziełek komediowych. Do tych tradycji będą nawiązywać późniejsi twórcy kupletów, dzieł wciąż zabawnych, ale już nie po prostu śmiesznych, a satyrycznych. Choć początkowo sławę tym wszystkim dziełkom zasłyszanym w teatrach niosły po miastach i miasteczkach – najlepiej jak potrafiły – gardła publiki, wynalezienie pod koniec XIX wieku płyty gramofonowej zrewolucjonizowało świat muzyczny, który, zamieniając się w rynek, trafił pod strzechy.

Nie bez racji twierdzi się, że to walkman ostatecznie uwolnił muzykę, ale w latach 20. i 30. gramofon czy radio były wynalazkami nieporównanie donioślejszymi, o których znaczeniu najlepiej chyba świadczy ta oto scenka z życia lubelskiej rodziny Lewinów, którą w swoim Domu przy Bernardyńskiej zanotowała Krystyna Modrzewska: „Matka rodziny, a jak się w tym czasie mawiało, doktorowa Lewin, uchodziła za osobę tyleż dobrą co naiwną. Córki swobodnie wyko­rzystywały obie te cechy. Przypominam sobie, jak Halina usiłowała nakłonić matkę do kupienia patefonu. Matka, podejrzewając, iż groźne to urządzenie odciągać będzie pociechy od lekcji, miała tylko »nie« w odpowiedzi na prośby. Halina pożyczyła więc patefon od którejś z koleżanek wraz z płytą… Jedynie serce matki… Doktorowa popłakała się i patefon został zakupiony”.

Za sprawą Juliusza Feigenbauma, który, przewidując koniunkturę, już w 1908 roku założył w Warszawie wytwórnię płyt „Syrena Rekord”, Polska stała się prawdziwym imperium winylowym. „Syrena”, od 1929 roku z członem „Electro”, zalała świat tysiącami nagrań w różnych językach, także, co ważne w jidysz. Nie tylko te jidyszowe płyty „Syreny” miały jednak żydowski charakter; rynek muzyczny w dwudziestoleciu międzywojennym był w zasadzie zdominowany przez artystów żydowskich, a wpływy tradycyjnych żydowskich melodii daje się zauważyć w całej muzyce rozrywkowej tego okresu. Kto wie, jak potoczyłyby się losy „Syreny” gdyby nie II wojna światowa — wiele wskazuje na to, że, podobnie jak w przypadku filmów żydowskich, Polska miała szansę stać się transatlantyckim eksporterem popkultury, która i dzisiaj śpiewałaby może w naszych rodzimych językach żydowskich, do których – czy tego chcemy, czy nie – należy zaliczyć również polszczyznę. A chociaż żydowska ulica mówiła wciąż głównie w jidysz i po polsku, pod koniec lat 30. krajowy światek muzyczny zaczął powoli przestawiać się także na rynek palestyński. Stąd właśnie przepiękne ballady, jak List do Palestyny w doskonałym wykonaniu Adama Astona z muzyką Bolesława Mucmana i chwytającymi za serce słowami Andrzeja Własta, ale również, co ważniejsze, covery polskich piosenek śpiewanych po hebrajsku. Wszyscy kojarzą słynne tango To ostatnia niedziela, mało kto jednak słyszał o jego hebrajskiej przeróbce To ostatni szabas, którą pod pseudonimem Ben Lewi śpiewał po hebrajsku Adam Aston. Podobnie jak jemu, również innym sławom polskiej sceny w śpiewaniu w językach żydowskich wcale nie przeszkadzał brak znajomości jidysz czy hebrajskiego i, jestem pewien, w końcu odkryliby również ladino. Ten język Żydów sefardyjskich także powoli wkraczał do muzyki rozrywkowej, między innymi za sprawą późniejszej matki izraelskiej piosenki, Brachy Zefiry – Żydówki pochodzącej z Jemenu, która skądinąd 3 grudnia 1929 roku występowała z recitalem piosenek hebrajskich, tureckich i właśnie w ladino w kinoteatrze Corso w Lublinie.

