Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Teatr NN

SAMANTHA. Meksykanka o żydowskich korzeniach

„Poza nagraniem” – blog Historii Mówionej. Odcinek ósmy.

Marco Schtulmann wyjechał do Meksyku w 1924 roku. Dokładnie 100 lat później, w 2024 roku jego prawnuczka Samantha przyjeżdża z Meksyku do Polski. Chce tu zamieszkać, bo tu są jej korzenie. Tego, że Marco urodził się jako Moszke Ajzyk Sztulman w żydowskiej rodzinie w Polsce (wówczas pod panowaniem Rosji), jej rodzina dowiedziała się osiem lat temu.

— Cześć, nazywam się Samantha Rodriguez Del Rio — przedstawia się podczas naszego nagrania Historii Mówionej. Samantha, czyli zdrobniale „Sam” jest Meksykanką. Dużo podróżuje, pisze wiersze, a z pasji do Polski uczy się języka polskiego i poznaje naszą kulturę. W wolnych chwilach czyta książki po polsku dla dzieci i ogląda polskie seriale. Jest na stażu w Ośrodku „Brama Grodzka – Teatr NN” w Lublinie. Nasze biurka stoją obok siebie na „Strychu”, czyli poddaszu Bramy Grodzkiej.

Samantha i pracownicy „Strychu”, czyli poddasza Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN” w Lublinie. Od lewej: Agnieszka Góra-Stępień, Magdalena Baj, Agnieszka Ląkocy-Sulej, Piotr Sztajdel, Samantha Rodriguez Del Rio, Małgorzata Deptuła, Anna Kostrzewska. Fot. Patryk Pawłowski

Z miasta wiecznej wiosny do miasta siedmiu wzgórz

Samantha urodziła się w Cuernavaca. To miasto w środkowym Meksyku znane jako miasto wiecznej wiosny. Parki i ogrody porośnięte są roślinami kwiatowymi. A przy ulicach miasta rozciągają się rozległe hacjendy i posiadłości. Duży, dwupiętrowy dom wybudowany w stylu meksykańskim należy do dziadków Sam. Tam mieszka w Meksyku. Wnętrze jest urządzone zabytkowymi meblami. Sam jest jedynaczką. Brak rodzeństwa rekompensowały jej gry z mamą i czas spędzony z babcią.

— Opowiesz? — spoglądam na Sam. W odpowiedzi zaczyna snuć swoją historię. Przenosimy się w czasie do jej dzieciństwa w Meksyku, gdzie jako kilkuletnia dziewczynka o długich ciemnych włosach, pod okiem babci uczy się grać na pianinie. Babcia pokazuje jej jak jeździć na rowerze i jak się pływa. Sam od dzieciństwa jest blisko związana ze swoimi dziadkami.

Samantha Rodriguez Del Rio. Fot. Patryk Pawłowski

— A imię twojej babci? — dopytuję.

— Katia, Katalina, Schtulmann — odpowiada Sam, a następnie znowu przenosi nas myślami do Meksyku. Wnętrze domu dziadków, w którym tam mieszka, przepełnione jest ciepłem rodzinnym. To dom z basenem. — Bo w Meksyku jest gorąco — uśmiecha się Sam. A wystrój domu babci dopełniają liczne kwiaty.  — Dom wygląda jak dżungla — używa porównania. Z ogrodu słychać szczekanie psa i miauczenie kotów. A z kuchni pachnie Meksykiem. Na stole goszczą tradycyjne meksykańskie potrawy. Codziennie rano przychodzi gosposia, która zajmuje się domem: — W Meksyku to nie jest drogie jak w USA, czy w Europie. Gosposia też gotuje. Sam wylicza przykładowe dania meksykańskie: enchiladas, czyli tortilla wypełniona sosem i farszem czy chilequilas — podawane często na śniadanie, chrupkie tortille, zwane totopos w czerwonym sosie z pomidorów i chili, z dodatkami typu ser i cebula. — To wszystko z tortillą. Ostre — podkreśla Sam. — W Meksyku je się dużo dań z fasolą, a do wszystkiego dodaje się limonki — zdradza. Meksyk wygląda, pachnie i smakuje. Jedna kwestia jednak niepokoi jej rodzinę. To wiadomości z telewizji i prasy. Niemal każdego dnia napływają informacje o przestępczości. Przeglądam kilka archiwalnych numerów, dostępnego on-line „Diario de Morelos”. Kilka przykładów: w informacji z 15 kwietnia 2024 czytam: Młodzi ludzie mordują 15-letniego nastolatka w Zacatepec, 17 kwietnia jest wiadomość o aresztowaniu rzekomych złodziei domu towarowego w  Cuernavaca, zaś 21 kwietnia o dwóch mężczyznach zastrzelonych w Temixco. I tak dalej.

