Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Teatr NN

„Poza nagraniem” – blog Historii Mówionej. Odcinek pierwszy.

To są właśnie kulisy i uroki naszej pracy

Nasza kapryśna drukarka, nazywana przez pracowników Strychu, „Dajaną” — jak na księżną przystało — miewa humory, ale na szczęście dla Ani wypluwa błyskawicznie kartkę zadrukowaną treścią oświadczenia świadka historii. „Strych” to poddasze Bramy Grodzkiej z zaaranżowaną przestrzenią biurową zwaną też „Montażownią”. Na Strychu swoje biurka mają osoby z różnych działów, z Historii Mówionej jestem tu ja, Ania Kostrzewska i Piotr Sztajdel.

— Na Strychu, gdzie pracujemy razem, mieścił się gabinet dyrektora — mówi Piotr Sztajdel. Pracuje w Ośrodku „Brama Grodzka-Teatr NN” od 21 lat. Kiedy zaczynał pracę, nagrania historii mówionej realizowała Marta Kubiszyn. — Dopiero zaczynaliśmy, daliśmy podwaliny pod to, co jest teraz. Natomiast za chwilę pojawił się Tomek Czajkowski, potem Wiola Wejman, także dział zaczął się rozrastać — dodaje. — Wkrótce do zespołu dołączył Piotr Lasota, Marek Nawratowicz, Agnieszka Góra-Stępień. Marka zastąpiła Asia Kijek, a Asię — Ania Kostrzewska. W naszym obecnym składzie jest też Michał Durakiewicz.

Ania ma dziś nagranie poza Ośrodkiem, dlatego szykuje rekorder, kamerę i oświadczenie, ale wcześniej mamy zebranie działu.

— Ile mamy czasu do spotkania? — spoglądam na Anię. Zostały nam dwie minuty. — Pada? — po drodze zerkam przez okno na Strychu. Widać stąd Zamek Lubelski. Chyba śmiało mogę przyznać, że to jeden z najlepszych widoków na Zamek w Lublinie, ale mogę się mylić. — Idziemy do HM-u — Ania informuje nasze koleżanki i kolegów ze Strychu. — Ale nie tego w Tarasach — rzuca, a mówi tak, ilekroć, chodzimy do pokoju Historii Mówionej. Jej powiedzenie stało się naszym strychowym sucharem. Żeby go zrozumieć, należy się wyjaśnienie: HM to skrót naszej Pracowni „Historii Mówionej”, a H&M to popularna sieciówka z butikiem w galerii handlowej Vivo (wcześniej Tarasy Zamkowe), która mieści się w niedalekiej odległości od Bramy Grodzkiej. Wróćmy do naszego zebrania. Zbiegamy po schodach i idziemy równym krokiem korytarzami Bramy Grodzkiej. Zatrzymujemy się dopiero przed drzwiami pracowni. Puk, puk. W pokoju trzy biurka (na więcej nie ma miejsca) zajmują chłopcy: Tomek, Piotrek Lasota i Michał. Przez uchylone okno słychać krople deszczu uderzające o parapet. Przynajmniej wydaje mi się, że je słyszę, bo za oknem jest szaro. A widok szarości dopełniają blaszane dachy kamienic po przeciwnej stronie ulicy. Tymczasem nasze cotygodniowe poniedziałkowe zebranie działu zaczyna się od kilku kluczowych pytań, dotyczących głównie planowanych nagrań i tych zrealizowanych w ubiegłym tygodniu. I okazuje się, że jest ich całkiem sporo i są to naprawdę ciekawe relacje. Na pytanie Piotrka Lasoty, czy wszystkie relacje są wprowadzone do „bazy”, każdy mówi za siebie. — No dobra, mamy teraz chwilę, żeby pogadać o blogu historii mówionej, w formule dwutygodniowej — mówi wreszcie Piotr, a potem oddaje mi głos, więc przyznaję, że mam sporo pomysłów na wpisy, a w pierwszym chciałabym przedstawić naszą pracownię.

Piotrek tylko się uśmiecha: — Nie zdziwcie się zatem, jak Aga Góra zapuka do was i zada wam kilka pytań — dodaje, a ja mu przytakuję. Zapraszamy zatem do naszej pracowni, tym razem wejściem od kuchni. — Wejście do Pracowni jest od ulicy Grodzkiej 34 — wyjaśnia Piotrek. To wejście naprzeciwko drzwi z szyldem Centrum Informacji Ośrodka „Brama Grodzka-Teatr NN”. Ciężkie drzwi wejściowe otwierają się do wewnątrz, trzeba iść prosto do końca korytarza, a potem na lewo i schodami w górę. Na szczycie schodów są drzwi z nazwą Pracowni. Za nimi mieści się biuro, gdzie mamy nasze poniedziałkowe zebrania, i studio nagrań. Schodów w całym Ośrodku jest jeszcze więcej.

Więcej: Schody (Opowieści z Bramy odc. 2)

— No tych schodów jest u nas trochę do pokonania. Ja sam też siedzę dużo przy kompie, więc czasami nawet wolę przejść do kogoś, przebiec się i pogadać, a nie dzwonić, żeby trochę się rozruszać. A jest, gdzie biegać — uśmiecha się, a ja mu przytakuję, bo podzielam jego zdanie.

Piotr Lasota jest koordynatorem naszej Pracowni.

— Póki co to jest dopiero mój drugi rok w tej roli i jeszcze mam jakieś pomysły do zrealizowania. A jak będę czuł potrzebę, że chcę wrócić do swojej codziennej pracy, zamiast zajmować się równocześnie zespołem ludzi, i zarządzać nimi, i z rzeczywistością „walczyć”, to pewnie uznam, że moja misja dobiegła końca. A może będzie tak, że wszystkim wszystko będzie odpowiadało i  to będzie długo trwało — uśmiecha się. — Na dzień dzisiejszy zupełnie się nad tym nie zastanawiam. Tomek przez wiele lat prowadził pracownię, później ją prowadziła Wiola. Życie polega na jakiś rotacjach. A Tomek był tu od początku.

Tomek: przyszedłem tu jako student

— Tomku, pamiętasz swoje początki w Bramie?

— Przyszedłem tu jako student na zajęcia fakultatywne. To był przedmiot, który prowadził dyrektor Ośrodka. Studenci mają do wyboru różne przedmioty fakultatywne, ja wybrałem akurat taki. W lutym 1999 roku pierwszy raz wszedłem do Bramy Grodzkiej, a w 2000 roku w lipcu poleciałem do Izraela. Tam byłem 9 miesięcy, wróciłem w marcu 2001. W Izraelu przeprowadziłem pierwsze swoje nagrania ze świadkami historii, byłymi mieszkańcami Lublina.

Napisał pracę magisterską, której temat był inspirowany jego obecnością w Bramie Grodzkiej i dotyczył historii kamienicy przy Krawieckiej 41 i jej mieszkańców. Od tego czasu był związany z Bramą Grodzką, a formalnie został zatrudniony w 2005 roku. — Od początku byłem członkiem zespołu Historii Mówionej. Potem byłem koordynatorem od 2006 do 2013 roku i ten czas koordynatorstwa się zakończył.

— Tomku, ja ciebie pamiętam w Bramie ze swoich czasów studenckich — przypominam sobie. — To musiał być 2006, może 2007 rok. Pamiętam, jak uczyłeś nas nagrywać na „starym” sprzęcie,  takim z dyskietkami — opisuję mu, a Tomek się uśmiecha: — Wtedy to był nowoczesny sprzęt.

Przyznaję mu rację.

— Jeśli chodzi o sprzęt, to przeszliśmy tutaj rewolucję. Kiedy pierwszy raz przyszedłem, to Marta Kubiszyn, która była koordynatorką Historii Mówionej, dysponowała tak zwanymi „minidyskami”. Minidysk to taki rejestrator cyfrowy — już wtedy. Chociaż w Izraelu nagrywałem jeszcze na dyktafonie swoim prywatnym. To był kasetowy dyktafon. W 2010 roku dostaliśmy nowe Edirole, a potem pojawiły się kamery nowszej generacji, bo kamery były już w 2005 czy 2006 roku.

Dziś realizujemy nagrania w formie audio i wideo. Zmienił się też sposób prowadzenia rozmowy. — Kiedyś był główny nacisk jednak na kwestionariuszowe rozmowy dotyczące dzielnicy żydowskiej w Lublinie i relacji polsko-żydowskich.

— Mnie jeszcze w Ośrodku nie było, ale z tego, co wiem, chcieliście opowiadać o życiu wielokulturowego, przedwojennego Lublina?

— Masz rację, tak. Teraz rozmawiamy o wszystkim, jeśli chodzi o historię. Teraz rozmawiamy o całym życiu naszych świadków historii. Są to tak zwane pogłębione wywiady biograficzne, czasami nawet kilkunastogodzinne.

— Na przykład twoje nagrania z redaktorem Alojzym Gzellą, jest ich chyba kilkanaście?

— Tutaj, z panem Gzellą, no to rzeczywiście całe życie jego było omówione, oczywiście Lublin w szczególności i jego praca w „Kurierze Lubelskim”.

— Były na pewno spotkania, które szczególnie zapadły ci w pamięć? Ale pewnie trudno jest wskazać konkretne? — od razu sugeruję odpowiedź, bo i ja bym na nie tak odpowiedziała, ale chcę wiedzieć, co o tym myśli Tomek.