Koncert tej orientalnej artystki był jednak czymś zgoła wyjątkowym i wciąż bardzo egzotycznym; tamte języki dopiero wchodziły na scenę, podczas gdy polszczyzna i jidysz były już na niej doskonale zadomowione. Kto zatem koncertował po salach przedwojennego Lublina? Aktorzy, piosenkarze czy też performerzy jak Józef Kołodny, Bencjon Witler, nierozłączny duet Dżigan i Szumacher, małżeństwo Turkowów, Lola Folman i wiele, wiele innych gwiazd albo gwiazdek międzywojnia, których nazwiska wybrzmiewają jeszcze czasem na świecie, podczas gdy w Polsce nie mówią już prawie nic. Prócz tego mieliśmy także muzyków miejscowych, chociażby Romana (Rubina) Akermana, chórmistrza chóru robotniczego przy Kultur Lidze i frontmana własnego jazz-bandu. Bo chociaż wiele osób wyobraża sobie może żydowskich grajków w chałatach i z pejsami, koncertujących w dwudziestoleciu po karczmach wśród gęsi i kaczek, mówimy przecież o wieku techniki, radio, postępu i modernizacji. Prawdziwi melomani twierdzą co prawda, że jazz to żadna muzyka, ale właśnie ten gatunek (albo jakaś wariacja na jego temat) zyskał przed wojną ogromną popularność i nie wypadało w latach 30. organizować imprez bez jazz-bandu. Może i byli jeszcze w Lublinie wielbiciele muzyki klasycznej, dla których grywali Szymon Bakman lub Pejsach Sznicer – genialni wirtuozi skrzypiec, odbywały się koncerty współczesnej muzyki synagogalnej z udziałem kantorów uzdolnionych do granic, ale wszystko to była uczta dla wyrafinowanych nudników, podczas gdy zwyczajna publiczność domagała się przede wszystkim dobrej zabawy.

Kiedy zgłębi się temat, okazuje się, że Lublin miał naprawdę szczęście do muzyków żydowskich, stąd wyszli przecież klasycy – Wieniawscy, śpiewacy Glatsztajnowie (krewni znanego poety uwiecznionego na muralu wzdłuż Czechówki), ale też wielu innych mniej znanych, a swego czasu bardzo uznanych artystów popularnych. Można się oczywiście spierać, kto z nich był najbardziej utalentowany (to spór niestety jałowy, bo w większości nie dysponujemy żadnymi nagraniami) albo kogo otaczał największy nimb sławy. Jeśli wierzyć przedwojennej prasie, jednym z najbardziej znanych był artysta dziś zupełnie zapomniany, ale za to jedyny, którego nazywano żydowskim Charliem Chaplinem — lublinianin z dziada pradziada, Icik Feld.

Feld urodził się w 1897 roku jako drugie czy trzecie dziecko Wigdora Judki Felda i Gołdy z Bronbergów mieszkających być może przy ulicy Koziej 4. O jego najmłodszych latach w Lublinie nie wiadomo niestety wiele; w początkach swojej kariery próbował się w chórze i zespole taneczno-wokalnym znanego w Lublinie Jakuba Waksmana, którego trupa dawała spektakle w Panteonie i Rusałce albo zapełniała programy kinowe (gdy film miewał zaledwie pół godziny, trzeba się było czymś ratować). Mógł wówczas popisywać się w sztukach jak choćby Panna Hopla, czyli uwiedziona, Malwinka tak chce lub Córka rolnika, farsach czy operetkach produkowanych taśmowo przez ówczesnych lubelskich impresario, dziełach bez dwóch zdań wybitnych. Miasto opuścił podobno w 1927 roku i niemal od razu śmiało wkroczył na sceny dużych teatrów i kabaretów w Warszawie i Łodzi, w tym bardzo znanego Sambationu. Pod koniec lat 20. wciąż bardzo młody Feld był już uznanym twórcą, zjeździł Europę i miał żonę – Lolę Szpilman (rocznik 1902), również artystkę sceniczną związaną z Sambationem. Jego kariera nabrała jeszcze większego rozpędu, kiedy w 1929 roku wyemigrował do USA i zaczął brylować na scenach nowojorskich.