W Meksyku Samantha nie wychodzi z domu sama po zmroku. Nie jeździ sama autobusami. Nawet uberem. Decyduje się wreszcie na wyjazd z Meksyku. Do Polski, czyli kraju, gdzie sięgają korzenie rodzinne jej babci.

Katia Schtulmann z wnuczką Samanthą. Fot. Archiwum rodzinne Samanthy Rodriguez Del Rio

Katia Schtulmann jest niewysoką, szczupłą kobietą o krótko ściętych włosach i ciepłym spojrzeniu. Od niedawna jest szczęśliwą posiadaczką także polskiego obywatelstwa. Jej twarz rozświetla uśmiech. Jest bardzo blisko z Sam. Ich więź umocniły na pewno wspólne podróże w poszukiwaniu informacji o historii rodziny Sztulmanów, z której pochodzi Katia. Odwiedziły, wraz z rodziną, mnóstwo miejsc na mapie Polski. Poznały fantastycznych ludzi i przeżyły wspólne chwile, które na pewno zapiszą się w ich pamięci.

— Kocham cię, babciu — wyznaje Sam, kiedy w 2024 roku szykuje się do wyjazdu do Polski. Do walizki pakuje między innymi lnianą, błękitną sukienkę. To kreacja ze sklepu z odzieżą, który prowadzi jej ciocia.

— Piękne — mówię, kiedy Sam, już po przyjeździe do Polski, w Lublinie, pokazuje mi na telefonie zdjęcia sukienek, które sprzedaje jej ciocia. Przesuwa palcem po ekranie smartfona. Sam zrobiła zdjęcia modelek w kreacjach dostępnych w sklepie. Interesuje się promocją w mediach społecznościowych, pracą z obrazem i dźwiękiem. — O, kombinezon — zerkam na kolejne zdjęcia ze sklepu jej cioci.

Samantha Rodriguez Del Rio. Fot. Patryk Pawłowski

Przyglądam się Sam ubranej w sukienkę, o której wyżej wspominałam. Błękitny odcień podkreśla jej meksykańską urodę. Lniany materiał jest idealny na gorące, letnie dni. — Tylko muszę uważać — zauważa i stara się siadać ostrożnie. — Wrinkles? — spogląda na mnie pytająco. 

— Zmarszczenia? — podpowiadam jej słowo w języku polskim, które oddaje to, co Sam ma na myśli. Nie chce pomiąć sukienki.

— Masz meksykańską koszulkę — spogląda na mnie, a ja na swój t-shirt. — CANCUN — czyta napis. Cancún to popularne turystycznie miasto w Meksyku na wybrzeżu Morza Karaibskiego.

— Ta moja koszulka ma ponad 10 lat — próbuję sobie przypomnieć, po czym dodaję: — Jest zapewne niewiele młodsza od ciebie — uśmiecham się.

Sam oprowadza po wystawie „Lublin. Pamięć Miejsca”

Sam  studiowała komunikację na uniwersytecie w Meksyku. W Lublinie opowiada o działaniach Ośrodka w mediach społecznościowych.

Samantha Rodriguez Del Rio. Fot. Patryk Pawłowski

— A dziś mam, jak to się mówi? — Sam szuka słowa w języku polskim. — Tour? — dopytuje.

— Oprowadzanie — podpowiadam.