— To jest trudne pytanie, tak jak mówisz, wolę nie wybierać i nie różnicować. Na pewno te szczególne to te izraelskie moje nagrania. To były trudne rozmowy, bo dotykały naprawdę dramatycznych przeżyć tych ludzi. Każda rozmowa była tak naprawdę szczególna. Mówię o tak zwanych „Wyprawach pamięci”, czyli wyjazdach zagranicznych, głównie do Izraela, ale też do innych miejsc. Ale było też wiele takich szczególnych rozmów i nie tylko dramatycznych, ale po prostu ciekawych, czy z jakichś powodów ważnych w Polsce, w Lublinie.

— Jesteś rekordzistą naszym pod względem ilości zrealizowanych nagrań — zauważam, bo Tomek zarejestrował do tej pory około 1300 relacji. Choć sam nie lubi się tym chwalić. — Nie akceptuję tego. To jest jakiś wymierny efekt mojej pracy, ale ja po prostu nie chcę tego przeliczać na ilość. Dla mnie ważne są spotkania z drugim człowiekiem jak dzisiaj z panem Zenonem Nieściorem.

Skończyliśmy właśnie nasze działowe spotkanie, które — przez wzgląd na planowane przez Tomka nagranie — zaczęło się wcześniej. Kiedy w drzwiach zjawił się świadek historii Tomka, przywitaliśmy go chórem, a potem rozeszliśmy się do swoich biurek. Tomek zniknął za drzwiami studia HM, które z pracownią dzieli cienka ściana, a ponieważ studio wymaga jeszcze lepszego wyciszenia, chłopcy muszą nieraz siedzieć naprawdę cicho, żeby kamera i rekorder w studiu za ścianą nie zarejestrowały ich rozmów. Okna zarówno studia, jak i biura chłopaków wychodzą na ulicę Kowalską. Ponieważ pomieszczenia mieszą się na piętrze kamienicy z okna widać dachy budynków po drugiej stronie ulicy i sterczące anteny satelitarne i telewizyjne.

Piotr Lasota: pierwszy raz usłyszałem termin „historia mówiona” na studiach

— My mamy ciekawszy widok na „Strychu” — uśmiecham się, kiedy siadam do rozmowy z Piotrkiem. — Ja bym sobie życzył widzieć z okna zieleń na przykład, nie?  — Piotrek rzuca propozycją i się uśmiecha. — Otwartą przestrzeń, no ale, co ja mogę sobie życzyć — dalej ma na twarzy uśmiech. — Natomiast ludzie, którzy przychodzą, są nieraz zafascynowani tym widokiem, taki mocno industrialny, wiesz. Słońca jest mało, bo to zachodnie okno. No i te grube mury, chłodne, ale jak się nagrzeją latem, to one chyba dopiero w listopadzie się wychładzają — opowiada.

Wystrój ich pokoju dopełniają wiszące lampy i ściana z cegieł. Ściana mieści się naprzeciwko okien, po prawej stronie od drzwi wejściowych, zaś eksponowane cegły —  z sygnaturami lubelskich cegielni — stanowią pewnego rodzaju instalację i zwracają uwagę naszych gości. Nie byłoby ich zapewne w tym miejscu, gdyby nie realizowany kilka lat temu projekt: „Lubelskie cegielnie. Materia miasta”. 

— Może zrobimy wam zdjęcie na tle cegieł? — proponuję, kiedy potem zaglądam do pracowni Historii Mówionej z Patrykiem, koordynatorem Działu Ikonografii, który tego dnia robi fotoreportaż z pracy naszego działu.

— Tomek był tu od początku — powtarza Piotrek i znowu się uśmiecha. — Mało tego, że był, to był opiekunem mojego stażu. To był 2009 roku, zacząłem od stażu po obronie magisterki — przenosi się myślami w czasie. Podobnie jak Tomek, Piotrek usłyszał o Historii Mówionej, będąc studentem, tyle że kilka lat później. — Ja nie wiedziałem, że tutaj trafię, bo mi się wydawało zawsze, że będę w szkole uczył. Z takim przekonaniem poszedłem na studia —  przyznaje, a studiował filologię polską ze specjalnością nauczycielską, ale też dziennikarską. — I około czwartego roku „zmądrzałem” i stwierdziłem, że to jest absolutnie nie dla mnie. Odkryłem też wtedy historię mówioną.

— A jak ją odkryłeś?

— Przypadkowo. O dziwo, ja się w programie studiów przez pięć lat nie zetknąłem z tym pojęciem w ogóle. To powinno się pojawić, ale się nie pojawiło. I jak poszedłem do pani profesor Haliny Pelc na seminarium — opowiada — i spytała o nasze propozycje, o czym chcemy pisać, więc ja zacząłem opowiadać totalnie intuicyjnie, że mam taki pomysł, że u mnie w okolicach rodzinnych, u jednej babci, u drugiej, po sąsiadach jest dużo starszych ludzi, którzy bardzo ciekawie opowiadają o wojnie, o życiu codziennym, o jakichś wierzeniach, świętach, tradycjach, obrzędach, i że to mnie strasznie ciekawi i mam taką potrzebę, żeby to zacząć rejestrować i coś z tym zrobić. Jakieś ramy nakreśliłem. No i ona tak słucha, słucha i mówi: „No świetnie. To jest w ramach historii mówionej?” A ja wiesz —  o co chodzi? Pierwszy raz usłyszałem termin „historia mówiona” wtedy. I strasznie mi się spodobał. Stwierdziłem, że to jest dokładnie to, co chcę zrobić.

Piotrek napisał pracę tematem nawiązującą do historii tradycji i folkloru. — Ze zjawiskami językowo-kulturowymi, z kulturą  wsi, z wierzeniami, ale też z wojną i stereotypami, które panowały wtedy — precyzuje. Pracę zatytułował: „Ludowa wizja postrzegania rzeczywistości w historii mówionej”. Nieraz sięga do swojej pracy i pierwszych wywiadów. — Jak dzisiaj ich słucham i na nie sobie patrzę, to mnie skręca we wszystkich możliwych częściach ciała — uśmiecha się. — No, ale okej, robiłem to intuicyjnie, nie? Nie byłem przygotowany, nie wiedziałem, jak to się robi, z czym to się je, jaka jest metodologia. Poza tym to byli dziadkowie, sąsiedzi, rodzina, tak się trochę dziwnie rozmawiało. Człowiek totalnie nieprzygotowany idzie na żywioł. Ale super, świadectwa zostały. Wiesz, nikogo z tych ludzi już nie ma. Trzy, może cztery lata temu, już nie pamiętam, zmarła ostatnia osoba, którą wtedy nagrywałem do magisterki.

Po obronie pracy magisterskiej, Piotrek miał kilka ofert pracy, między innymi w szkole, z której wyszedł w świat. Ale też w firmie zajmującej się wykończeniami i budownictwem. — Ale się zafiksowałem, że będę robił tę historię mówioną.

Kiedy dyrektor Ośrodka — Tomasz Pietrasiewicz zobaczył pracę Piotrka, był zachwycony: „No rewelacja”, powiedział. — W rozdziale teoretycznym magisterki pisałem o historii mówionej i pisałem, że w Bramie jest historia mówiona.

W jego magisterce pojawiło się nazwisko Tomka Czajkowskiego, pisał też o Marcie Kubiszyn. — Wspomniałem Marka i Wiolę, że razem taki zespół tworzą. No i sobie wymyśliłem, że ja tutaj chcę przyjść i chcę tutaj pracować — dodaje. Miał wątpliwości, czy zostanie przyjęty, dlatego — jak sam przyznaje: — żeby nie uderzać z grubej rury, to wymyśliłem sobie zacząć stażem, żeby zobaczyć to środowisko, poznać ludzi, i tak dalej.

To był staż z Urzędu Miasta. Kombinowany, ponieważ Piotrek nie był mieszkańcem Lublina. — Wiesz, szycie totalne, nie po to, żeby dostać ten staż, ale papiery, że jestem zameldowany w Lublinie. 

Był zaskoczony rozmową kwalifikacyjną na staż w Bramie. Tomka Czajkowskiego nie było, ponieważ był na „Wyprawie pamięci” w Izraelu. — To było jakoś w sierpniu, we wrześniu? I chyba Łukasz Kowalski był na rozmowie i Aśka Zętar, u Tadeusza Przystojeckiego w pokoju — przypomina sobie. Zarzucono go pytaniami o jego dotychczasowe doświadczenie: „Proszę pokazać te nagrania. A co pan wie o historii mówionej? A jak długo trwały…?” Przeszedł pomyślnie rozmowę.
— Zadzwonili do mnie, że widzą mnie tutaj i mogę zaczynać, ale opiekuna nie będzie — mówi Piotrek. Tomek, który miał być jego opiekunem, wybierał się do Izraela. — Ale później wrócił, no i od niego się w sumie uczyłem, nie? — dodaje. — Był taką osobą, która mi naświetlała to wszystko, pokazywała, jak to się robi. 

Wiola: były to nagrania tematyczne

Kiedy Piotrek zaczynał współpracę z Ośrodkiem, w dziale była też Wiola. Miała wtedy już kilkuletnie doświadczenie pracy z historią mówioną w Bramie Grodzkiej. — Ja się w Pracowni znalazłam dzięki Tomkowi, który w 2005 roku zaprosił mnie do współpracy przy projekcie Lubelski Lipiec.