Sama „Syrena” wyprodukowała kilkadziesiąt płyt z piosenkami w jego wykonaniu (płyty miały wtedy dwie strony, po piosence na każdej), w Polsce i Stanach setki razy stawał na deskach teatrów, kabaretów, rewii i operetek, czym zaskarbił sobie miano ulubieńca i sensacji Warszawy i Ameryki, a wreszcie, chyba ze względu na talent komediowy i wzrost, żydowskiego Chaplina. Postać Felda od wielu innych artystów odróżnia też, że do dziś szczęśliwie zachowało się wiele nagrań „Syreny” z piosenkami i kupletami w jego wykonaniu. Mnie najbardziej rozbawił, a z drugiej strony wpędził w zakłopotanie jego monolog Sztifel picer, czyli pucybut, w którym Feld bawi się polskim i jidysz, nieustannie je miesza i – prawdopodobnie, bo mówi tak szybko, że ledwo mogłem cokolwiek zrozumieć – igra sobie z różnymi polsko-żydowskimi lapsusami i fałszywymi przyjaciółmi. Sam zresztą padłem ofiarą tych fałszywych przyjaciół, kiedy usłyszałem w jego słowach „ja”, co brzmiało jak jidyszowy zaimek (ich) podmieniony na polski i dopiero Paula Teitelbaum, moja nauczycielka jidysz z Nowego Jorku, wyjaśniła mi, że chodzi tu o warszawską wymowę słowa „ich” – „jach”. Kiedy znowu usłyszałem, że ma narzeczoną–polską syjonistkę i długo próbowałem zrozumieć drugie zdanie i cały żart, David Braun, również nowojorski jidyszysta, wyjaśnił mi, że pucybut ma narzeczoną, ale ta jest nie tyle polską syjonistką, co sympatyzuje z syjonistyczno-robotniczą partią Poalej Syjon i należy do tych, z którymi da się sypiać (Feld bawi się tu słowami „poalej” i „pojeln”). W oryginale żart brzmi tak: „Jach hob an ajgene kale. Majn kale iz a poalej-ciunistke – a ciunistke wos me ken baj ir pojeln”.

Stałym tematem przedwojennych piosenek, żartów i kabaretów były niedole mężczyzn nieludzko gnębionych przez swoje żony, w których ci pierwsi pokazywani byli jako maleńcy i wypompowani, niby żywe szkielety obciągnięte skórą albo Prometeusze z wygryzioną wątrobą, podczas gdy one jako potężne i grube gigantki. Cały żart polegał chyba na tym, że podczas gdy oni zaharowywali się na śmierć, one mnożyły zachcianki, ciągle były niezadowolone, zamiast być jak zwiewne dziewczątka i okazywać czułość, tyły i wykończały mężczyzn fizycznie i psychicznie. Dwudziestolecie obfitowało w takie tematy, bo samo było zwyczajnie mizoginistyczne, a ponieważ takie było, tego rodzaju humor bardzo podobał się ówczesnej publiczności. Na kuplet Felda wpisujący się w tę bogatą tradycję zwrócił mi uwagę Adam Kopciowski, który w książce Gewen a mol a jidisz Lublin (jid. Był sobie raz żydowski Lublin) Dawida Ajdelmana czytał wspomnienie o występie Felda w Lublinie (bodaj w teatrze Panteon na Jezuickiej). Trudno to po polsku zrymować, ale rzecz dotyczy kobiety pochodzącej z Brześcia o, cytuję, wielkim pysku, którym pożera – i tu nie jestem pewien, bo wersje są różne – jedzenie albo swojego męża. Jak pisze Ajdelman, jednym z gości teatru był tego wieczoru znany lubelski alfons Herman, który rozsiadł się w pierwszych rzędach ze wszystkimi swoimi pracownicami. Kiedy Feld zaśpiewał o brześciance z pyskiem, Herman wstał i rzucił bezceremonialnie do swoich prostytutek: „O was tu mowa, kurewskie mordy!”. Wtedy najstarsza z nich, niejaka Gucia, która sama pochodziła z Brześcia, również wstała i tak mu odpowiedziała: „Żeby ci język usechł za te słowa, ty stary maczorniku [tj. alfonsie]!”. Po tej wymianie zdań wszystkie prostytutki Hermana w geście protestu opuściły teatr i przez dłuższy czas odmawiały wychodzenia na Grodzką, która była miejscem ich postoju i łowienia klientów, przez co zyskała sobie pieszczotliwe miano „Bukiety”.

Innym razem Feld występował w Lublinie w 1931 roku i także wtedy nie obyło się bez katastrofy. Dwudziestego pierwszego sierpnia tego roku Feld objawił się w kinoteatrze Corso jako gwiazda nad gwiazdami, lublinianin i Amerykanin, otoczony orszakiem innych ciał niebieskich – ansamblem muzyków pod kierunkiem Samuela Wajnberga i jego syna Mieczysława (późniejszego kompozytora, autora m.in. muzyki do radzieckiego filmu Lecą żurawie, nagrodzonego Złotą Palmą w Cannes), ponadto w towarzystwie żony, Loli Szpilman, oraz innej lublinianki – Chany Grosberg. Ta młoda artystka urodziła się w Lublinie w 1900 roku jako Chana Mandeltort, pochodziła z robotniczej rodziny i od dziewiątego roku życia pracowała jako modystka, czyli kapeluszniczka. Już jednak jako siedemnastolatka występowała w chórze miejscowej trupy Herszkowicza, następnie na scenach teatrów w Łodzi i Warszawie, gdzie specjalizowała się w rolach subretek. Na początku lat 20. przeniosła się do Białegostoku, skąd następnie wyjechała na Litwę, tam przez dwa lata śpiewała w lokalnych kawiarniach z repertuarem pieśni rosyjskich i żydowskich, po czym wróciła do Polski i związała się z trupą Kompaniejca, z którą odbyła tournee po Łotwie. Po kolejnym powrocie do Polski występowała we wspominanym już Sambationie i innych polskich teatrach, po czym udało jej się zdobyć angaż w Londynie. Pod koniec lat 30. także ona wyemigrowała do USA i występowała na scenach amerykańskich do połowy lat 60.

