Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Teatr NN

Zagadka Rywki Berger

Poruszeni opowieściami, w które wsłuchujemy się w Bramie Grodzkiej niemal codziennie, często zdajemy sobie pytanie: jak wiele – ile tragedii, traum, ale też radosnych i wspaniałych chwil – może pomieścić ludzkie życie? W przypadku Rywki Berger, artystki, nauczycielki i bohaterki naszej ostatniej wystawy, pytanie brzmi inaczej: ile tajemnic i nierozwiązanych zagadek zmieści się w jednym, niespełna trzydziestoletnim życiu?

Drzeworyt Rywki Berger do książki Motel, syn kantora (Motl Pejsi dem chazns) Szolema Alejchema opublikowany na łamach „Wochnszrift far Literatur Kunst un Kultur” (27 grudnia 1933).

Kiedy pod koniec lutego otwieraliśmy w Galerii Teatru NN wystawę „Szkicownik Rywki Berger”, sygnalizowałem naszym gościom, że chociaż utkałem dla nich ze strzępków i białych plam jakąś wizję życiorysu tej tajemniczej artystki, wizja ta trzęsła się w posadach i lada moment gotowa była runąć. Jako pierwszy wyzwanie tej chwiejnej konstrukcji rzucił Adam Kopciowski z Zakładu Kultury i Historii Żydów UMCS, który jeszcze przed otwarciem wystawy na dokumentach wytworzonych w lubelskim getcie odnalazł nazwisko i – co istotne – datę, a właściwie daty urodzenia Rywki Berger. Jeśli byłoby prawdą, że przyszła drzeworytniczka urodziła się 20 czerwca 1911 lub 1913 roku, jak wynikało ze spisów byłych nauczycieli żydowskich zatrudnionych podczas wojny w Centosie (Centrali Towarzystw Opieki nad Sierotami), przekreślałoby to połowę jej śmiało skreślonego życiorysu. Zamieszkała przy Jatecznej 36/ Mostowej 7 Rebeka Berger, tak oficjalnie zanotowano jej personalia, nie mogłaby w semestrze 1913/1914 studiować w Warszawskiej Szkole Sztuk Pięknych (jak kazały sądzić dokumenty ocalałe w archiwum warszawskiej ASP) i, jako kilkuletnia dziewczynka, nie dałaby rady w kwietniu 1918 roku debiutować na głośnej wówczas Wystawie Wiosennej w Łodzi.

Chociaż podczas wernisażu przypuszczaliśmy, że być może podczas wojny Berger odjęła ze swojej metryki kilkanaście lat (zdarzały się i takie przypadki), prawdziwa bomba wybuchła następnego dnia, kiedy ten sam Adam Kopciowski znalazł krótką wzmiankę o artystce w powojennym eseju Jakowa Glatsztejna. Ten wybitny poeta języka jidysz urodzony w 1896 roku w Lublinie, który po wyjeździe do Nowego Jorku w 1914 roku zrobił wielką karierę literacką, zanotował w latach 50.: „Zachował się u mnie 34-stronicowy tomik poezji Josefa Hernhuta, który został wydany w 1933 roku pod tytułem In undzere teg [Za naszych dni]. (…) Zeszycik został wydrukowany w drukarni „Rekord” Wajnbauma przy Noworybnej i kosztował 50 groszy, całe pół złotego. Drzeworyt na okładce wykonała Rywka Berger, moja bliska krewna, naziści zabili także i tę młodą artystkę” (J. Glatsztejn, In toch genumen, esejen 1949-1959, t. II, Buenos Aires 1960, s. 187).

Okładka tomiku Josefa Hernhuta In undzere teg. Chociaż na okładce zaznaczono rok 1934, w rzeczywistości publikacja ukazała się w Lublinie pod koniec 1933 roku.