Pokój, w którym urzęduje Wiola, mieści się na trasie od Pracowni Historii Mówionej — Strych. — Jesteśmy w twoim pokoju i mamy tutaj zdjęcia — wskazuję wzrokiem na tablicę korkową nad jej biurkiem. — Możesz powiedzieć, kto jest na tych zdjęciach? Dlaczego są tu te, a nie inne?

— To są dla mnie rzeczy w jakiś sposób bliskie i ważne. Wiążą się z moją pracą i zainteresowaniami. Jedno z najważniejszych zdjęć, które tu wisi to portret Krystyny Modrzewskiej, osoby, którą wiry historii zmusiły do wielokrotnej zmiany nazwiska. Urodziła się jako Krystyna Mandelbaum, w czasie okupacji, aby móc przeżyć zmieniła nazwisko na Modrzewska, a po przymusowej emigracji do Szwecji przez jakiś czas podpisywała się nazwiskiem panieńskim swojej matki, czyli Frenkiel. Czytelnicy i czytelniczki mogą Krystynę Modrzewską kojarzyć jako Adama Strusia, bo tak podpisywała swoje książki wydawane w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Krystyna Modrzewska to bohaterka projektu „Ocalić od zapomnienia. Krystyna Modrzewska”, który realizowałam wspólnie z Agnieszką Zachariewicz w 2012 roku. Chciałyśmy ocalić pamięć o tej nietuzinkowej, ważnej postaci, zainteresować jej losami młodych ludzi, a także sprawdzić, czy w Szwecji pozostało po niej jakieś archiwum. Wyruszyłyśmy śladami Krystyny Modrzewskiej i w Lublinie, Białymstoku, Poznaniu, Sztokholmie i Uppsali znalazłyśmy wiele ciekawych opowieści i materiałów. Najbardziej zaskoczyło i ucieszyło nas archiwum, które przechowali państwo Backmanowie w Uppsali, którzy przyjaźnili się z Modrzewską. Podarowali je Ośrodkowi i do Lublina wróciłyśmy z mnóstwem zdjęć i kilkoma przedmiotami osobistymi należącymi do naszej bohaterki. Bardzo cieszymy się, że nasz projekt popularyzujący postać Modrzewskiej zainspirował wiele osób do bardziej naukowej analizy jej losów. My w naszym projekcie stworzyłyśmy multimedialne hasło biograficzne, a wszystkie materiały zgromadzone w ramach projektu są dostępne na stronie internetowej.

— Wtedy w 2012 roku w Szwecji — dodaje Wiola. — Razem z Agnieszką nagrałyśmy też wiele wywiadów z osobami pochodzącymi z Lublina lub osobami, których rodzice żyli przed wojną w Lublinie, a po wydarzeniach w marcu 1968 roku, w wyniku antysemickiej kampanii zostali zmuszeni do opuszczenia kraju. I to było dla mnie bardzo ważne doświadczenie, wtedy spotkałam się między innymi z rodziną Adama Bromberga. To niesamowita postać, utalentowany wydawca, twórca potęgi Państwowego Wydawnictwa Naukowego, a po emigracji założyciel razem z córką Doroteą fantastycznego, szwedzkiego wydawnictwa Brombergs. Rozmawiałyśmy też z nieżyjącą już dzisiaj Danutą Zipper-Olędzką, córką jednego z lubelskich lekarzy. To spotkanie i rozmowa bardzo utkwiły mi w pamięci.

—  A  twoje pierwsze relacje? — spoglądam na Wiolę,

— Bardzo dobrze je pamiętam. Na przełomie marca i kwietnia 2005 roku dołączyłam do zespołu Pracowni Historii Mówionej. Wtedy w Bramie realizowany był projekt „Lubelski Lipiec” i szukano osób do nagrywania świadkiń/świadków historii. 5 kwietnia, po wcześniejszym przeszkoleniu przez Tomka Czajkowskiego i Martę Kubiszyn wyruszyłam na Kalinowszczyznę nagrać swoją pierwszą relację. Dzień był słoneczny, a moja Rozmówczyni, pani Alicja Morawiecka rocznik 1926, bardzo miła i wyrozumiała. Bardzo dobrze pamiętam swój stres związany właściwie nie z rozmową, tylko z tym, czy sprzęt będzie dobrze działał. Na szczęście wszystko się udało i dzisiaj możemy posłuchać głosu i wspomnień pani Morawieckiej.

Te pierwsze nagrania, które realizowałam, były nagraniami tematycznymi. Mieliśmy kwestionariusz, w którym  były wymienione wydarzenia z lat 1944-1989 i pytaliśmy świadków i świadkinie historii o to, jak te wydarzenia zapamiętali i jak zmieniły one ich życie.  Ale akurat tak się zdarzyło, że nagrywałam też osoby, które miały bardzo duże dokonania, jeżeli chodzi o działalność w opozycji. Powstała wtedy kolekcja nagrań z osobami związanymi z lubelskim pismem „Spotkania. Niezależne Pismo Młodych Katolików”. Te wywiady nie są już tak mocno tematyczne, koncentrują się raczej na wybranych elementach biografii  i opozycyjnych dokonaniach. Doskonale widać w nich jak wiele w naszym życiu może zmienić historia, ale też to jak my swoimi działaniami możemy zmienić bieg historii. Lata mojej pracy zarówno z relacjami nagrywanymi samodzielne, jak i tymi, które nagrał ktoś inny, ale ja analizowałam ich treść, przekonały mnie do metody biograficznej. Ta wielogodzinna rejestracja czyjejś historii ma wielki sens i dzięki temu ocalamy dla przyszłych pokoleń wiele bardzo różnorodnych aspektów minionej rzeczywistości.

Piotr Lasota: szybko znalazłem pierwszą swoją osobę do nagrania

— Szybko znalazłem pierwszą swoją osobę do nagrania, pana Zdzisława Suwałowskiego. Mój pierwszy strzał  i, nie chcę tu wartościować, ale jeden ze świadków historii, którzy zapadli w pamięć i najwięcej materiałów wnieśli. Wszystko zrobiliśmy, jeśli chodzi o nagrania: mapy pamięci, spacer, fotografie opowiadane. Wiesz, to mój pierwszy świadek historii. Tam jest naście godzin tego wszystkiego, więc strzeliłem dobrze. A zaczęło się od kanarków, bo on jest ptasiarz i ja. On hodował ptaki, ja hodowałem ptaki. Poznał nas taki Kamil, który mieszkał u niego na stancji.

Staż trwał. Któregoś dnia dyrektor Pietrasiewicz zatrzymał Piotrka w drzwiach wyjściowych i zaprosił na rozmowę. — Siedzieliśmy sobie w Stacyjce, przy stole, no i szefo mówi: „Słuchaj, co ty w ogóle dalej planujesz, staż i co?” No i mówię, że nie wiem: „No zobaczymy, na razie jestem tutaj i bardzo mi się podoba, to miejsce mi odpowiada, tematyka mi odpowiada i realizuję się tutaj”. „A chciałbyś zostać?” Ja mówię, że no pewnie, że bym chciał. „To ty sobie już nie szukaj pracy, będziesz z nami”. No super, rewelacja! No i faktycznie, najpierw jakaś umowa zlecenie i czekanie na etat aż się stworzy luka.

Nie dopominał się o etat i robił swoje. Któregoś dnia usłyszał od dyrektora pytanie, dlaczego nie wpisuje się na listę. Odparł, że musi mieć umowę o pracę. Okazało się, że dyrektor zrobił mu niespodziankę noworoczną, a nazwisko Lasota Piotr znalazło się na liście, na której byli inni pracownicy z działu. — Więc tak tutaj trafiłem. No różnie było przez te lata, w różnych konfiguracjach. Kto był? No była wtedy Wiola i Tomek. Ciebie jeszcze nie znałem wtedy. Marek Nawartowicz jeszcze wtedy był z nami. Potem pojawiła się do pomocy Dagmara Spodar, Agnieszka Piasecka i za Marka — Asia Kijek — wylicza. Piotrek lubi swoją pracę. — Zwiądłbym jak jakiejś słabej jakości tulipan, jakbym miał pracę, gdzie codziennie musiałabym robić to samo. Nie wiem, klepać w kółko jedną rzecz. Ta powtarzalność czynności, do umęczenia jakiś schematyzm. A tu masz wiesz, pole do działania i sam sobie tą pracę planujesz, nie? Zadania realizujesz we własnym tempie, pomysły, jakie masz, zagadnienia. Nie ma nudy.

