Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Teatr NN

Dziewczynka z pamiętnika

O kim dzisiaj powinnam napisać? O małej Basi Brycman, która pojawia się na kilka sekund w przedwojennym filmie o Kurowie i zawadiacko uśmiecha się w ostatniej scenie? O Andzi Borensztajn, która kilka dni przed wybuchem wojny w rozmowie ze swoją koleżanką przewidziała swój los, mówiąc, że jeżeli wojna wybuchnie, to ona jej nie przeżyje? O dwunastoletniej, niebieskookiej Gabrysi, która poprosiła swoją opiekunkę o truciznę, bo wiedziała, co Niemcy robią z Żydami we Lwowie? O małym braciszku Małki Najmark, którego ta nie mogła zabrać ze sobą do kryjówki? A może o dziewczynce, która spoglądała na świat przez okno kamienicy stojącej do dzisiaj przy ulicy Radziwiłłowskiej 5 w Lublinie?

001_RiabininD_pamietnik

Strona z pamiętnika Danuty Riabinin (z domu Podobińskiej)

Kamienica nie wyróżnia się niczym szczególnym, więc nie zwracałam na nią uwagi do dnia, kiedy pani Danuta Riabinin wyciągnęła ze swojej szuflady szkolny pamiętnik. Niewielki, z tłoczoną brązowa okładką, cudem ocalał wyciągnięty w pierwszych dniach wojny spod gruzów domu, w którym mieszkała moja rozmówczyni. Starannie oklejony taśmą, tak by nie wypadła żadna strona. Na lekko pożółkłych kartkach wykaligrafowane wpisy i kolorowe rysunki. Pani Danuta, absolwentka Gimnazjum im. Unii Lubelskiej, skrupulatnie opowiadała mi o każdej osobie, która pozostawiła w nim swój ślad. Zbliżałyśmy się już do końca, mój dyktafon rejestrował opowieści o losach „unitek” i ich udanym życiu, mimo że ich młodość przypadła na czas okupacji. Kiedy pani Danuta otworzyła przedostatnią stronę z wierszem Adama Asnyka, zaszkliły się jej oczy. „To nasza Marynia. Ona była z rodziny żydowskiej. Nie wiem, co się z nią stało, ale na pewno nie przeżyła okupacji, bo przecież by się do nas odezwała”.

Wpis Marii Rechtszaft w pamiętniku Danuty Riabinin (z domu Podobińskiej)
Wpis Marii Rechtszaft w pamiętniku Danuty Riabinin (z domu Podobińskiej)

Nie wiadomo, kto ostatni raz widział Marię. Stanisława Zimnicka – szkolna koleżanka Marii – wspomina, że podczas wojny przyjeżdżała do niej do Lublina i przywoziła jej chleb. Pewnego razu Marysia odprowadziła ją do autobusu. Na ramieniu miała już opaskę z gwiazdą Dawida. Kiedy Stanisława wsiadła do autobusu jadącego w kierunku Piask, zaczepił ją siedzący obok mężczyzna. „(…) on w pewnym sensie zgorszył się tym. Zgorszył się, że pozwoliłam się odprowadzić koleżance z lentą, z tym żydowskim znakiem. A ja uważałam to za rzecz normalną, bo to była moja koleżanka szkolna”. Danuta Riabinin zapamiętała, że przypadkiem spotkała Marysię w mieszkaniu jakiejś wspólnej koleżanki. Sprzedawała gazę i watę. „(…) oczywiście wszystko kupiłyśmy, co tylko można było, ale ona była taka przerażona, że w ogóle nic nie chciała mówić. To już był taki śmiertelny strach w jej oczach. To były oczy człowieka, który wie, że jest skazany (…).

Julia Hartwig spotkała Marię u wylotu ulicy Lubartowskiej, podobno wtedy getto było już zamknięte. Stała tam ze swoja koleżanką Rejzlą Rubinfajer. Chwilę porozmawiały. Po latach Julia Hartwig napisze wiersz „Koleżanki”, w którym szczególnie zaakcentuje to ostatnie spotkanie:

„Głos łacinniczki był jakby trochę ostrzejszy,
kiedy się do nich zwracała.
(Nigdy po imieniu.)
Miriam była zawsze doskonale przygotowana,
Reginka słabsza, ale poprawna.
Trzymały się razem
i razem wychodziły z klasy przed religią.

