Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Teatr NN

„Poza nagraniem” – blog Historii Mówionej. Odcinek trzeci.

Nic nie zapowiadało, że będzie tancerzem

— Proszę jeszcze podpisać oświadczenie — spoglądam na pana Jacka Jelinka, kończąc już nasze czwarte nagranie historii mówionej. To dokument ze zgodą świadka historii na między innymi udostępnienie relacji mówionej przez Ośrodek. — O tutaj poproszę o pana podpis — wskazuję palcem. Wyłączam kamerę i rekorder, wreszcie przesuwam po blacie stolika zadrukowaną kartkę. — Proszę o podpis, tu z lewej strony. Data i podpis — cały czas mówię. 

— Który dzisiaj mamy? — pan Jacek zerka w moją stronę i niemal równocześnie mówimy datę: — 10 kwietnia. 

— 10 kwietnia — pan Jacek powtarza.  — Czyli dzisiaj… — zaczyna i oboje pomyśleliśmy o tym samym. 

— Mamy rocznicę — dodaję głośno, a pan Jacek bierze głęboki oddech. 

— Pamięta pan tamten dzień? — dopytuję.

— Pamiętam — mówi mi. — Powiem może o moich uczuciach z tego dnia, 10 kwietnia 2010 roku — zaczyna i przenosi się w czasie. — Dużo wcześniej środki masowego informowały, że prezydent wraz z towarzyszącymi mu osobami wybiera się samolotem na rocznicę do Smoleńska. Pamiętam, że były kłopoty z tym samolotem. Nie przywiązywałem do tego wagi. Pomyślałem: „żeby chociaż szczęśliwie dolecieli”. Pamiętam ten niepokój i te moje myśli. 

— Pamięta pan, gdzie pan był tamtego dnia kwietnia?

— Na pewien okres wcześniej dostałem zaproszenie do sędziowania turnieju w Krakowie. To było, o ile dobrze pamiętam, w Hali Sportowej Wanda, tak. Przyjechałem do Krakowa bardzo rano, turniej się rozpoczął, pary tańczą, mnóstwo par przyjechało z całej Polski. W pewnym momencie podchodzi do mnie jeden z sędziów z Radomia, pan Andrzej Łukomski, szczepce mi coś na ucho i w niewybrednych słowach mówi, że się wszyscy rozbili. Ja się na niego tak zdenerwowałem: „Przestań, jest turniej, co ty wymyślasz, czego atmosferę psujesz?!” I mówi: „To zaraz się dowiesz”. A tu pary tańczą. Wchodzi następna grupa i w tym czasie konferansjer przerywa [turniej] i rzeczywiście potwierdza się to, co mój kolega zakomunikował: „Stała się katastrofa i najprawdopodobniej wszyscy zginęli”. Cisza. Za chwilę gwar. Ludzie nie wiedzą, co robić. Konferansjer powiedział: „Proszę się w spokoju rozjechać, oddać numery startowe”, takie organizacyjne szczegóły i pamiętam strach. Niepokój, który wcześniej miałem, on mocno wzrósł, niedowierzanie, że tak się naprawdę stało. Wsiadłem w samochód. Mówię: „Pojadę na Rynek Główny”. Przed Kościołem Mariackim olbrzymie portrety małżeństwa prezydenckiego, kwiaty. Ludzie chodzą smutni po Rynku, podszedłem do jednej z kwiaciarek, kupiłem kwiaty i przed tymi fotografiami złożyłem. Już się świeciły znicze. Myślę, że z różnych źródeł społeczność Krakowa dowiedziała się o tym, co się stało. Te fotografie, te kwiaty, te znicze… Wszedłem na chwilę pomodlić się do kościoła. To takie moje smutne doświadczenie związane z tańcem, tragiczna sytuacja. O tym wydarzeniu dowiedziałem się w trakcie tańca — wspomina Jacek Jelinek, licencjonowany sędzia tańca towarzyskiego i dyplomowany instruktor tańca.