To pierwszy raz, kiedy Sam oprowadza po wystawie „Lublin. Pamięć Miejsca” w języku hiszpańskim. Hiszpanów, którzy dziś przyszli, poznała w Muzeum na Majdanku. Do Lublina przyjechali na konferencję i interesują się historią. Sam oprowadza ich po wystawie: — En 1939, aproximadamente había 43,000 judíos en Lublin, siendo 30% de la población — przybliża historię Lublina, w którym tuż przed wybuchem II wojny światowej żyło około 43 000 Żydów, stanowiących około 30% społeczeństwa miasta. Kiedy idę korytarzem, do moich uszu dolatuje język hiszpański, a o swoim oprowadzaniu Sam opowiada mi potem podczas naszego nagrania historii mówionej. Mówi, że byli pod wrażeniem wystawy. Dużo się dowiedzieli. — To, że Lublin był bardzo ważnym miastem żydowskim.

Temat Holokaustu jest mocno obecny w autorskich działaniach Sam. Realizuje swój projekt The Voice of the Silence, który ruszył w środku pandemii. To zbiór wywiadów z ocalałymi i ich potomkami. Opowiada historie, które — jak sama podkreśla: — Zasługują na opowiedzenie, aby nie zostały zapomniane.

Ważnym aspektem projektu jest szerzenie wiedzy o Holokauście wśród młodego pokolenia. Są niewiele młodsi od niej. 

Sam urodziła się 20 sierpnia 2000 roku. — Czyli masz 24 lata — mówię.

— Prawie tak. Niedługo, w sierpniu.

W podobnym wieku był jej pradziadek, kiedy wyemigrował z Lublina do Meksyku.

Myśleliśmy, że nazwisko  „Schtulmann” jest niemieckie

Na zdjęciu Moszko Ajzyk Sztulman (Marco Schtulmann), pradziadek Samanthy Rodriguez Del Rio. Fot. Archiwum rodzinne Samanthy Rodriguez Del Rio

Marco Schtulmann nigdy nie wspominał o swoim żydowskim pochodzeniu. — Myśleliśmy, że nazwisko „Schtulmann” jest niemieckie — wyjaśnia Sam. — Mój pradziadek miał to nazwisko. Urodził się w Rosji w 1899 roku — Sam pokazuje mi skan jego meksykańskiego dokumentu. Przy miejscu urodzenia jest nazwa miejscowości „Mescritz”, obok kraj „Rusia”, czyli Rosja. — Mama, ciocia i wujek szukali informacji o miejscu jego urodzenia — opowiada Sam. Nazwa miejscowości jednak niewiele wnosiła i brzmiała tajemniczo, bo nigdzie nie mogli jej znaleźć. Ambasada rosyjska nie znalazła odpowiedzi na ich pytania. Ponieważ nazwisko „Schtulmann” brzmiało „z niemieckiego”, udali się do ambasady Niemiec. — I nic — dodaje Sam. A ja jestem ciekawa: — A jak pomyśleliście, że to mogła być jednak Polska?

— Ciocia szukała też informacji on-line — wyjaśnia Sam. Udało się ustalić, że są trzy miejscowości, których nazwy są zbliżone do tej w dokumencie Marco Schtulmanna. — I jedna chyba jest w Rosji, nie jestem pewna, i w Ukrainie jest, i w Polsce. „We discovered”, odkryliśmy, że chodzi o Polskę. Międzyrzec Podlaski, blisko Lublina, województwo lubelskie.

Dokument Marco Schtulmanna. Fot. Archiwum rodzinne Samanthy Rodriguez Del Rio

Po raz pierwszy rodzina Sam przyjechała do Polski w 2016 roku. — To była podróż po Europie i ostatnie dni w Polsce [spędziliśmy] — wspomina Sam. Miała wtedy 16 lat. Odwiedzili Warszawę i Muzeum Polin. — I oni dużo pomogli nam. Mieliśmy więcej informacji, prawdziwe imię i nazwisko mojego pradziadka w Polsce, Moszko Ajzyk Sztulman, było napisane przez „SZ” i tylko jedno „N” na końcu, bo teraz jest „SCH”, jak po niemiecku, i dwa „N” na końcu – Schtulmann. 

Nowe informacje pojawiły się wraz z wizytą w Żydowskim Instytucie Historycznym. – Pradziadek miał osiem rodzeństwa.