O ile było niemal pewne, że życiorys Rywki Berger krył w sobie wiele zagadek, nikt chyba nie spodziewał się aż takiej rewelacji. Jedno, nieznośnie krótkie i rzucone niemal mimochodem zdanie Glatsztejna dosłownie wywróciło spojrzenie na artystkę i jej życie do góry nogami. Dzięki tym ułamkom Adamowi Kopciowskiemu i Piotrowi Krotofilowi udało się powiązać rodziców Glatsztejna z rodziną Bergerów, a w szczególności z niejakim Janklem Bergerem (czy też Bergierem), mieszkańcem domu przy Jatecznej 36/ Mostowej 7 (gdzie podczas wojny, jak wspominałem wyżej, mieszkała również Rywka Berger) i jednocześnie domniemanym ojcem artystki. Jak wynika z aktów metrykalnych, od 1902 roku żoną Bergera, krawca urodzonego w 1873 roku w Łęcznej, była niejaka Sura Łaja z domu Glatesztejn, córka Wolfa Glatsztejna, stryja poety Jakowa Glatsztejna. Chociaż zagadka bliskiego pokrewieństwa Rywki Berger z Jakowem Glatsztejnem wydawała się rozwiązana, okazało się, że więzy rodzinne artystki i poety nie kończyły się wcale na braciach Wolfie i Icku Glatsztejnach. Matką Sury Łai Berger (matki artystki) była bowiem niejaka Bina Pesa z domu Jungman, siostra Abrama Bera Jungmana, ojca matki poety, Ity Rywki z domu Jungman. Mimo że cały ten rodzinny galimatias wydaje się na pierwszy rzut oka nie do objęcia, między Berger a Glatsztejnem zachodziło dosyć typowe w tamtych czasach pokrewieństwo wynikające z pobierania się całymi rodzinami (dzieci jednej rodziny wychodziły za dzieci drugiej). W tym konkretnym przypadku owocem tych zabiegów było to, że artystka i poeta mieli parę wspólnych pradziadków, ponadto dziadkowie Glatsztejna ze strony jego ojca byli jednocześnie pradziadkami Berger. Rozrysowana powyżej i poniżej teoria o związkach rodzinnych artystki wydaje się bardzo prawdopodobna, ale, niestety, wciąż czeka na ostateczny dowód. Mimo wysiłków jak na razie nie udało się bowiem odnaleźć aktu urodzenia artystki, który potwierdziłby spekulacje o jej pochodzeniu – stosowny dokument nie został prawdopodobnie sporządzony przy jej narodzinach (co ciekawe, nie dotyczyło to jej braci) i ciągle pozostaje nieodkryty.

Skrzyżowanie ulic Jatecznej i Mostowej, po prawej stronie budynek pod numerem Jateczna 36/ Mostowa 1 (według starszej numeracji 7), prawdopodobnie dom rodzinny Rywki Berger (zbiory Symchy Wajsa).

Możliwe powiązania rodzinne Rywki Berger i Jakowa Glatsztejna.

Kolejną zagadką w życiorysie Rywki Berger są jej studia artystyczne w Krakowie. Według prof. Jerzego Malinowskiego młoda Berger uczęszczała do lubelskiej filii krakowskiej Wolnej Szkoły Malarstwa i Rysunku Ludwiki Mehofferowej (bratowej Józefa Mehoffera), jednak Maks Geler, autor chyba jedynego przedwojennego artykułu dotyczącego jej życia i twórczości, dość enigmatycznie stwierdza, że Berger była wychowanką samego Józefa Mehoffera na krakowskiej ASP. Niemal „krakowskim targiem” obie te wersje połączył Józef Sandel, zmarły w 1962 roku historyk sztuki, który – jak się zdaje – znał artystkę osobiście lub z relacji jej znajomych. Według Sandla Berger rzeczywiście uczęszczała do lubelskiej filii szkoły Mehofferowej, po czym krótko studiowała na krakowskiej ASP (kto wie, może rzeczywiście pod kierunkiem Mehoffera), przerwała jednak naukę ze względu na otrzymanie posady nauczycielki rysunku w Szkole Ludowej im. I.L. Pereca w Lublinie. I te informacje pozostają jednak póki co niepotwierdzone – w archiwum krakowskiej ASP nie odnaleziono jak na razie żadnych dokumentów potwierdzających jej pobyt w Krakowie.