Wiosną okolica pachniała kwitnącymi drzewami owocowymi i bzem

Nic nie zapowiadało, że Jacek Jelinek będzie tancerzem. Pochodzi z rodziny kolejowej. — Gdzie pan spędził dzieciństwo? — pytam podczas naszego pierwszego nagrania 6 marca 2024, a pan Jacek mi odpowiada: — No właśnie całkiem niedaleko Teatru [NN], czyli miejsca, w którym się znajdujemy. Urodziłem się w domu przy ulicy Buczka 20, wówczas [Buczka], a dzisiaj Zamojskiej. Upływ czasu powoduje co jakiś czas zmiany nazw [ulic] adekwatne do systemu [politycznego] — dodaje. Przenosimy się do przełomu lat 50. i 60. na podwórko jego dzieciństwa, gdzie wiatr niósł zapach spalin z pobliskiego stadionu żużlowego i gdzie walały się druty. A to przez sąsiedztwo siatkarni, firmy zajmującej się produkcją siatek ogrodzeniowych. Okolica, w której się wychowywał, to miejsce, gdzie po świeże warzywa chodziło się do mieszkającego niedaleko ogrodnika, który miał działkę i hodował warzywa. Wiosną okolica pachniała kwitnącymi drzewami owocowymi i bzem. Nieopodal rosła też morwa. — Wszyscy siedzieliśmy na tej morwie jak dojrzały owoce — pan Jacek ma na myśli kolegów z sąsiedztwa. — Cały czas na tej morwie siedzieliśmy, umorusani, cali fioletowi, owoc czarny, pamiętam. Fajne czasy. Na skraju Bystrzycy, na miejscu dzisiejszego hotelu Arche rósł dąb, lekko pochylony nad Bystrzycą. Ktoś zaczepił potężną linę wysoko i na dole były węzły. Łapaliśmy się za tą linę, rozpędzaliśmy się i nad rzeką zataczaliśmy taki krąg, jak na karuzeli. Bystrzyca była generalnie płytką rzeką, ale miała miejsca, gdzie było głęboko. Natomiast my w tej rzece siedzieliśmy po kolana i łapaliśmy kolki. A kolki to były takie małe rybki, które miały kolki. I pamiętam, trzeba było buchnąć z domu rajstopy mamy czy babci, zrobić z tego drutu od siatkarzy kółka, takie sitko, no i wchodziliśmy do rzeki, czekaliśmy. Rybki podpływały, a my hop, do góry. No i łapaliśmy te kolki. Ponieważ to był rodzaj rybek, które żyją w bieżącej wodzie, próbowaliśmy darować im życie, nalewając wody do miski i trzymając je w domu.

Po męsku z grzywką

Jacek mieszkał z rodziną w dwóch pokojach na drugim piętrze. Było to mieszkanie z dużym, okrągłym stołem dębowym, który stoi teraz w domu Jacka Jelinka. — Ten stół ma dzisiaj około 110-120 lat — mówi. — To jest niemy świadek historii naszej rodziny. Przy tym stole wszyscy się spotykaliśmy. Było ciasno, ale rodzinnie. A wszystko ostrą ręką trzymał dziadek Bolek. Wystarczyło, że raz spojrzał i wszyscy wiedzieli, jak mają się zachować. 

Z kolei babcia Zosia zarządzała kuchnią. Nigdy potem Jacek Jelinek nie jadł takiej pomidorowej, jaką gotowała jego babcia. Robiła też kwas chlebowy, który stał w oranżadówkach z kapslem. — Jak się otwierało, to był taki huk, jak z korkowca.

— Z korkowca? — jestem ciekawa, co ma na myśli. 

— To były takie pistolety, które można było kupić na Buczka w sklepie z zabawkami — odpowiada, a w relacji mówionej opisuje z dokładnością ich wygląd.

Pamięta dobrze też najbliższe sąsiedztwo kamienicy, w której się wychował: dla przykładu sklepy spożywcze, rozlewnię oranżady, wreszcie fryzjera.