Odwiedzili również Archiwum Państwowe w Lublinie. Byli też w rodzinnej miejscowości ich przodków, w Międzyrzecu Podlaskim. — Tam prawie nikt nie mówi po angielsku. Ja nie mówiłam po polsku, ale bardzo miła rodzina Brodawka pomogła nam. Magda, Jan i Ewa Brodawka — Sam przywołuje ich imiona. — Syn [ich] Karol pokazał [nam] miasto.

To wtedy dowiedzieli się, że w Międzyrzecu była też synagoga… I cmentarz, ale zniszczony…

Synagoga była piękna, trzypiętrowa

Przed wojną, synagoga w Międzyrzecu była piękna i trzypiętrowa, tak ją zapamiętała Sara Wexler, kiedy między innymi o Międzyrzecu mówiła w relacji mówionej w rozmowie z Tomkiem Czajkowskim, a cmentarz żydowski mieścił się naprzeciwko cmentarza katolickiego. To już wspomnienie Sławy Przybylskiej, którą też nagrywał Tomek. Pani Sława zapamiętała też żydowskie dziewczynki ubrane odświętnie w soboty i świece w oknach żydowskich domów. Z kolei ze wspomnień naszego świadka historii K.J. wiem, że na co czwartkowych jarmarkach sprzedawano konie, świnie, krowy, cielęta i zboże. To właśnie na podstawie tych, ale i innych wspomnień z naszego Archiwum próbuję sobie wyobrazić rodzinne miasto Moszko Sztulmana, pradziadka Sam.

Przed I wojną Międzyrzec Podlaski to duży ośrodek handlowy i rzemieślniczy, i wciąż się rozwija. To miasto, gdzie są handlarze uliczni, a szczupła, zawsze dobrze ubrana i piękna żydowska krawcowa chodzi po domach i bierze miary na zamówienia. Z kolei o czwartej po południu słychać Żydówkę, która sprzedaje kotleciki z kaszy gryczanej. Idzie ulicami i woła: —  Gryczaniki, gryczaniki, gryczaniki! — jej głos przebija się nad gwarem ulicy.

— Ganef, ganef — sprzedawca żydowski znowu goni lokalnych złodziejaszków, którzy zakradają się do jego sklepu. A „ganef” w języku żydowskim oznacza złodzieja. I tak toczy się dzień za dniem. Sklepy, podobnie jak zakłady w większości są własnością ludności żydowskiej, która stanowi w mieście 76% mieszkańców. Żydzi wybudowali też szpital w Międzyrzecu. Jest tu również hebrajska szkoła — Tarbut.

Sztulmanowie są związani między innymi z adresami: Staromiejska 22 i Lubelska 39.

W tle kamienica przy ulicy Lubelskiej 39 w Międzyrzecu Podlaskim, gdzie przed wojną mieszkali Sztulmanowie, 2023. Na zdjęciu od lewej: Samantha Rodriguez Del Rio, Alejandra Del Rio Schtulmann, Katia Schtulmann Moreno, Alfonso Del Rio Canedo. Fot. Archiwum rodzinne Samanthy Rodriguez Del Rio

Ojciec rodziny, urodzony w Lubartowie, Jakub Josef Sztulman poślubił Bejlę Lampert z Międzyrzeca Podlaskiego i zamieszkali w jej rodzinnej miejscowości.

W domu Sztulmanów musi być gwarno. Mają dziewięcioro dzieci. Poza Moszko jest Abram, Weer, Gitla, Meyer, Dawid, Shamai, Schlomo i najmłodsza Helena. Moszko jest dobry w przedmiotach ścisłych. Ma prawie 20 lat, kiedy decyduje się na wyjazd do Niemiec: — Będę inżynierem — oznajmia rodzinie. Miejskie Technikum Hainichen w Saksonii to Szkoła Inżynierów. Moszko chce uczyć się  budowy maszyn i elektrotechniki.

Prawdopodobnie jedzie tam pociągiem. Dworzec kolejowy w Międzyrzecu Podlaskim został otwarty w 1867 roku. Czy na dworcu żegna go rodzina? Tego nie wiemy. Nie wiemy też, kiedy Moszko zmienia imię na Marco, a nazwisko Sztulman na Schtulmann. Jego potomkowie przypuszczają, że właśnie w Niemczech, na początku lat 20. Na pewno jego rodzina w Międzyrzecu Podlaskim przed wojną dalej nazywa się „Sztulman”. Patrząc na ich archiwalne zdjęcia, myślę, że wiedzie im się wówczas całkiem nieźle. Wolny czas spędzają na przykład na spacerach alejkami parku położonego przy Pałacu Potockich. Weer (później Max) Sztulman w swoim kapeluszu wygląda naprawdę dostojnie. Pewnego dnia w parku ktoś robi mu zdjęcie.