Znane i zachowane na łamach żydowskiej i polskiej prasy prace artystki pochodzą z lat 30. (a przynajmniej wtedy się ukazywały), czyli z okresu, kiedy Berger prawdopodobnie wróciła już do rodzinnego miasta. Pierwszą (co nie znaczy, że najwcześniejszą) z nich – drzeworyt przedstawiający Bramę Zasraną w Lublinie – opublikowano 21 lipca 1933 roku na łamach warszawskiej gazety „Wochnszrift far Literatur, Kunst un Kultur” [Tygodnik Poświęcony Literaturze, Sztuce i Kulturze], kiedy artystka miała zaledwie dwadzieścia lub dwadzieścia dwa lata. O tej dziedzinie twórczości Berger, w której starała się wyspecjalizować właśnie w latach 30., tak pisał Sandel: „Najlepiej wyrażała się w technice drzeworytu, w czerni i bieli. Z tych na pierwszy rzut oka zimnych kolorów Rywka Berger wydobyła tysiące nastrojów, całą gamę uczuć. Jej drzeworyty przedstawiały dynamiczne sceny. Jeden z nich, który nosi tytuł »Autodafe«, był aluzją do spalenia w Niemczech w maju 1933 roku humanistycznych dzieł niemieckiej literatury napisanych przez Żydów. […] Wszystkie jej prace powstawały jako wyraz chęci włączenia widza w walkę z faszyzmem. Drzeworyty Rywki Berger były żywe, czytelne. Całkiem wyraźnie charakteryzowały ówczesne napięte stosunki polityczne w kraju i za granicą” (J. Sandel, Umgekumene jidisze kinstler in Pojln, t. I, Warszawa 1957, s. 72-73). W sumie udało się odszukać dziewiętnaście drzewo- i linorytów Rywki Berger rozrzuconych po lewicowych „Wochnszrift” i „Robotniku”, syjonistycznych „Opinii” i „Lekturze” aż po sensacyjny tabloid „Unzer Express” [Nasz Ekspres]. Wydaje się więcej niż prawdopodobne, że kolejne czekają na odkrycie schowane na stronach przedwojennych czasopism.

Autodafe Rywki Berger, drzeworyt znany wcześniej pod tytułem Stosy płoną.

Zagadkowe jest również życie prywatne Rywki Berger, panny obracającej się prawdopodobnie w kręgach młodych bundowców ze wspomnianym Josefem Hernhutem na czele, dla którego stworzyła okładkę jego rewolucyjnego tomiku (jeśli łączyło ich coś więcej niż przyjaźń, związek nie przetrwał, w drugiej połowie lat 30. Hernhut ożenił się z niejaką Fajgą Zajdenwerg). Do niedawna niemal tyle samo wiedzieliśmy o jej pracy w postępowej Szkole Ludowej im. I.L. Pereca w Lublinie prowadzonej przez Centralną Żydowską Organizację Szkolną CISzO. W księdze pamięci nauczycieli szkół skupionych w tej organizacji z 1952 roku przy nazwisku Berger nie umieszczono imienia, lat życia ani żadnych szczegółów poza prostym odnotowaniem, że rzeczywiście tam pracowała. Nieco światła na Berger jako nauczycielkę rzucił jednak Sandel, który pisał: „uwielbiała swoją pracę i dzieci [z owej szkoły], zachwycała się prymitywnymi dziecięcymi rysunkami i sądziła, że w niejednym z tych dzieci kryje się talent. Marzyła, że w przyszłości z części z nich wyrosną artyści. Często wspominała swoje własne dziecięce lata, swoje pierwsze kroki. Miała nadzieję, że przyszłość będzie inna, wierzyła w walkę mas, w osiągnięcia klasy robotniczej i w lepszą przyszłość dla tych dzieci” (Sandel, s. 72).