Będąc chłopcem, nie lubił chodzić do fryzjera. Był niewysoki i fryzjer sadzał go na specjalnej ławeczce domontowanej do fotela fryzjerskiego. A kiedy zaczynał strzyżenie, dziecięcych uszu Jacka dolatywały fragmenty rozmowy dorosłych. Na pytanie fryzjera jak strzyżemy, mama albo babcia, która była tam z Jackiem, odpowiadała: „Po męsku z grzywką”. 

— Co to znaczyło „po męsku z grzywką”? — spogląda na mnie Jacek Jelinek. — Cała głowa ogolona, a tu z przodu zostawała tylko taka grzywka. Natomiast już później, jak sam tam chodziłem, zmienił mi się punkt widzenia, prawda? Chciało się podobać dziewczynom, no to rzeczywiście chodziłem tam do fryzjera, bo jednak strzygł dobrze. I w późniejszym okresie mojego życia, strzygł już tak, jak chciałem. 

Jacek Jelinek uczył się wtedy w Technikum Kolejowym. Kiedy pierwszy raz wrócił do domu w mundurze kolejowym, dozorczyni przywitała go pytaniem: „Jacuś, to ty”, nie dowierzała. Jacek Jelinek dobrze pamięta ten moment: — I widziałem podziw w oczach sąsiadów. W tym mundurze poszedłem do domu, no i dziadzio też, taki uśmiech na jego twarzy i duma. Mundur był piękny. 

Ukończył Technikum Kolejowe w Lublinie na specjalizacji budowa dróg i mostów. W 1973 rozpoczął praktykę w Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowych w Lublinie. Jesienią tego samego roku dostał powołanie do wojska. Po odbyciu służby wojskowej, w 1975 roku wrócił do pracy na kolei.

Ogłoszenie w Kurierze Lubelskim

Któregoś dnia października Jacek Jelinek znalazł ogłoszenie w Kurierze Lubelskim z informacją o naborze do Klubu Tańca działającym przy Wojewódzkim Domu Kultury w Lublinie, wówczas z siedzibą w Pałacu Tarłów, przy ulicy Podgrodzie 3. I chociaż przez najbliższe cztery lata równolegle wciąż pracował na kolei, to moment przyjścia na zajęcia w WDK można uznać, że przełom w jego dotychczasowej karierze zawodowej. Nauka tańca pod okiem Zbigniewa Kwiatkowskiego miała wkrótce zmienić jego życie. 

— No i tak się zaczęło. Ja w momencie, kiedy przyszedłem na ten kurs tańca, to muszę powiedzieć, że byłem nawet zbyt pewny siebie, że ja potrafię tańczyć. Mam poczucie rytmu, dość dobrze śpiewam, ale okazało się, że tak nie jest. Że jest rytmika, że jest nuta, półnuta, ćwierćnuty… I dawałem sobie z tym radę. Natomiast nie miałem wykształconej dobrze pamięci przestrzennej. I to było upiorne. Co to znaczy? Żeby bardzo szybko w muzyce zatańczyć coś na tę ścianę, za chwilę na tę, powtórzyć jeszcze na inną, kąty obrotu, znowu matematyka. Matematyka jest wszędzie, nawet w tańcu.

Z każdym kolejnym treningiem coraz lepiej czuł się w tańcu. Pojawiły się turnieje taneczne, a o swojej karierze opowiadał w relacji mówionej. Tańczył regularnie we wspomnianym Klubie Tańca Towarzyskiego Zamek działającym przy Wojewódzkim Domu Kultury w Lublinie pod okiem Zbigniewa Kwiatkowskiego. Następnie Jacek Jelinek szlifował swoje taneczne umiejętności w powołanym przez wspomnianego Zbigniewa Kwiatkowskiego Akademickim Klubie Tańca Towarzyskiego Grześ przy Radzie Uczelnianej UMCS.

— A proszę powiedzieć, co z tą koleją? — jestem ciekawa.

— Opuściłem ten moment, to może jeszcze wrócę. 

Jacek Jelinek pracował na kolei do 1979 roku, a do rezygnacji przyczynił się głównie wypadek na kolei, o którym opowiedział w nagraniu. W tym samym roku, 1979 rozpoczął studia. W latach 1979-1983 Jacek Jelinek studiował na Wydziale Pedagogiki Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. I dalej trenował taniec. Któregoś dnia zapytał Zbyszka Kwiatkowskiego: „Panie Zbyszku, czy ja mogę uczestniczyć we wszystkich zajęciach?” 