Ostatni raz spotkałyśmy się niespodziewanie u wylotu Lubartowskiej,
na granicy świeżo utworzonego getta.
Stały tam onieśmielone jakby przydarzyło im się coś wstydliwego”.                                                             

(Julia Hartwig, Koleżanki, z tomu Bez pożegnania)

Kadr z jedynego wspólnego zdjęcia Rajzli Rubinfajer (po lewej) i Marii Rechtszaft. fot. z archiwum Danuty Riabinin
Kadr z jedynego wspólnego zdjęcia Rajzli Rubinfajer (po lewej) i Marii Rechtszaft. fot. z archiwum Danuty Riabinin

Nie wiemy, jakie były dalsze losy Marii Rechtszaft. Jej nazwiska nie ma na liście wysiedlonych na teren utworzonego getta na Majdanie Tatarskim. Może próbowała znaleźć jakiś ratunek? To, że przeżyła, jest mało prawdopodobne. Raczej udałoby mi się znaleźć jakiś ślad jej powojennego życia.

A co było przed wojną? Nauka w jednym z najlepszych gimnazjów w Lublinie i doskonałe stopnie. W archiwum obecnego III Liceum Ogólnokształcącego im. Unii Lubelskiej w Lublinie zachowały się przedwojenne dokumenty. Maria Rechtszaft miała doskonałe stopnie: same czwórki i piątki. Jedynie z ćwiczeń cielesnych dostateczny. Niewątpliwie była prymuską i urodzoną humanistką. Wiosną 1939 roku sześćdziesiąt uczennic III Państwowego Liceum i Gimnazjum im. Unii Lubelskiej przystąpiło do matury. Zachowały się odpisy ich maturalnych świadectw – wysokie noty osiągnięte na egzaminie dojrzałości uplasowały siedemnastoletnią Marię Rechtszaft w gronie pięciu najlepszych maturzystek. Jakie mogły być jej plany na przyszłość? Po latach pytam o to jedną z ówczesnych maturzystek, prof. Marię Modzelewską: „(…) nikt z nas jakoś tak o tych planach nie opowiadał. Człowiek żył bieżącym życiem, ponieważ takie częste zmiany następowały, przecież nadchodziła wojna (…)”.

Kiedy próbuję poskładać skrawki czyjegoś życia, zawsze odczuwam potrzebę zobaczenia, jak ta osoba wyglądała. Świadectwa maturalne rocznika 1939 są jedynymi, na których nie ma zdjęć absolwentek. Ale zdjęcia Marysi zachowały się w przepastnych albumach moich rozmówczyń. Choćby te: studniówka w 1939 roku w mieszkaniu jednej z uczennic przy ulicy Ogrodowej. Na wszystkich zdjęciach Marysia patrzy w obiektyw i lekko się uśmiecha. Nikt już nie pamięta, jaki kolor miała jej sukienka.

Co było wcześniej? Nie spotkałam nikogo, kto pamiętałby małą Marysię Rechtszaft. Wszystko co wiem o jej dzieciństwie i rodzinie pochodzi z dokumentów, które przetrwały w archiwach. Jej ojciec, Ludwik, był znaną postacią – lubelskim adwokatem i współzałożycielem ukazującego się po polsku tygodnika społeczno-kulturalnego „Myśl żydowska”. Ale archiwa nie dają odpowiedzi na wiele pytań. Nie wiem, jakich bajek słuchała mała Marysia – czy opowiadała je jej matka, czy może ojciec. A może dziadek Henoch, który mieszkał w tej samej kamienicy? Nie wiem jakie miała zabawki i gdzie wyjeżdżała na wakacje. Jakie czytała książki i jakie były jej ulubione miejsca w Lublinie. Ale dzięki wpisowi, który zostawiła w pamiętniku, dzięki dokumentom, które przetrwały i dzięki opowieściom jej koleżanek wiem, że istniała. I kiedy mijam kamienicę przy ulicy Radziwiłłowskiej 5 (przed wojną nr 3), myślę o urodzonej 11 kwietnia 1922 roku w Lublinie Marii Rechtszaft, córce Chany i Ludwika. Spoglądam w okna, przez które musiała patrzeć na świat „dziewczynka z pamiętnika” i zadaję sobie pytanie: czy uda mi się znaleźć kolejne ślady jej istnienia?

Wpis powstał z okazji Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu.

Odtwarzanie losów Marii Rechtszaft nie byłoby możliwe, gdyby nie pomoc i zaangażowanie wielu osób. W tym miejscu pragnę wszystkim podziękować. W tej historii wciąż jest wiele niewiadomych. Jeżeli ktoś z czytelników tego wpisu posiada jakiekolwiek informacje o rodzinie Rechtszaftów, będę niezmiernie wdzięczna za kontakt.