Ten sam autor zanotował: „latem 1936 roku Rywka Berger wyjechała na odpoczynek do Zakopanego. Zetknęła się tam z góralami i zaczęła tworzyć coś w rodzaju plastycznego reportażu ukazującego życie ludzi w górach w całym jego realizmie. Nie znaczy to, że była w tej dziedzinie odkrywcza, jednak obrazki, które wówczas stworzyła, wykonane były z dużym zrozumieniem i bardzo poruszające” (Sandel, s. 73). Prace „zakopiańskie” to kolejna z zagadek Rywki Berger, podobnie jak cała nieznana nam, wręcz widmowa część twórczości tej artystki. Chociaż wiemy, że oprócz drzeworytów malowała również obrazy olejne, a według Gelera najbardziej charakterystyczne miały być dla niej niewielkie formy tuszem i ołówkiem – żadna z tych prac nie została jak dotąd odnaleziona i, kto wie, być może pozostanie tak już na zawsze. Wspomniany Geler w ten sposób pisał o tej części twórczości Rywki Berger: „W połamanych, zgarbionych domkach na starych i ciasnych bocznych uliczkach Lublina czuje się nie tylko wprawną rękę rysowniczki i biegłe oko obserwatorki, ale przede wszystkim romantyczny i artystyczny zmysł, który przenika ze szczególnym umiłowaniem ten specyficzny styl starych domów i charakterystyczną estetykę architektoniczną. Wszystkie te narysowane przez nią uliczki i zaułki, powykrzywiane domki z ich charakterystycznymi facjatkami i balkonami, nieliczne stare gmachy ze specyficznie ukształtowanymi odrzwiami i oknami, interesujące pod względem stylu przyszkółki i cmentarze uchwycone z różnych punktów widzenia – to wszystko w tle albo uliczki, albo na stronie bulwarku pełnego wysuszonych gałęzi… Jest w tym jakiś swojski, romantyczny urok, przy którym rosną serce i dusza. Rywka Berger doskonale zna te stare, pokurczone domki w ciasno poskręcanych uliczkach – jest dzieckiem proletariuszy, w takich miejscach się urodziła i wychowała. Swoje najpiękniejsze lata dzieciństwa spędziła właśnie w nich, a jej wrażliwa dusza nasiąkła ich liryczno-romantycznym czarem” (M. Geler, Riwke Berger, „Wochnszrift far Literatur, Kunst un Kultur” nr 44, 17 XI 1933).

Zagadką są szczegóły śmierci artystki. Zginęła w Lublinie lub w Bełżcu, prawdopodobnie na wczesnym etapie likwidacji lubelskiego getta mając niespełna trzydzieści lat. Pytaniem pozostaje także, kim była jej imienniczka, owa, zapewne związana z łódzką grupą Jung Jidysz, artystka nieco starszego pokolenia, która chyba rzeczywiście istniała i raczej nie miała żadnych związków z Lublinem. Jedną z największych tajemnic Rywki Berger pozostaje jednak jej wygląd. Chociaż zachowało się kilka fotografii wychowanków i pracowników Szkoły Ludowej im. I.L. Pereca w Lublinie, pod żadną nie spisano personaliów sportretowanych na nich osób. To niemal oczywiste, że na którejś z nich, w tłumie uczniów i innych nauczycieli znajduje się Rywka Berger – może uśmiechnięta albo zamyślona, odwrócona bokiem lub obejmująca któreś z dzieci, a przy tym — tego możemy być pewni, niezwykle zagadkowa.

Uczniowie i nauczyciele ze Szkoły Ludowej im. I.L. Pereca w Lublinie, koniec lat 30. XX w. Białą strzałką zaznaczono Belę Szpiro (Folkshojz o. n. fun I. L. Perec in Lublin in gang fun der boj-arbet (informacje material), Lublin 1939).