W odpowiedzi usłyszał, że tak. „Czy ja mogę sobie robić notatki, z  tego, co pan robi?”, dopytywał, przypatrując się lekcjom prowadzonym przez Kwiatkowskiego wśród grup początkujących. 

„Ty jesteś pierwszą osobą, która tak skrupulatnie wszystko notuje i chce się tego nauczyć”, pewnego dnia powiedział mu Zbigniew Kwiatkowski.

— Co ja notowałem? — Jacek Jelinek spogląda na mnie i odpowiada na postawione przez siebie pytanie: — Metodykę, jak on to robi, jak dochodzi do problemu, który pojawia się u tancerza w zespole, i tak dalej, czyli ta umiejętność rozłożenia figury, rozliczenia na czynniki pierwsze. To spowodowało, że ja nie mam najmniejszego problemu z oceną i ze znalezieniem przyczyny, dlaczego ktoś sobie z czymś nie daje rady. Czemu ja to notowałem? Wspominam taką moją motywację, że już będąc w klasie C, próbowałem prowadzić kursy tańca, bo popyt na te kursy tańca był niesamowicie duży. No i sam Wojewódzki Domu Kultury, z którego odszedłem, [zaproponował] czy bym nie poprowadził w terenie kursu. I tak się zaczęło, w roli tym razem nauczyciela. I ten zeszyt, który prowadziłem, okazał się bardzo pomocny. Bo ja sobie cały program kursu zanotowałem, czego pan Zbyszek uczy i tak dalej. No i to przeniosłem na swój warsztat, i tak uczyłem. Wzbogacałem to oczywiście tymi tańcami, które były na fali. I pamiętam, po latach już jak założyłem działalność gospodarczą, pan Zbyszek zrobił mi niespodziankę. Przyszedł na moje zajęcia z dzieciakami, w sali w Teatrze w Budowie, który pani oglądała na zdjęciach. I tak chciałem dobrze wypaść. Przyszedł ktoś, komu zawdzięczam ten kierunek mojego rozwoju zawodowego. No i jak się bardzo chce, to nie zawsze wyjdzie. No i tam miałem kłopot. Pamiętam, to była samba, nie z tej nogi rozpocząłem i się zapętliłem, nie mogłem wyjść z tego, co robię. Ale pan Zbyszek, uśmiechnięty, mówi: „Wiesz, gdzie popełniłeś błąd?” Ja mówię: „Oczywiście, że wiem. Nie z tej nogi i później wszystko to nie miało ładu i składu”. Ale dzisiaj już takich problemów raczej nie mam. Chociaż też zdarzają się jakieś wpadki, co jest normalną rzeczą. Ale ta opowieść też pokazuje, jaką osobą był pan Zbigniew Kwiatkowski.  

Lublin temu panu wiele zawdzięcza

Zbigniew Kwiatkowski jest na zdjęciach, które Jacek Jelinek przyniósł na nasze kolejne spotkanie: — Pan Zbigniew Kwiatkowski, piękne zdjęcie w trakcie zajęć w Klubie Tańca Towarzyskiego Zamek — pokazuje mi zdjęcie. — Lublin temu panu wiele zawdzięcza, bardzo wiele.

— A który to rok? — pytam o fotografię.

Pan Jacek nie jest pewny: — Siedemdziesiąty szósty, ale raczej początek siedemdziesiątego siódmego. Proszę popatrzeć, jaki jest układ dłoni u pana Zbyszka? Widać, że to klasyk. To był pierwszy tancerz w zespole reprezentacyjnym Wojska Polskiego. I tu został ściągnięty niewiadomymi sposobami przez panią dyrektor ówczesnego Wojewódzkiego Domu Kultury.

Irenę Szychową, Szczepowską-Szych?

— Tak. 