Wiola: historia mówiona to wyścig z czasem

Wiola: — Teraz nagrywam właściwie kilka osób naraz, ale to w naszej pracy normalne. Najbardziej lubię pracować z osobami starszymi, które o swoim życiu opowiadają z perspektywy osiemdziesięciolatków, a czasami nawet stulatków. Mam poczucie, że praca z osobami, które już nie są aż tak mocno aktywne zawodowo, daje bardzo interesującą perspektywę wspomnieniową. No i takie osoby mają zwyczajnie więcej czasu na spotkania. Jako że pracuję z najstarszym pokoleniem, ciągle towarzyszy mi poczucie utraty i odchodzenia. Wiele osób, które podarowały mi swój czas i podzieliły się wspomnieniami, już nie żyje. Niebawem nie będziemy mieli już z kim rozmawiać o II wojnie światowej. Dlatego trzeba się spieszyć i próbować docierać do jak największej ilości starszych osób. Podczas rozmów zostajemy obdarowani nie tylko ciekawymi, unikalnymi opowieściami, ale też równie niezwykłymi archiwaliami i zdjęciami. Bardzo lubię ten moment, kiedy osoba, z którą rozmawiam, wyciąga stare albumy i pokazuje  mi swoją przeszłość. Tak było w przypadku pani doktor Elżbiety Wiszniewskiej, którą zgodziła się na wielogodzinne (ponad 13 godzin wspomnień!) nagrania i udostępniła swoje fotograficzne archiwum. A teraz pracuję z panem Bogdanem Walasem, który niebawem skończy 100 lat, jest Lublinianinem z bardzo ciekawą biografią i fenomenalną pamięcią. Najczęściej nagrywamy we wtorki. Również we wtorki spotykam się panią, która urodziła się w Lublinie w 1927 roku. Na razie chce pozostać anonimowa. Uważnie słucham jej wypełnionej szczegółami opowieści o przedwojennym i okupacyjnym Lublinie. Ujęło mnie to, że poprosiła swoją siostrzenicę o odnalezienie w Ośrodku losów szkolnej koleżanki Zlaty Burszytyn. A potem zgodziła się na spotkanie i nagrywanie swoich wspomnień. Zdjęcie swojej szkolnej koleżanki Zlaty moja Rozmówczyni przechowuje w swoim albumie. W piątki w naszym studiu HM goszczę nestorkę lubelskiego dziennikarstwa radiowego panią Kazimierę Izdebską-Błażewicz. 

— A ty Tomku nagrywałeś pana Zenona dzisiaj?

— To było moje trzecie spotkanie z panem Zenonem Nieściorem. Pierwsze było biograficzne. Poprosiłem, żeby opowiedział całe swoje życie, i to bardzo ładnie wyszło. Klasyczne nagranie biograficzne od tych lat najwcześniejszych, dziecięcych, przez jego szkołę, potem przez okres lubelski, bo pan pochodzi z miejscowości Stryjno w gminie Rybczewice. Tam się urodził, a do Lublina przyjechał w 1961 roku, kiedy zaczął naukę w zakładowej szkole zawodowej przy Fabryce Samochodów Ciężarowych w Lublinie. Po jej ukończeniu podjął tam pracę, bo tak to działało, że te szkoły kształciły sobie pracowników. On się wykształcił w kierunku frezera. Naukę kontynuował w technikum, też zakładowym. Był na tyle ambitnym człowiekiem, że chciał cały czas się uczyć. Ukończył technikum, równolegle pracował w tych zakładach, potem poszedł na studia wieczorowe, łącząc to ze swoją pracą, więc naprawdę mi zaimponował swoją determinacją. Potem przez kolejne szczeble zakładów pracował cały czas do lat 90., kiedy fabryka uległa likwidacji, potem były różne przeobrażenia tej fabryki — opowiada, a relacja pana Zenona znajdzie się na naszej stronie internetowej. — W tamtym tygodniu dopytywałem o szczegóły z jego dzieciństwa, o sprawy związane z miejscowością Stryjno, a dzisiaj zaczęliśmy rozmowy o Fabryce Samochodów Ciężarowych. I pożyczyłem dzisiaj sporo zdjęć od niego. W przyszłym tygodniu myślę, że będziemy kontynuowali rozmowy jeszcze o fabryce. A teraz fajna rzecz, umówiłem się z panem Zenonem na spacer, właśnie po terenie byłej fabryki — podkreśla. Spacery z historią mówioną to jedna z form naszych nagrań poza studiem czy zaciszem domowym naszych rozmówców. — Nie wiem, czy wiesz, gdzie było kino Przyjaźń? Pan Zenon dokładnie pokaże. Całą topografię tego miejsca opowie. Przejdziemy się i powie, co gdzie się mieściło. Będzie takim przewodnikiem po nieistniejącej Fabryce Samochodów Ciężarowych w Lublinie.

— A jak trafiłeś na tego pana?

— Kontakt dostałem od naszego informatyka, Mirka. To jedna z metod pozyskiwania kontaktów do świadków historii. 

Wiola: — A z panią Kazimierą Izdebską-Błażewicz historia wyglądała tak, że w ubiegłym roku, w styczniu, byłam gościnią w Radiu Lublin.  Po audycji oglądałam wystawę w holu Radia Lublin. Dostrzegłam cudowne zdjęcie grupy młodych osób, bardzo ładnie upozowanych, uśmiechniętych. Na pierwszym planie widać opadające płatki śniegu. Uwielbiam padający śnieg i pewnie dlatego tak się zachwyciłam tym zdjęciem. Ale przy zdjęciu zatrzymał mnie także optymizm, jaki bije z twarzy tych ludzi, którzy rozpoczynają swoją pracę w Radiu Lublin. Takie  beztroskie uśmiechy mają przecież ludzie, którzy zaczynają coś ważnego budować i tworzyć. I kiedy tak stałam przed tym zdjęciem, pomyślałam, że fantastycznie byłoby spróbować nagrać ich wspomnienia. Ale czy ktoś jeszcze żyje? Podpis na zdjęciu podawał datę: styczeń 1958 rok. Dosyć  szybko okazało się, że z osób przedstawionych na zdjęciu, żyje jedna osoba. Dzięki Katarzynie Michalak z Radia Lublin udało mi się skontaktować z panią Kazimierą Izdebską-Błażewicz, która ku mojej ogromnej radości zgodziła się na nagranie. To zawsze jest taki stresujący moment, który często towarzyszy mi w pracy, że wiem, że jest jakaś osoba z bardzo ciekawym życiorysem, która może opowiedzieć wiele ciekawych rzeczy, ale nie mam pewności czy zgodzi się na rozmowę. Ale w tym przypadku udało się! To wielka przyjemność słuchać o tym, jak kiedyś „robiło” się radio. Jedna z najbardziej barwnych opowieści to ta o wyciszaniu studia radiowego za pomocą zwisających z sufitu nitek z obłoczkami waty.

Piotr Lasota: obdarzamy ludzi zaufaniem

Zauważam, że często spotykamy się z odpowiedzią naszych rozmówców, którzy uważają, że ich historia nie jest ciekawa. „Ale co ja mogę opowiedzieć?”, mówią. Jak pokazać, że warto opowiedzieć też o ich codzienności na przykład.

Michał: — Mi na przykład ostatnio jeden z moich rozmówców bardzo fajnie opowiadał ze szczegółami, że jak to często kiedyś bywało na wsi, już jako małe dziecko zaczął wypasać krowy. I okazuje się, że to nie była wcale taka prosta sprawa, bo wystarczyło, że nie mieli dużo ziemi w pobliżu gospodarstwa i to była duża sztuka, żeby znaleźć jakieś skrawki trawy dla tych krów, codziennie gdzie indziej, nie wejść w szkodę sąsiadowi, nikomu nie podpaść, a jednocześnie ten obowiązek wypełnić. My sobie w ogóle nie wyobrażamy, że naszym dzieciom w wieku siedmiu lat można by powierzyć jakieś mienie, żywe stworzenie, a wtedy to była normalna rzecz. I to jest ten urywek przeszłości, który my dzięki relacji gdzieś ocalimy i pokażemy, że tak kiedyś wyglądało życie.

— Taka właśnie antropologia codzienności jest też ważna — dodaje Piotrek Lasota. — Trzeba przekaz i język dostosować do osoby, z którą rozmawiamy. Inaczej będziesz rozmawiała z  profesorem uniwersytetu, inaczej z politykiem. Jeszcze inaczej z jakąś babuszką z małej wioski, która ma inną mentalność. Trzeba tego człowieka przygotować, przedstawić się, powiedzieć, co robimy i w jakim celu. Dobrą metodą jest przykład, jeśli ktoś z kręgu tej osoby był kiedyś nagrany, warto podać taki przykład. Coraz częściej jest tak, i z tego się cieszę, że po prostu ludzie „zakumali”, że tutaj jest takie miejsce, żeby zadzwonić albo napisać, i żeby ktoś zatrzymał ich historie. Mamy maile, telefony, że u nas jest starsza sąsiadka, nie wiem, że wujek opowiada coś ciekawego, babcię mam starsza, i coraz częściej w ten sposób ludzie do nas trafiają. Załapali, że to jest ten adres, gdzie warto się zwrócić. My też nie robimy show. My robimy mrówczą pracę i też obdarzamy ludzi zaufaniem i ludzie nas obdarzają zaufaniem. I to jest bardzo ważne, że potrafimy o te relacje wzajemne dbać. Sama wiesz, robisz te nagrania od jakiegoś czasu, że to jest tak naprawdę budowanie relacji z ludźmi.

Poruszamy trudne tematy, ale są też wesołe opowieści. – Wiesz, ile razy tak ktoś się śmieje, że trzeba przerywać nagranie, nie? – spogląda na mnie Piotrek. – Sypią ludzie anegdotami. Jak umiesz z ludźmi gadać i ich ukierunkujesz i jakby widzą, że to jest interesujące i zabawne, to fajne rzeczy sypią. Teraz na przykład pana Wojciecha Brakowieckiego nagrywałem. Chirurg lubelski. No i opowiada mi o tym, jak tam świrowali podczas tych studiów. No po prostu poezja, nie?