— To ja w tym samym miejscu — Sam pokazuje mi zdjęcie przedwojenne prawujka i swoje zrobione w tym samym miejscu niemal sto lat później.

Na zdjęciu po lewej: Weer (Max) Sztulman, lata 20, Międzyrzec Podlaski. Na zdjęciu po prawej: Samantha Rodriguez Del Rio Fot. Archiwum rodzinne Samanthy Rodriguez Del Rio

A potem wskazuje na kolejną fotografię. To zdjęcie jej babci Katii zrobione w tym samym miejscu, w którym została sfotografowana siostra Moszko — Gitl.

Czarno-białe zdjęcie Gitl przenosi nas raz jeszcze do przedwojennego Międzyrzeca. Na spacery Gitl ubiera się elegancko, na przykład w elegancką bluzkę z delikatnej tkaniny o prostych luźnych rękawach oraz z wiązaniem przy szyi. To strój z dość luźno zaznaczoną talią. Gitl jest szczupłą, młodą dziewczyną. Ma falowane włosy i lubi się uśmiechać.

Na zdjęciu po lewej Gitl Sztulman. Na zdjęciu po prawej Katia Schtulmann Moreno. Fot. Archiwum rodzinne Samanthy Rodriguez Del Rio

Ma więcej zdjęć z rodzinnego archiwum. Z fotografii patrzą jej przodkowie. Są zdjęcia z Międzyrzeca Podlaskiego, ale i z Grudziądza. — Chyba nie cała, ale bliska rodzina przeprowadziła się do Grudziądza przed wojną. Jak mama i tata mojego pradziadka i kilkoro rodzeństwa — wyjaśnia mi Sam.

Sztulmanowie w Grudziądzu

Międzyrzec Podlaski z Grudziądzem dzieli jakieś 450 km. Mapa Google pokazuje dziś, że droga z punktu A do B zajęłaby mi autem około pięciu godzin. Przed wojną musiała być dużo dłuższa.

Sztulmanowie szybko się urządzili w Grudziądzu.

— To ciekawe, w bibliotece odkryliśmy adresy, adressbook. Imię naszej rodziny było tam. Tata mojego pradziadka na przykład – Jakub Józef Sztulman. Oni mieli w Grudziądzu sklep „Sztulman i syn” — opowiada o przeszłości swoich przodków w Grudziądzu.

Przy Radzyńskiej 18, przed wojną Sztulman z synem skupują i sprzedają skóry. — Płacimy najwyższe warszawskie ceny — reklamują swoją działalność. Składnica jest w podwórzu. Mieści skóry wołowe, końskie, cielę, owcze, kozie, lisie i inne.

Sztulmanowie mieszkają w dużej kamienicy. Po latach to miejsce odwiedza Sam z rodziną: — Dzisiaj tam jest [ta kamienica], Forteczna 8 adres. I poznaliśmy kobietę, która mieszka tam. Rozmawialiśmy dużo i ona była bardzo miła. Dla nas było [to] bardzo ważne — przyznaje Sam. Skany i zdjęcia, które przechowuje w pamięci cyfrowej na swoim komputerze przywracają pamięć o jej przodkach.

Przed wojną Jakub Józef, prapradziadek Sam zajmuje ważną pozycję w organizacji żydowskiej. — Więc oni byli bardzo ważni — podkreśla Sam. I chwilę potem poważnieje. Grudziądzkie losy Sztulmanów przerwał wybuch II wojny światowej. Sztulmanowie prawdopodobnie zostali zamordowani podczas zbiorowej egzekucji przeprowadzonej w kompleksie lasów w pobliżu miejscowości Mniszek i Grupa. — Tak myślimy, bo nie mamy dokładnych dokumentów, że oni zostali zamordowani tam przez nazistów w lesie. I dzisiaj jest [tam] Memorial, pomnik, bo tam naziści zamordowali około dziesięć tysięcy ludzi. Nie tylko Żydów, ale Polaków, nauczycieli, dzieci  z Grudziądza. To straszne.