Kiedy pan Zbigniew Kwiatkowski zaczynał pracę, Dom Kultury miał wówczas siedzibę na Zamku Lubelskim. — Tak się szczęśliwie złożyło, że pan Zbyszek dostał mieszkanie, co w ówczesnych czasach było niemożliwe — dodaje pan Jacek. — Gdzie dostał to mieszkanie? Na Zamku w wyremontowanych pomieszczeniach. 

Za ścianą jego ówczesnego mieszkania była sala prób. — Tam się odbywały pierwsze zajęcia tańca towarzyskiego — mówi pan Jacek. Pierwsze zajęcia w Lublinie to końcówka lat 50. Jacek Jelinek był wówczas jeszcze kilkulatkiem godzinami przesiadującym na podwórku, więc nie pamięta tego okresu w tańcu z własnego doświadczenia. Pamięta za to Danuta Spólnicka, nestorka tańca towarzyskiego, która prowadziła pierwsze kursy w Lublinie i na Lubelszczyźnie po wojnie. To pani Danuta jako pierwsza wprowadziła mnie w temat historii tańca towarzyskiego w Lublinie. Jej opowieść jest bardzo inspirująca, a bez spotkania z panią Danutą nie byłoby moich godzinnych rozmów i spotkań z Jackiem Jelinkiem. — Jacek pisze książkę o historii tańca towarzyskiego — powiedziała mi podczas naszego nagrania historii mówionej i podyktowała mi jego numer telefonu. 

O karierze tanecznej pani Danuty mówią przedmioty w jej mieszkaniu także książki, między innymi publikacja autorstwa profesora Mariana Wieczystego. Pani Danuta była uczennicą profesora. 

— To jest nestor tańca towarzyskiego w powojennej Polsce —  dodaje potem Jacek Jelinek. — To jest osoba, od której cała Polska i kto wie, czy nie Europa zawdzięcza ruch i powstanie tańca towarzyskiego w okresie powojennym — podkreśla. — Danuta Spólnicka jest jego uczennicą.  

Pani Danuta była nauczycielem tańca  i choreografem w Wojewódzkim Domu Kultury na Zamku. Jej kariera zawodowa potoczyła się potem w Radomiu, Kielcach i Warszawie. Po 40 latach nieobecności w Lublinie wróciła tu na stałe. Ma też doświadczenie jako międzynarodowy sędzia taneczny. Przypomina mi się zdjęcie z turnieju tańca, które pokazywał mi Jacek Jelinek podczas naszego nagrania 13 lutego 2024 roku. 

Zacznę od zdjęcia, które jest najstarsze

Jacek Jelinek. Fot. Patryk Pawłowski

— Dziś zaczniemy naszą rozmowę od fotografii — mówię, a pan Jacek rozkłada zdjęcia na blacie stolika. — No dobrze, możemy zaczynać — włączam kamerę i rekorder. 

— Zacznę może od zdjęcia, które jest najstarsze w tym małym zbiorze — proponuje pan Jacek i spogląda na fotografię przedstawiającą jeden z pierwszych powojennych turniejów tańca towarzyskiego. — To są dwie pierwsze pary Lubelszczyzny powojennej, które szkoliły się u pana profesora [Mariana] Wieczystego — mówi Jacek Jelinek o parach tanecznych na zdjęciu. 

— To zdjęcie z pana archiwum?

— Ja sobie pożyczyłem to zdjęcie od pani Danuty Spólnickiej, zrobiłem powiększenie. W jej zasobach jest zdjęcie dużo mniejszych rozmiarów.

— Czy możemy to zdjęcie pokazać do kamery? — pytam, a pan Jacek Jelinek odpowiada: — A proszę bardzo.

Jacek Jelinek. Fot. Patryk Pawłowski

Pan Jacek opowiada o zdjęciu: — To jest wejście na turniej, prawdopodobnie do prezentacji. I to jest pomieszczenie, może Państwo rozpoznacie? Lewego skrzydła w Zamku Lubelskim — dodaje i spogląda na pozostałe zdjęcie.

— Myślę, że kolejnym zdjęciem byłoby to — bierze do ręki kolejną fotografię. — Do kamery pokazać? 