Kilkadziesiąt lat wcześniej i po drugiej stronie oceanu, gdy ona, „ognista subretka londyńskiego teatru Pavilion” oraz Lola Szpilman i Icik Feld przygotowywali się do występu w lubelskim Corso, Lublin nawiedziła potworna burza. „Około godziny 6 wieczorem – donosił »Lubliner Tugblat« – nad naszym miastem i okolicą przeszła ogromna burza z potężnymi grzmotami i błyskawicami oraz przerażającą ulewą”. Jak pisała prasa, burza trwała około 45 minut, prawie sto budynków na Kowalskiej, Lubartowskiej, Ruskiej, 1-go Maja, Leszczyńskiego, Czwartku i innych ulicach zostało doszczętnie zalanych wodą. Wielkie straty w składach kupieckich na Kowalskiej 4 spowodował napór spienionych fal spływających ze wzniesienia w okolicach Rybnej, który zerwał cały bruk i wdarł się do budynku niszcząc wszystko na swojej drodze. Ulewa powyrywała dziesiątki młodych drzew, które zniosła następnie w dół ulicy Zamojskiej; po burzy na placu zwanym „pod Lipkami” koło kościoła pomisjonarskiego znaleziono pod drzewami setki martwych piskląt. Burza uszkodziła także linię kolejową na trasie Lublin-Motycz, przez co ruch pociągów został wstrzymany; specjalne brygady robotników i strażaków pracowały przez całą noc, wypompowując wodę i usuwając zniszczenia. Nawałnica z 21 sierpnia 1931 roku, chociaż gwałtowna, była jedynie echem i powidokiem niedawnej trąby powietrznej z 20 lipca 1931 roku, jak mówią specjaliści, prawdopodobnie największej i najbardziej niszczycielskiej burzy zanotowanej na ziemiach polskich. A jednak i w sierpniu prasa donosiła o zniszczeniach i stratach i chociaż nie wspominała o skutkach nawałnicy w okolicach ulicy Radziwiłłowskiej, trudno powiedzieć, czy Corso pozostało nietknięte. Nie wiadomo zatem, czy koncert Felda i jego zespołu się odbył. Jeśli tak, to kilkadziesiąt a może kilkaset lublinian wyszło z niego szczęśliwych i podniesionych na duchu, podobnie jak sto tysięcy widzów w Warszawie i milion w Ameryce. W Icika Felda, jak pisała prasa, wpatrywało się dwa miliony dwieście tysięcy oczu jaśniejących z radości, a tyle samo dłoni gestem triumfalnego „brawo!” jednomyślnie koronowało go najlepszym żydowskim komikiem na świecie. Było to także pożegnanie z Feldem, mistrzem mimiki i tańca, który wkrótce po występie wracał do USA. W Ameryce był nie tylko aktorem, piosenkarzem czy tancerzem – reżyserował i pisał sztuki, był także producentem, a przez chwilę posiadał chyba swój własny teatr przy drugiej alei i drugiej ulicy w Nowym Jorku, w samym środku dzielnicy żydowskich teatrów.