I też dzięki Bramie spotkaliśmy wspaniałych ludzi

Międzyrzec Podlaski, Grudziądz, Lublin, Warszawa — to tylko niektóre z punktów na mapie Polski, które odwiedziła Sam z rodziną w poszukiwaniu śladów życia swoich przodków. Dla przykładu wiadomość o obecności jej przodków w Sopocie podczas wakacji zaprowadziła ich nad polskie morze. A ponieważ w zebranych przez nich informacjach była wiadomość o pobycie w sanatorium, odwiedzili też Ciechocinek.

Rynek w Międzyrzecu Podlaskim, 2023. Od lewej: Samantha Rodriguez Del Rio, Katia Schtulmann Moreno, Alfonso Del Rio Canedo (dziadek Samathy i mąż Katii), Alejandra Del Rio Schtulmann. Fot. Archiwum rodzinne Samanthy Rodriguez Del Rio. Fot. Archiwum rodzinne Samanthy Rodriguez Del Rio

Istotną rolę w ich poszukiwaniach odegrały instytucje. Poza izraelskim Yad Vashem czy Żydowskim Instytutem Historycznym i Muzeum Polin w Warszawie ważną rolę odegrał Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN” w Lublinie.

— Kiedy byliśmy w Lublinie, to poznaliśmy bardzo [dużo] ważnych dla nas ludzi, na przykład Sławek Nowodworski — wspomina Sam. — I też dzięki Bramie poznaliśmy wspaniałych ludzi: Agata, Sławek, Tadeusz też. I przyjaciele, których ja mam w Polsce, ogólnie są dzięki Bramie — przyznaje. — W Bramie Grodzkiej wszyscy byli bardzo mili. I pomogli nam dużo. Tadeusz Przystojecki, on bardzo pomógł nam.

Sam ma znacznie więcej znajomych w Polsce, których poznała, kiedy podążała śladami swoich przodków. Wśród nich jest np. Bartek z Międzyrzeca, który też pomagał w ich poszukiwaniach i tłumaczeniu. — Bardzo miły — mówi Sam. — Drukował zdjęcia o starym Międzyrzecu dla nas i pokazał nam wszystko. I dzisiaj on jest mój przyjaciel. Wspaniały przyjaciel. I też Piotr. Ja poznałam go w Lubartowie. Też jest moim przyjacielem. I jeszcze Alicja. Ja poznałam ją rok temu, tutaj, na Lubliners. Ona była wolontariuszką. A teraz mieszkam u Alicji. 

Podczas ubiegłorocznego Zjazdu Lublinerów Sam miała prezentację o swojej rodzinie w języku angielskim. Szczególne miejsce zajmuje historia Moszko, bo ich poszukiwania zaczęły się od odkrywania jego losów.

Moszko Ajzyk Sztulman (Marco Schtulmann). Fot. Archiwum rodzinne Samanthy Rodriguez Del Rio

Podczas gdy przed wojną prawie cała rodzina Sztulmanów została w Polsce, Moszko wyjechał do Niemiec…

Marco (Moszko) przyjeżdża do Meksyku

Marco (Moszko), pradziadek Sam jeszcze kilkanaście lat przed wybuchem drugiej wojny światowej kończy niemiecką szkołę inżynierów — Das Technikum Hainichen w Sachsen. — On emigrował do Niemiec, kiedy miał prawie 20 lat. I studiował tam na inżyniera — opowiada Sam.

Fot. Archiwum rodzinne Samanthy Rodriguez Del Rio

Moszko, a właściwie zapewne już wówczas Marco zatrudnia się potem w niemieckiej fabryce.

Sam: — Wysłali go potem do pracy do Meksyku.