— A pan Brakowiecki ile ma lat?

— Pan Wojciech trzydziesty siódmy, zdaje się, rocznik, ale jeszcze cały czas pracuje.

— A jak na pana Wojciecha trafiłeś?

— A to szefa [Tomasza Pietrasiewicza] sprawka, bo dał mi kontakt do jego syna, radiowca. To są właśnie kulisy i uroki naszej pracy. I syn mówi, że fajnie, że tata się zgodzi na pewno, „ale wie pan, to tak najwcześniej o 17, bo on jeszcze pracuje”. No okej, spoko. Tego dnia i tak miałem jedno nagranie tutaj — a mówiąc „tutaj”, ma na myśli studio historii mówionej — ponad dwugodzinne. Jest godzina 17, a ja dopiero idę na kolejne nagranie. Wiesz, powinienem być już dawno w domu. Zanim pan przyjechał, była 18. Zanim zaczęliśmy nagrywać, było chyba koło 19.

Piotr Lasota: ci ludzie to opowiedzą raz w życiu

Czasami w sobotę wolną trzeba się z kimś spotkać, staram się tego nie robić, ale w wyjątkowych sytuacjach to się zdarza. Już nie mówię o tym, że w niektóre miejsca muszę śmigać własnym autem, bo tam się inaczej nie da dojechać. Ale mam powiedzieć, że nie przyjadę, bo nie mam czym dojechać? Nie chcemy tej historii? Całe moje motto, przekonanie jest takie, że po prostu w większości przypadków ci ludzie opowiedzą to raz w życiu, nie? Wątpię, żeby byli nagrywani, nie wiem, przez radio, telewizje, reportażystów, tak? I jak oni nie opowiedzą tego tutaj, dzisiaj, to już nie powiedzą nigdy. I dla mnie najważniejsze jest ocalanie tych świadectw. Jedne są takie, drugie inne, wiesz, ja tego nie oceniam, tylko pomagam zachować tego człowieka, jego historie, część jego dla kolejnych pokoleń. Wiesz o co, chodzi? Tak że to też takie kulisy nasze pracy, że po prostu nie zostawisz człowieka, nie zamkniesz „okienka”. Powiesz „do widzenia, jutro od 8 mam otwarte”. Tylko kontynuujesz — Piotrek spogląda na mnie, a ja w odpowiedzi kiwam głową. — Często w czasie nagrania, po godzinie, dwóch, sama wiesz, ktoś mówi: „Wie pan, fajnie się z panem gada. Napijemy się po kieliszku?” Wiesz, o co chodzi. Ktoś się czuje dobrze w twoim towarzystwie, no to cię podejmuje na swój sposób. Jeden ci nalewkę postawi, drugi kawę, trzeci herbatę, żebyś posiedział, porozmawiał. Tak że to jest budowanie relacji, oni przecież dają nam swoje świadectwo.

Ja przypominam sobie jak niedawno pan Ryszard Dziadosz, którego nagrywałam w tym roku dwukrotnie, zaprosił nas wszystkich do Mięćmierza, żeby zobaczyć wiatrak, który sprowadził tam w połowie lat 70.

Wiola: — Zaczęłyśmy pracować z panią Kazimierą i rozmawiać o całej jej biografii, od jej dzieciństwa. No i teraz w piątek, 8 marca, Dzień Kobiet, pani Kazimiera zrobiła przepiękny gest, bardzo nas to rozczuliło, ponieważ z okazji Dnia Kobiet przyniosła kolegom z pracowni kawę i słodkości. Bardzo tu było ujmujące. To jedna z najstarszych i najbardziej doświadczonych dziennikarek radiowych lubelskiej rozgłośni, chociaż temat dziennikarzy może nie jest dla mnie wiodący.

Ania: u mnie na biureczku są tomiki poezji

— Mi się bardzo spodobał temat dziennikarzy — przyznaje Ania, kiedy pijemy już poranną kawę. Wspólna kawa, właściwie dwie, to nieodłączny element naszego każdego dnia w pracy, chyba że któraś akurat ma nagranie, albo gdzieś biegnie.

Ania pije kawę z mlekiem, ja czarną. — Ale się chichracie — celuje w nas obiektywem swojego aparatu Patryk. A chwilę potem Ania już opowiada mi o pani Alicji Lejcyk-Kamińskiej, którą dzisiaj nagrywa. Na nazwisko pani Alicji trafiła, przygotowując „Wtorki z Historią Mówioną”.

— No właśnie, najpierw może powiedz, czym są te „Wtorki”? — pytam później Anię.

— Jest to promowanie historii mówionej w internecie, czyli wybieram fragmenty z opublikowanych już u nas rozmów, dobieram zdjęcie do tego, robię grafikę, którą Magda Baj później publikuje na Facebooku. Myślę, że chodzi o to, żeby kogoś zainteresować tym, co robimy, bo czasami właśnie w komentarzach odzywają się osoby, u których opublikowany fragment też przywołał wspomnienia i one też są później nagrywane. Te nagrania są bardzo ciekawe, jako osoba, która dołączyłam, nie miałam wiedzy o tym, kto był wcześniej nagrywany. A teraz coraz bardziej kojarzę poszczególne relacje, z których korzystałam, wybierałam fragmenty do „Wtorków”. Ostatnio właśnie znalazłam dla siebie świadka historii, bo zaciekawiła mnie sama relacja. Zajrzałam do transkrypcji i tam była wymieniona pani, którą nagrywam.

— Chodzi o panią Alicję?

— Tak. 

— Niedawno też nagrywałaś panią, która jest poetką, panią Łyczewską? A poezja jest tobie bliska i na twoim biurku leżą też tomiki poezji. Dlaczego poezja jest na twoim biurku?

— Początkowo bałam się rozmawiać z poetami, bo wydawało mi się, że jeżeli osoba pisząca wiersze spotka się z osobą, która też pisze, to nie będzie ciekawa rozmowa. Ale okazało się inaczej podczas rozmowy z panią Łyczewską. A skąd poezja? Bo piszę wiersze, publikuję w internecie, ale też one ukazują się w różnych zinach. W ogóle moja poezja po raz pierwszy została opublikowana dzięki działalności Ivana [Davydenko] w Domu Słów, który prowadził Malkontenty, magazyn literacki. Więc taka pierwsza moja publikacja była związana z Bramą. Ale poezję piszę od podstawówki. Jest ona obecna w moim życiu. Nie tylko piszę, ale też czytam, więc u mnie na biureczku są tomiki poezji, do których zaglądam czasami, żeby przeczytać sobie jakiś wiersz. W ogóle czuję się lepiej, jeżeli ta poezja jest u mnie obecna.

Poezja jest także przy biurku Wioli. — Każdy dzień staram się zacząć od lektury wiersza. Nie jest łatwo zawsze znaleźć na to czas. I dlatego powiesiłam tutaj zdjęcie jednego z najważniejszych dla mnie poetów — Paula Celana — Wiola wskazuje na fotografię przypiętą do tablicy korkowej naprzeciwko  biurka. Mam też wydrukowany jego wiersz „Zmiennymi kluczami” w tłumaczeniu Julii Juryś. Obok jeden z najpiękniejszych wierszy Miłosza „Ale książki”. Lubię mieć słowa ulubionych poetów w zasięgu wzroku.

— Powiedz Wiolu więcej o tych zdjęciach.

— To zdjęcie jest zwykłym wydrukiem z komputera. Ale jest dla mnie bardzo ważne, bo to budynek synagogi w rodzinnej miejscowości mojej babci. Do dzisiaj nie zachowało się zbyt wiele zdjęć z okresu przedwojennego, a sam budynek został zniszczony w czasie wojny. Nie wiem, czy osoby, które przesłały mi to zdjęcie, życzą sobie, aby ujawnić ich personalia, ale bardzo im jestem wdzięczna za podzielenie się ze mną tą niezwykłą fotografią. I cóż tu jeszcze wisi? Jest jeszcze pocztówka z obrazem Teresy Roszkowskiej, jednej z najbardziej fascynujących polskich malarek. Na obrazie widać codzienność mieszkanek i mieszkańców Kazimierza Dolnego przed wojną. Oryginał ma oczywiście o wiele piękniejsze kolory. Teresa Roszkowska jest jedną z osób, które bardzo chciałabym móc poznać, porozmawiać, zadać pytania i zarejestrować wspomnienia, ale niestety urodziłam się zbyt późno, aby móc to zrobić. Podobne uczucia towarzyszą mi zresztą, kiedy myślę o niezwykle bogatej biografii Adama Bromberga. To już pozostanie tylko w sferze marzeń.

Ania: szukałam miejsca, gdzie mogłabym się spełniać literacko

— Wiola jest w Bramie od 2005 roku, czyli prawie 20 lat, ty Aniu trafiłaś do nas rok temu?