— Poproszę. 

— Na tym zdjęciu sędziuje z notą 6 w ręku pani Danuta Spólnicka, obok, pochylony przy stoliku siedzi Marian Błaszczyk. Widać jeszcze osobę pani Teresy Nowak — wyjaśnia, a później prezentuje kolejne fotografie, między innymi zdjęcie z II. Lubelskich Spotkań Tanecznych, pierwszego turnieju tanecznego zorganizowanego po wprowadzeniu stanu wojennego. Jacek Jelinek był kierownikiem organizacyjnym tego wydarzenia. W trakcie rozmowy opowie potem o tym turnieju.

Tymczasem przeglądamy fotografie, a wśród nich zdjęcie Jacka Jelinka z partnerką Danutą Kulą podczas turnieju w Puławach w 1979 bądź 1980 roku.

Jest też zdjęcie  turnieju tańca towarzyskiego o Koziołka Lubelskiego z 1980 roku. Na pierwszym planie Jacek Jelinek z partnerką Danutą Kulą. Widać też parę dziecięcą. A kiedy pan Jacek Jelinek mówi mi, że to pierwsza para dziecięca po wojnie unoszę brwi do góry w geście zdziwienia. Dziś taniec towarzyski cieszy się dużym zainteresowaniem wśród najmłodszych. 

— Ruchu dziecięcego jeszcze nie było — wyjaśnia. — Chcieli wystartować na turniejach, chcieli zdobywać laury, więc umieszczono parę w kategorii dorosłych. Później dopiero wzorem tej pary zaczęły w całej Polsce rodzić się trenerzy par. Trenowali pary taneczne, i tak ten ruch się wówczas narodził. I ta pierwsza para [dziecięca] to jest córka pana Mariana i pani Majki [Błaszczyk]. Natomiast partnerował jej Andrzej Mucha. 

Dziś pan Jacek sam ma duże doświadczenie w trenowaniu dziecięcych par tanecznych. Po transformacji ustrojowej ruszył z własną działalnością. Założył Szkołę Tańca Jacek Jelinek. Uczył dzieci, ale i dorosłych.

Wcześniej musiał być zatrudniony akompaniator 

— A wracając jeszcze do drugiej połowy lat 70. Proszę powiedzieć, na tych kursach tańca, jak puszczano muzykę?

— Piękne pytanie! Pan Zbyszek przyszedł na te pierwsze zajęcia, nie uwierzy pani, z czym?!  [Miał] magnetofon szpulowy. Muzyka była odtwarzana i już były magnetofony, bo wcześniej co było? Akompaniamenty na pianinie. 

Kursy prowadzone przez Danutę Spólnicką odbywały się przy żywym akompaniamencie. Współpracowała z różnymi akompaniatorami, między innymi z Tadeuszem Danielewiczem, Witoldem Miszczakiem, Markiem Porzonnym. — W którymś momencie Irena Szczepowska przychodzi do mnie, to będzie śliczna opowieść, „Pani Danuśku kochana”, bo ona tak do mnie mówiła, „Pani Danuśku kochana, co by pani powiedziała na to, żeby pani przesłuchała takiego pana, który gra na pianinie, jest na drugim roku prawa i chce sobie finansowo dorobić. Jest rodem z Białej Podlaski”. No i przyszedł pan Marek, później bardzo znany adwokat i akompaniował mi kilkanaście lat — opowiadała mi pani Danuta.

Jacek Jelinek: — Musiał być zatrudniony akompaniator. No ale miałem to szczęście, że już ktoś wynalazł ten magnetofon. A później pojawiły się kasety — dodaje. Ma te kasety. — Z czasem te środki techniczne służące pracy zmieniały się, były wygodniejsze. Jeszcze był taki czas, że z płyt odtwarzaliśmy przecież muzykę — mówi, bo na przestrzeni jego kilkudziesięcioletniej kariery jako tancerz, a potem nauczyciel taneczny wiele się zmieniało. Ma uprawnienia sędziowskie i doświadczenie w organizacji turniejów tanecznych. 
— Słuchanie w domu muzyki tanecznej ma sens i wręcz jest obowiązkiem dla tych, co chcą nauczyć się tańca. Ja zawsze parom do ślubu, które przynoszą jakiś utwór, to im tak mówię: „Proszę państwa, osłuchajcie się z tą muzyką”. No i wtedy dużo łatwiej jest się poruszać w muzyce — opowiada. — Może takie kasety przyniosę?