A jednak nie był to ostatni raz, kiedy w Lublinie można było publicznie posłuchać Icika Felda. Następna taka okazja nadarzyła się w sierpniu 1937 roku, kiedy wspomniane już towarzystwo Kultur-Liga zorganizowało na obszernym placu przy ulicy Siennej (obecnie znajdują się tam Tarasy Zamkowe) sporą imprezę masową, której główną atrakcją był pomysłowy radiowęzeł. Cały plac, który od lat służył za boisko żydowskich klubów sportowych, a następnie stolicę nieformalnej Rzeczypospolitej Dzieci, opleciono głośnikami, przez które nadawano satyryczne „programy” na żywo i puszczano z płyt piosenki Kołodnego, Dżigana i właśnie Felda. Chociaż więc nasz rodzimy Charlie Chaplin nie był na Siennej obecny, nad całym placem unosiły się jego skecze, piosenki i kuplety, które – o ile wiem – tym razem nie wiązały się z żadną katastrofą. Miesiąc wcześniej na tym samym placu podczas bardzo podobnej zabawy gościła – tu nie mam pewności, osobiście albo też jako nagranie na płycie gramofonowej – Anna Blit (wł. Chana Sara Muszkatblit-Feld), lublinianka urodzona w 1908 roku. Anna Blit, jak sugeruje jej drugie nazwisko, być może spowinowacona z Icikiem Feldem, posiadała pewne doświadczenie z prawdziwym radiem, które już na początku lat 30. nadawało piosenki w jej wykonaniu; ponadto, w 1932 roku przeszła eliminacje w ogólnopolskim konkursie śpiewaczym, który zorganizowało Towarzystwo Przyjaciół Muzyki i Opery Narodowej. W przeciwieństwie do Icika Felda i Chany Grosberg, Blit nie wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych, podczas wojny przebywała w Lublinie i zmarła w getcie na Majdanie Tatarskim 22 października 1942 roku. Do dziś na nowym cmentarzu żydowskim przy ulicy Walecznych w Lublinie znajduje się symboliczny pomnik jej rodziców, Jakowa i Bejli Muszkatblitów.

Końca II wojny światowej nie doczekał również Icik Feld. Zmarł w Nowym Jorku 7 października 1943 roku w wieku zaledwie 46 lat we własnym domu przy 85 Bristol Street na Brooklynie. Śmierć w wyniku komplikacji po nieudanej operacji przerwała jego pracę nad sztuką Children Without a Home, którą reżyserował w nowojorskim Hopkins Theater; premiera sztuki odbyła się dwa dni po jego śmierci. Chana Grosberg zmarła 22 lipca 1970 roku w Nowym Jorku jako Chana Lipton, „ukochana żona, matka i babcia”. Na jej nagrobku na Mount Hebron Cemetery wyryto inskrypcję: „Jej występy oczarowywały publiczność”. Ostatnia, 7 lipca 1984 roku, ponad czterdzieści lat po śmierci swojego męża, zmarła Lola Szpilman. Para nie miała dzieci, oboje zostali pochowani nieopodal Chany Lipton na tym samym cmentarzu na Queensie w sektorze żydowskich aktorów. Na ich grobie wyryto sentencjonalne zdanie Williama Makepeace’a Thackeray’a, XIX-wiecznego pisarza brytyjskiego: „Spektakl skończony, na dzwonek suflera kurtyna powoli opada w dół”.

Chana Grosberg, Lola Szpilman, Icik Feld i dziesiątki innych żydowskich artystów scenicznych z Lublina są dziś zapomniani. Nie potrzebują jednak pomnika ani tablic, ich pamięci nie jest potrzebny również ten artykuł. Nie ma innego sposobu na upamiętnienie muzyków, niż wsłuchanie się w ich dzieła – radosne kuplety, zwariowane skecze i melodyjne piosenki, które wybrzmiewały kiedyś w teatrach Lublina i świata. Poniżej przedstawiam dziesięć piosenek i kupletów Felda i Loli Szpilman, które dziś każdy może włączyć u siebie w domu. Kto wie, może kiedyś zabrzmią na ulicach Lublina, a jeśli tak, to będzie to najpiękniejszy pomnik, który miasto może wystawić Icikowi Feldowi i innym żydowskim artystom. Bo chociaż kurtyna już dawno opadła, można przecież uchylić jej rąbka i zerknąć na chwilę na świat po drugiej stronie.

A bajt

A tojter

Bajm tojer

Es iz niszt git

Gedalje Marawicher

Idele-fidele

Plejte

Szofer

Szticel picer

Zumerfejgelech

 

Wszystkie powyższe utwory Icika Felda ze zbiorów m.in. Maison de la culture yiddish w Paryżu i Fińskiego Archiwum Nagrań Suomen Äänitearkisto znajdują się w domenie publicznej. W pracy korzystałem m.in. z Leksykonu teatru żydowskiego Zalmena Zylbercwajga oraz przedwojennej prasy. Za cenne wskazówki dziękuję Adamowi Kopciowskiemu, Pauli Teitelbaum, Davidowi Braunowi i Emanuelowi Feldowi, krewnemu Icika Felda.