— Tak, jako pracownik — odpowiada Ania. — Może opowiem od początku, o tym, jak się dowiedziałam o Bramie? Na studiach szukałam miejsca, gdzie mogłabym się spełniać literacko. I wówczas Dom Słów organizował warsztaty pisarskie, na które się zapisałam. Jako studentka musiałam zrobić też praktyki i wtedy dowiedziałam się, że Dom Słów podlega bezpośrednio pod Bramę, i żebym skontaktowała się z Bramą w sprawie tych praktyk. Wtedy po raz pierwszy w życiu trafiłam do Historii Mówionej, w ogóle nie zdając sobie sprawy z tego, czym jest ta historia mówiona. I jak większość osób na praktykach w Historii Mówionej przepisywałam relacje. I ta jedna relacja, którą przepisywałam, bardzo utkwiła mi w pamięci. Często nawet wracałam do niej myślami, bo to był wątek związany z II wojną światową. Wtedy też z Tomkiem Czajkowskim wzięłam udział w nagraniu tego pana po raz drugi, jako osoba, która słucha. Więc miałam też okazję zobaczyć, jak powstaje takie nagranie, w ogóle nie mając świadomości, że kiedyś sama będę takie wywiady realizowała. Później brałam udział w innych wydarzeniach związanych z działaniem Ośrodka.  To było w czasach studiów, od 2015 roku. W 2021 roku ja byłam u was na Strychu na praktykach w dziale wideo.

Ania nie wiedziała wówczas, że będzie jednym z naszych pracowników. — Więc ta historia zatoczyła koło — dodaje. Dziś Ania siedzi przy biurku, które wcześniej zajmowała Asia Kijek, to Asia była inicjatorką „Wtorków z Historią Mówioną”. — Tak, zresztą z Asią Kijek miałam zajęcia na studiach — dodaje Ania, która podobnie jak wcześniej Asia, zajmuje się teraz także montażem. Montuje też Piotr, który zajmuje biurko na „Strychu” tuż za Anią.

Piotr Sztajdel: prawda wychodzi dopiero, kiedy siadasz do komputera

— Jestem montażystą relacji historii mówionych w formacie audio i wideo — podkreśla Piotr. — Prawda o nagraniu wychodzi, dopiero kiedy siadasz do komputera i zaczynasz to montować. I widzisz wszystkie błędy, które zrobiłaś. Jak źle zrobiony jest kadr, jak źle zrobione jest tło. Jak źle zrobione jest światło i źle ustawiony mikrofon. I od razu wiesz, czego nie zrobiłaś. Ale to uczy, bo wyciągasz wnioski i wiesz, czego unikać, nagrywając. I po nagraniu powiedzmy kilku czy kilkunastu relacji i po ich zmontowaniu, no to już zaczynasz, dużo więcej wiedzieć. Więc to jest jedna rzecz. No i walka ze sprzętem, który potrafi się zawieszać i nie współpracować z tobą, a nad głową stoi dyrektor i mówi, że to musi być na wczoraj.

— Aniu, od niedawna ty też montujesz relacje? 

Ania: — Zajęcia z montażu miałam z Asią Kijek na studiach, jak już wspomniałam. Dużo się nauczyłam też od Agnieszki Ląkocy-Sulej, która też jest z nami na „Strychu”. Byłam wcześniej u niej na stażu. I przychodząc tutaj do pracy, też wiedziałam, że jest poszukiwana osoba, która będzie mogła te montaże robić. To też jest bardzo ważne, dzięki temu mamy wizję. Widzimy tę osobę. Oprócz takiej typowej relacji mówionej, są też spacery, fotografie opowiadane więc tutaj ten montaż jest bardzo ważny, bo możemy zaprezentować te zbiory w zupełnie inny sposób. Ale mi też dużo to daje, bo zwracam uwagę jak jest ustawiona kamera, który kadr będzie lepszy i jakich błędów unikać. Ale myślę, że też mimo doświadczenia, zawsze jakiś błąd można zrobić.

Piotr: — Masz rozmówcę, który lubi gestykulować, stukać, to będzie bardzo dobrze słychać, więc tutaj doświadczona osoba będzie wiedzieć, żeby taką osobę posadzić w miejscu, gdzie są miękkie rzeczy, poduchy, to nie będzie tak słychać. Są osoby, które nie nadają się absolutnie do „pchełek”, mikrofonów, które są blisko przy ubraniu, bo będą szeleścić. Więc na to trzeba uważać.

— Nad czym Piotrze teraz pracujesz?

— W tej chwili pracuję nad relacją pani Leokadii Dąbczak. Jest to kolejny już montaż z bardzo długiej relacji. To relacja wideo. Pani Leokadia prezentuje swoje zdjęcia z albumów rodzinnych, z zakładów pracy z dzieciństwa, z czasów nauk w szkole i ogólnie okolicznościowe zdjęcia. Bardzo ciekawa rzecz, kawał bardzo ciekawej historii. Jest to relacja nagrania przez naszego kolegę, koordynatora Piotra Lasotę i przez Agnieszkę Ląkocy-Sulej — mówi Piotr.

Piotr Sztajdel zaczął pracę w Bramie dokładnie 1 marca 2003 roku. 

— A jak tu trafiłeś?

— Przez kolegę, Krzysia Wojteczko, który zajmował się tutaj stroną internetową. A był moim sąsiadem i wiedział, że zajmuję się dźwiękiem. Zapytał, czy nie chciałabym zająć się tutaj obróbką dźwięku, zdjęć i filmów w Bramie Grodzkiej w tamtym czasie. I poznał mnie z dyrektorem Pietrasiewiczem. No zaczęliśmy rozmawiać na temat współpracy. No i postanowiliśmy spróbować. I ta próba trwa 21 lat. — Rok temu obchodziłem 20-lecie pracy tutaj — uśmiecha się.

Ania: — Jeszcze chciałabym dodać, co do Strychu, bo jak przychodziłam do was na staż, to bardzo podobała mi się ta atmosfera, bo wydawaliście się mi bardzo ciekawymi osobami i bardzo pomocnymi więc jak się dowiedziałam, że przychodzę do pracy w  Bramie, że jestem przyjęta i że będę siedziała na Strychu, to bardzo się ucieszyłam. Myślę, że też warto wspomnieć, że to mi dużo dało na samym początku, z racji tego, że was już trochę znałam, czułam się lepiej. Nie czułam się z tym wszystkim sama. Wiedziałam, że mogę kogoś o coś zapytać, jak czegoś nie wiem, czy po prostu poprosić o pomoc więc to było dla mnie duże ułatwienie, że akurat trafiłam do was.

I ja bardzo lubię nasz Strych. — Pięknie tu macie i piękny tu widok — powiedział niespełna miesiąc temu Ryszard Dziadosz, 92-latek, którego nagrywałam i który później odwiedził mnie z fotografiami. A cały czas zerkał przez nasze okno. Teren Błoni pod Zamkiem Lubelskim to dziś miejsce licznych festiwali Lublina, na przykład Festiwalu Wschód Kultury — Inne Brzmienia, który osobiście uważam za chyba jedną z najlepszych cyklicznych imprez naszego Miasta. Nie możemy, jednak zapomnieć, że to właśnie w tym miejscu mieściły się przed wojną ulice dzielnicy żydowskiej, o których pamięć przywracamy w Ośrodku. W przestrzeni Bramy znajduje się makieta przedwojennej dzielnicy żydowskiej.

Tomek: przy Krawieckiej 41 mieszkali najbiedniejsi spośród społeczności Podzamcza i tak dosyć ubogiej

— Makietę przygotowywał pan Marian Łoza — dodaje Tomek. Był 1999 roku, Tomek był wówczas studentem Wydziału Politologii Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie i zaczynał akurat współpracę z Ośrodkiem. — Dyrektor skierował mnie do pana Łozy, żeby mnie jakoś zainspirował. Akurat pan Łoza był świeżo po kwerendzie w lubelskim Archiwum Państwowym. Od pana Mariana Łozy dostałem dokument, spis mieszkańców kamienicy — ma na myśli budynek przy Krawieckiej 41. — To był dokument, z którym nie wiedział, co zrobić. Troszeczkę to wychodziło poza jego zadania, bo miał zbierać dane techniczne, opisy budynków potrzebnych do robienia tych makiet. A znalazł dokument, gdzie były bardzo szczegółowe informacje o lokatorach, czyli imię i nazwisko głównego właściciela, ile osób jest w tej rodzinie, jaki jest stan tej rodziny, z czego się utrzymuje. Były dodatkowe informacje, kto siedzi w więzieniu, kto się utrzymuje z dobroczynności publicznej, czy nie ma żadnych źródeł utrzymania, a kto jest na przykład szewcem. Więc już z samego dokumentu można było się sporo dowiedzieć. Ja potem poszedłem tym tropem. Najwięcej informacji znalazłem w Archiwum Państwowym w Lublinie — dodaje.

Tomek zaczął realizację swojego autorskiego i samodzielnego projektu, który dziś funkcjonuje pod nazwą „Krawiecka 41”. — W końcu nawiązałem kontakt z Ziomkostwem Lubelskich Żydów w Izraelu.

Projekt Tomka zakończył się obroną pracy magisterskiej pt.: „Mała wspólnota — mieszkańcy kamienicy przy ulicy Krawieckiej 41 w Lublinie w wirach historii XIX i XX wieku”. Opublikowanych zostało kilka artykułów na temat kamienicy (m.in. „Gazeta w Lublinie”, „Kol Lublin”, „Scriptores”). Powstał również reportaż radiowy (w reżyserii Mariusza Kamińskiego z Radia Lublin), a dokumenty dotyczące lokatorów wykorzystane zostały na wystawie „Portret Miejsca” prezentowanej w Ośrodku.