— Poproszę — jestem zainteresowana, a po nagraniu umawiamy nasze kolejne spotkanie na 20 marca. Pan Jacek zapowiada przynieść kasety. 

Protesty rolników

W środę 20 marca 2024 słyszę z rana informację z radia o planowanych na ten dzień protestach rolników, a z panem Jackiem umówiliśmy się na spotkanie na godzinę 8.30. Przez uchylone okno studia historii mówionej słychać wrzawę i trąbienie protestujących. Dźwięk dolatuje ze znajdującego się w bliskim sąsiedztwie Bramy Grodzkiej — Placu Zamkowego. 

— Nawet jak zamkniesz okno, będzie słychać — Tomek Czajkowski z Historii Mówionej wspiera mnie w tej nietypowej sytuacji.

— Najwyżej, będziemy mieć na nagraniu znak czasu w tle — wzruszam ramionami, a chwilę potem dostaję informację telefoniczną od pana Jacka, że spóźni się na nagranie, ponieważ dojeżdża spod Lublina, a na jego trasie blokady dróg. Pan Jacek mnie uspokoił, mówiąc, że się spóźni, ale spróbuje znaleźć objazdy. Wiedząc, że pan Jacek będzie później, razem z Anią Kostrzewską z Historii Mówionej, zdecydowałyśmy, że zdążymy jeszcze wypić kawę. Moja kawa jest jeszcze ciepła, kiedy dostaję telefon od kolegów z działu z informacją, że pan Jacek już dotarł i jest na miejscu w studiu. Z kawą dla pana Jacka biegnę do studia. Nadstawiam uszu. Cisza. Nagle ucichły dźwięki z Placu Zamkowego, ponieważ protestujący ruszyli na ulice w centrum miasta. — W takim razie zaczynamy — włączam sprzęt.

— Dzisiaj mamy 20 lutego 2024 roku i kontynuujemy rozmowę z panem Jackiem Jelinkiem, rozmawialiśmy ostatnio o turniejach tanecznych w Lublinie i na tym mniej więcej skończyliśmy. Na stanie wojennym a pan chciał wspomnieć jeszcze o Wrocławiu i egzaminie?

— Tak, to okres stanu wojennego, 1982 roku, tańczyłem wtedy już, można powiedzieć w dość wysokiej klasie, w klasie C i przyszło zawiadomienie z Wrocławia przez Federację Stowarzyszeń i Klubów Tanecznych w Polsce, że organizowany jest egzamin na sędziego tańca towarzyskiego.

Egzamin miał miejsce we Wrocławiu. Żeby w stanie wojennym opuścić Lublin, Jacek Jelinek musiał mieć odpowiednie pozwolenia, była godzina milicyjna i trudny okres, o którym ze szczegółami opowiadał w relacji. Mówił też o kolejnych krokach tanecznych w jego karierze. Rozmawialiśmy jeszcze o pracy nauczyciela tańca i powstających po transformacji szkołach tańca. — Pokazywałem ostatnio zdjęcie — pan Jacek miał na myśli siedzibę swojej szkoły tańca. A naszą rozmowę kontynuujemy 10 kwietnia. Pod koniec ostatniego spotkania, wyłączam kamerę i spoglądam na pana Jacka: — No dobrze, dzisiaj jeszcze jestem umówiona z panią Danutą na autoryzację biogramu — mówię, składając sprzęt, a pan Jacek się uśmiecha. Tego samego dnia piję kawę u pani Danuty. Pani Danuta autoryzuje swój biogram, czytamy głośno kolejne zdania, które napisałam na jej temat, a biogram wkrótce zostanie opublikowany w Leksykonie Teatru NN.