To właśnie Tomek, Wiola i Piotrek Lasota rejestrowali wspomnienia opowiadające o przedwojennym, wielokulturowym mieście. Przed 1939 roku na około 120 tysięcy mieszkańców Lublina 43. tysiące stanowili Żydzi. Potem przyszła wojna. To bardzo osobiste wspomnienia, pełne dramatyzmu. Osobiście nie mam takiego doświadczenia w nagrywaniu relacji poruszających tak ciężkie tematy. Podczas gdy ja głównie zajmuje się rejestracją opowieści o życiu kulturalnym i codziennym miasta po 1944 roku, to w naszych zbiorach są relacje opowiadające o losach podczas wojny. To trudne rozmowy.

Piotr Lasota: nagrywałem też trudne tematy

Piotrek: — Ci ludzie dzielą się swoimi historiami, swoje życie de facto opowiadają. Wiesz, ja miałem przez pierwsze lata właściwie problem z tym, że to mi się przypominało później. W domu, przy obiedzie, jak szedłem spać, jak z kimś rozmawiałem. Nagrywałem też trudne tematy, typu właśnie Zagłada, rzeczy z Wołynia. Świadkowie historii przerażające rzeczy opowiadali. A ty później przepuszczasz przez siebie to. Sami psychoterapeuci chodzą na psychoterapię, żeby takie rzeczy przetrawić. A ty zbierasz to jako osoba nieprzygotowana de facto i kumulujesz. Teraz już potrafię sobie z tym radzić. Aktualnie mam całą serię nagrań o pacyfikacji wsi Jamy, tutaj koło Ostrowa Lubelskiego. Okropne rzeczy. Wszystko, co mogło okropnego się wydarzyć, wiesz, palenie, dźganie, strzelanie, dzieci rozstrzeliwanie, zwęglone ciała, zabójstwa i tak dalej. Jeszcze chyba dwie tylko osoby zostały z ocalałych, których nie nagrałem. I potem z czymś takim wsiadasz do samochodu i wracasz, nie? Ja się już nauczyłem to oddzielać od życia codziennego. Natomiast jest to pewne obciążenie psychiczne. Wcześniej mi to bardziej siadało na psychę. A teraz jest w miarę okej, bo musisz wrócić do biura, nie możesz się cały czas tym dołować.

O to, jak rozmawiać o trudnych tematach spytałam Michała Durakiewicza.

Michał: — Powoli staram się dotrzeć do tematu, który mnie osobiście najbardziej interesuje, krążąc dookoła. Ale nie daję tego od razu po sobie poznać. To np. takie tematy jak Rzeź Wołyńska czy Zagłada Żydów. Można dojść do tego krok po kroku dojść do tego tematu. Najpierw dowiadujemy się czegoś o rodzinie, gdzie mieszkali, jak się znaleźli na tym Wołyniu. Jakie są ich pierwsze wspomnienia z wojny, niektóre zwykle są nacechowane jakimś strachem, ale nie muszą być od razu makabryczne. Życie tych ludzi nie składało się wyłącznie z rzezi czy uciekania przed Ukraińcami albo Niemcami. Nas interesuje też to, co było wcześniej i później.

— A przez pryzmat losów tych ludzi opowiadamy wspólną historię.

— Tak, dokładnie, historię naszego kraju, naszego społeczeństwa — dodaje Michał, który dołączył do naszego zespołu w listopadzie 2022 roku.

Michał: relacje, które nagrywamy poruszają różne dziedziny życia

Jakiś rok temu razem z Michałem pojechaliśmy na nagranie historii mówionej do Warszawy. Przed wyjazdem dogadaliśmy szczegóły rozmowy: mnie interesowała bardziej opowieść o działalności kulturalnej Henryka Pawła Byry, a Michała wątki historyczne w jego życiorysie. Z Michałem umówiliśmy się rano na stacji PKP Lublin Zachodni. Byłam kilka minut przed odjazdem pociągu, stałam na peronie i wyglądałam Michała, ale ani na peronie, ani na parkingu go nie dostrzegłam. W głowie „szyłam” już scenariusze na wypadek spóźnienia Michała w momencie, kiedy pociąg podjedzie. Wyobrażałam sobie moją rozmowę z konduktorem i wierzyłam, że jeśli mu powiem, że kolega będzie tu lada chwila, to pociąg poczeka. Zapewne było to naiwne myślenia. Na szczęście na minutę przed przyjazdem pociągu, a słychać już było zbliżające się wagony, zauważyłam Michała parkującego na stacji. Patrzyłam, jak chwyta plecak ze sprzętem i biegnie na peron. Klasyczna scena z filmu, kiedy bohater zdąża w ostatniej chwili. Michał wtedy był takim moim bohaterem. Uff. Zdążył. Na miejscu w Warszawie zrealizowaliśmy nasz plan. Ja wysłuchałam pana Henryka jako pierwsza, później swoje wątki poruszył Michał. Poruszył wątki historyczne. — Tak, bo w ten sposób historią mówioną zajmowałem się w swoim poprzednim miejscu pracy, bo moje pierwsze doświadczenie z HM — przyznaje po roku Michał. — To była jeszcze praca w Instytucie Pamięci Narodowej, w którym mniej więcej chyba od 2007, 2008 roku funkcjonował taki program dokumentacyjno-edukacyjny „Notacje IPN”. I tam nagrałam trochę materiału, takich wspomnień wybitnie zorientowanych w kierunku tematyki historycznej z oczywistych powodów. Tutaj, w Ośrodku nasze zainteresowania są duże szersze. Relacje, które nagrywamy, poruszają różne dziedziny życia. Natomiast ja jakby pozostaję wierny przede wszystkim tej tematyce historycznej.

Ostatnio Michał realizował nagrania w rejonie Hrubieszowa. Osobiście ma sentyment do tej części Lubelszczyzny — Ze względu też na bardzo ciekawą historię. Tam mieszkali nie tylko Polacy i Żydzi, ale także Ukraińcy w wielu gminach stanowili nawet większość czasami. I ślad tej wspólnej historii polsko-ukraińsko-żydowskiej wciąż tam jeszcze jest do odnalezienia, czego najlepszym dowodem jest to, że w lutym udało mi się nagrać panią, która urodziła się pod koniec 1947 roku pod Wrocławiem jako dziecko rodziny wysiedlonej spod Hrubieszowa w ramach Akcji Wisła, czyli rodziny ukraińskiej, prawosławnej. Jej mama była z nią w ciąży w momencie wywózki na Dolny Śląsk. I historia tej rodziny była ciekawsza, dlatego, że rozmawiałem z nią pod Hrubieszowem, co oznacza, że udało im się wrócić. To jeden z niewielu przypadków, kiedy osoby wysiedlone wróciły w swoje rodzinne strony. Ale dużym koszem, bo tak naprawdę stracili pół majątku, ale wrócili. A jednocześnie, tego samego dnia, pod Hrubieszowem nagrałem inną osobę. Polaka, którego rodzina mieszkała na Wołyniu. Osiedliła się na Wołyniu przed wojną. Jak wielu Polaków z tego Wołynia musiała uciekać w związku z tym, czego dokonywała tam UPA i generalnie ukraińscy nacjonaliści. I trafili na Lubelszczyznę. Taka jest właśnie historia  i to mnie w niej fascynuje.

Są osoby, które mają bardzo różny stosunek do swojej pamięci, do przeszłości. Najlepszym dowodem są ludzie, którzy przeżyli Zagładę. Część Żydów chce i potrafi o tym opowiadać, a część jakby odcięła tę przeszłość. I tak samo jest z innymi trudnymi doświadczeniami historycznymi. Są tacy, którzy do dzisiaj tym żyją, a są i tacy, którzy czasem opowiadali o tym pierwszy raz dopiero po kilkudziesięciu latach. Jedni wdają się w jakieś okropne szczegóły, pokazujące całe okrucieństwo tych wydarzeń. Inni starają się mówić o tym bardzo ogólnie, unikając epatowania — dodaje Michał.

Tematy, o których wspominał, stanowią część tematyki historii mówionej. — Byłem mile zaskoczony, że tematyka przez te długie lata przecież działalności Ośrodka przez te długie lata, bardzo się poszerzyła, czego dowodem są choćby różne tematyczne projekty i pozostałe po nich materiały na naszej stronie internetowej.

Piotr Lasota: — Portal etnograficzny to było moje pierwsze takie działanie. Ten portal do dzisiaj hula. Często dyrektor przychodził i rzucał propozycje. Tak że takie projekty też powstawały. Tych projektów było sporo i „Ziemiaństwo”…

— … i „Pszczoły”.

— Były i „Cegły”, i „Tajne nauczanie”, i „Rzemieślnicy”… — rzucam hasłami, nazwami roboczymi, bo pełne nazwy projektów są tutaj.

— Ja nagrywałem rzemieślników — mówi mi drugi z Piotrków, Piotr Sztajdel i dodaje: — między innymi tatę mojej żony, który przez wiele lat miał na Kowalskiej zakład naprawy maszyn biurowych, to były bardzo skomplikowane maszyny. Ale też bardzo fajny zakład szklarski — przypomina sobie. — Dowiadujemy się o zakładach już dzisiaj niestety ginących.

— Nagrywałeś też rozmowę z panem zegarmistrzem Morawskim, którego ja po latach nagrywałam. Ty pytałeś o zawód, ja dopytałam pana Morawskiego o dzieciństwo, szkołę — wyliczam.

— Tak, wtedy to był projekt o rzemieślnikach i głównie były to rozmowy o ich profesji. Pan Ryszard Morawski to zegarmistrz z krwi i kości, nie taki zegarmistrz jak dzisiaj, który potrafi tylko założyć pasek i wymienić baterie — mówi, a ja mu przytakuję, bo doskonale pamiętam swoją rozmowę z panem Morawskim w jego zakładzie i doskonale pamiętam, kto mnie do niej zainspirował, ale o tym napiszę kiedy indziej.

—  U mnie jest zegar, który odziedziczyliśmy po pradziadkach mojej żony i w pewnym momencie przestał chodzić, i nikt nie chciał podjąć się jego naprawy, a zegar ma ponad 120 lat. Pan Ryszard podjął się jego naprawy, pięknie go wyczyścił, wymienił sprężynę, no i zegar jest w naszej rodzinie, i do tej pory bije, i bije bardzo równo. Muszę podkreślić, że pan Ryszard jest świetnym fachowcem. Jeździłem też z Piotrem Lasotą, szukając rzemieślników w terenie. I też poznaliśmy niesamowite zawody. Gdyby dzisiaj zapytać młodzież o bednarza albo o wikliniarstwo, to pewnie nie wiedzieliby, o co chodzi bez podpowiedzi „Wujka Google”. A myśmy tych ludzi poznawali, i też poznawaliśmy ich warsztaty, ich narzędzia. Bez rzemieślników taka wioska, by sobie po prostu nie poradziła.

— Osobny temat to proces pracy z relacją, która nie kończy się na samym nagraniu. Nagranie to dopiero początek jest jeszcze montaż, redakcja, wreszcie archiwizacja — zauważam.

— Powiem tylko, że zajmuję się jednym z tych etapów, mam taką funkcję archiwisty programowego, czyli archiwizuję te nagrania na taśmach — dodaje Tomek. — A tak jak powiedziałaś, to jest cały proces, więc może taki pomysł ci rzucam, może kiedyś będziesz chciała opisać ten proces w którymś z kolei wpisów blogowych.

— Na pewno — mówię. A ja nazywam się Agnieszka Góra-Stępień. Od roku jestem oficjalnym pracownikiem działu Historii Mówionej, a na etacie w Bramie Grodzkiej jestem od 10 lat. Po raz pierwszy jednak byłam tu kilka lat wcześniej, jakieś 17, a nawet 18 lat temu, będąc studentką. Na Wystawę „Lublin. Pamięć Miejsca” zabrał nas redaktor Piotr Wróblewski, później uczestniczyłam w projekcie „Historie z fotogramów”.

Razem z Martą Ślaską zrealizowałyśmy we współpracy z Małgorzatą Sawicką z Radia Lublin reportaż, który miał emisję na antenie radiowej i był inspirowany projektem „Historie z fotogramów”. Po studiach trafiłam na kilka lat do Akademickiego Centrum Kultury „Chatka Żaka”. Znalezione tam opowieści i archiwalne zdjęcia, które stały się dla mnie inspiracją do odkrywania historii Chatki, na pewno w dużej mierze sprawiły, że pojawiłam się znowu Bramie, i tym razem zostałam na dłużej.   Nagrywam wspomnienia głównie dotyczące życia kulturalnego miasta po wojnie. Lubię to, co robię, więc tym bardziej się cieszę, że będę mogła regularnie pisać teksty na bloga Historii Mówionej. Pisanie jest mi szczególnie bliskie, a najbliższy jest mi reportaż. Pasją do tej formy dziennikarskiej zaraził mnie redaktor Franciszek Piątkowski, jeden z naszych świadków historii, a podczas mojej obecności na studiach, mój wykładowca warsztatu z reportażu prasowego. To on mi kiedyś powiedział, żeby zajęła się pisaniem, bo podobno całkiem nieźle mi to wychodziło, i to on powtarzał za Ryszardem Kapuścińskim: „Trzeba ludzi kochać”. I to motto teraz i mi towarzyszy, bez tego chyba nie byłoby możliwe to, czym się zajmujemy.

— Przez Historię Mówioną przewinęło się wiele osób — Piotrek ma na myśli osoby, które dużo wniosły, ale nie ma już ich w naszym dziale — a kilka nazwisk szczególnie mu utkwiło w pamięci: — Agnieszka Piasecka, Dagmara Spodar, Asia Kijek. Asia to w ogóle swoje pierwsze nagranie, jakie robiła, to robiła chyba ze mną, u pani Kłębukowskiej byliśmy, coś mi się wydaje, na Kalinie. Więc troszkę też mam taki mały udział przy wprowadzaniu Asi do pracowni. No i tak się złożyło, że zarządzam tą pracownią.

— I zarządzasz Tomkiem, który cię tu wprowadził.

— Przedziwna sytuacja, ale myślę, że się dogadujemy i z tego tytułu nie ma żadnych problemów. Jest, jak trzeba. To, że to działa tak, jak działa, to jest praca wielu lat, żeby dojść do tego momentu. Uważam, że jesteśmy na niezłym poziomie i dajemy radę. No widzisz, jaki szał w tym roku? Każdy wie, jak trybik w maszynie, co ma robić. To znaczy nie to, że przyjdziesz do pracy i ty się zastanawiasz, co ja mam do roboty. Nie, ty przychodzisz, i ty wiesz, co masz zrobić, nie? I nikt nie musi stać nad tobą albo ci mówić, tylko ty doskonale wiesz, czego potrzeba w danym momencie i to jest to, nie? To o to chodzi. Żeby tak to ustawić, aby samo pracowało i żeby każdy był odpowiedzialny za to, co robi, żeby czuł, że to jest ważne. No i chyba złapaliśmy ten moment, tak mi się wydaje.

Racja i ja wiem, co mam robić. I kiedy tego dnia dostaję wiadomość sms do Wojciecha Leona Turżańskiego, że czeka na mnie w Centrum Informacji Ośrodka, biegną na spotkanie. Akurat jest tam wycieczka szkolna, dlatego czekamy, aż młodzież wyjdzie, a potem siadamy przy jednym ze stolików i mój gość wyjmuje z reklamówki skarby związane z historią „Kuriera Lubelskiego”, między innymi czerwono-czarny długopis z napisem „Kurier Lubelski 1957-1977”. Wojciech Turżański jest synem Jerzego Turżańskiego, fotografa, dziennikarza motoryzacyjnego i współzałożyciela „Kuriera Lubelskiego”. — Niesamowite — mówię, bo to, że w archiwum domowym zachowały się takie przedmioty, robi na mnie wrażenie.

— Twoi rozmówcy będą mogli się nim podpisywać po nagraniu — mówi, bo wie też, że w kręgu moich świadków historii są osoby, które przewijały się przez redakcję Kuriera. Wie też, że po nagraniu prosimy o złożenie „autografu” pod oświadczeniem świadka historii. A je wiem już trochę o Wojtku, na przykład to, że inspirując się działalnością ojca, już jako dziecko fotografował, ale jest wciąż wiele historii, których chciałabym wysłuchać.

Śmiało mogę powiedzieć, że Wojciech Turżański to przyjaciel Ośrodka, a o jego związkach i o tym, jak mnie inspiruje w poszukiwaniu świadków historii, mam nadzieję napisać w jednym z kolejnych wpisów na blogu. Podobnie jak o tańcu towarzyskim i Jacku Jelinku,  którego w ostatnich dniach miałam przyjemność gościć w studiu Historii Mówionej trzykrotnie. Ostatnio, w zeszłą środę. 

— Muszę dzisiaj te zdjęcia zabrać ze sobą — powiedział pan Jacek Jelinek tuż przed rozpoczęciem drugiego nagrania, dlatego opuściłam na moment studio: — Mogę zadzwonić do nas na strych?

— Tak, pewnie — Tomek wyjrzał zza biurka.

Podniosłam słuchawkę: — Jaki jest do nas numer na Strych? — 33 — uśmiechnął się Tomek. Zadzwoniłam. Kiedy usłyszałam żeński głos po drugiej stronie słuchawki, powiedziałam: — Hej, jest Patryk? Nagrywam pana Jacka, który przyniósł fotografie i podczas naszego nagrania trzeba będzie je zeskanować — poprosiłam koleżankę o szybką interwencję. I tak w pracowni Historii Mówionej Patryk był dosłownie po chwili, z aparatem fotograficznym. Zarejestrował moje spotkanie z panem Jackiem. — To ja idę — powiedział i zamknął drzwi studia, a ja kontynuowałam nagranie z Jackiem Jelinkiem, właścicielem szkoły tańca i absolwentem technikum kolejowego. O tym, jak toromistrz został tancerzem, jeszcze napiszę. Tymczasem udało się zeskanować zdjęcia pana Jacka. 

— Patryku, dziękuję za pomoc i zeskanowanie zdjęć — powiedziałam, kiedy wróciłam na Strych, bo i Patryk ma tu swoje biurko. Patryk Pawłowski jest autorem fotografii w niniejszym wpisie. W imieniu całego działu, koleżanek i kolegów, dziękuję za dokumentację fotograficzną naszego dnia w pracy.