Moszko przyjeżdża do Meksyku jako inżynier Marco w 1924 roku. Nie ma typowo żydowskiej urody, więc zapewne nikt go nie dopytuje o korzenie. Ma jasnobrązowe włosy, prosty nos i owalny podbródek. A wiem, to z jego meksykańskiego paszportu, który wyrobił w 1928 roku. W 1928 roku ma 28 lat. Jest średniego wzrostu kawalerem. Mierzy metr sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. Patrzy teraz na mnie z archiwalnej fotografii zamieszczonej w jego dokumencie. Tego, że jego oczy są jasnobrązowe na zdjęciu dobrze nie widać, ale jest informacja: „ojos: cafés claro”, co znaczy „oczy: jasnobrązowe”. Ma wysokie czoło, krótko ścięte włosy i delikatny wąs pod nosem.

Marco mówi po hiszpańsku, niemiecku i angielsku. A jako jego język ojczysty, w dokumentach funkcjonuje — rosyjski.

Paszport Marco Schtulmanna. Fot. Archiwum rodzinne Samanthy Rodriguez Del Rio

Marco jest eleganckim mężczyzną, nosi dobrze skrojone garnitury: marynarkę i spodnie w kant. Jego urodę podkreśla biała koszula z kołnierzykiem i krawat. Górną część jego garnituru zwykle zdobi poszetka, czyli elegancka chusteczka włożona do niedużej kieszonki po lewej stronie marynarki. Dzięki tej ozdobie nawet najprostszy garnitur prezentuje się o wiele ciekawiej. Marco nosi często poszetki w kolorze białym.

— Pracował w Meksyku przy maszynach, wielkie maszyny do budowy — Sam cały czas mówi po polsku.

Samantha Rodriguez Del Rio podczas nagrania Historii Mówionej. Fot. Patryk Pawłowski

— A powiedz, jak potoczyły się jego dalsze losy?

— Jeszcze raz? — spogląda na mnie Sam pytająco. Zdaję sobie sprawę, że czuję się tak swobodnie w rozmowie po polsku z Sam, bo radzi sobie świetnie, że czasem zapominam, że może powinnam mówić wolniej. 

— Jak dalej jego życie wyglądało w Meksyku? — powtarzam. — On zostawił swoją rodzinę w Polsce. Mówiłaś, że miał sporo rodzeństwa, tak?

— Tak. Rodzina została tutaj, tylko on i dwóch jego braci emigrowali do Meksyku. Jeden, nie pamiętam dobrze [kiedy], ale drugi 2 lata przed wojną. I oni pracowali tam.

Sam: — Pradziadek poznał meksykańską katoliczkę. No, Meksykanka. I oni, jak się mówi, ślub?

— Pobrali się. Ożenił się. Pan się żeni, a kobieta wychodzi za mąż — wyjaśniam Sam nasze językowe niuanse. — Czyli twoja prababcia była Meksykanką, a pradziadek pochodził z Polski — mówię, a moja rozmówczyni mi przytakuje.

Agnieszka Góra-Stępień i Samantha Rodriguez Del Rio w studiu Historii Mówionej. Fot. Patryk Pawłowski

Dokument pradziadka, który teraz pokazuje mi Sam jest z 1931 roku. W miejscu, gdzie podaje się stan cywilny, jest już wyraźnie zapisane „casado”, czyli żonaty po hiszpańsku.

Marco poślubił piękną Soledad Moreno. Być może zwrócił jej uwagę swoją europejską urodą? A może zaimponował swoją klasą i wykształceniem? Wyobrażam sobie, jak on patrzy na nią swoimi jasnobrązowymi oczami, a ona odwzajemnia jego spojrzenie. Elegancji dodają jej ciemne włosy uczesane w delikatne fale z obowiązkowym przedziałkiem po boku. 

Soledad i Marco

Na ślub Soledad zakłada kreację odkrywającą łydki pokryte jasnymi pończochami. Na stopy wsuwa białe pantofle na obcasie. Ma na sobie modą wówczas suknię, szytą z zachowaniem krótszego przodu i dłuższego tyłu. Szykowny, romantyczny welon ciągnie się aż do samej ziemi.

Zdjęcie ślubne Soledad Moreno i Marco Schtulmanna. Meksyk. Fot. Archiwum rodzinne Samanthy Rodriguez Del Rio

Soledad i Marco mieszkali w mieście Meksyk. Marco miał też ranczo w Veracruz. Hodował drzewa owocowe, głównie pomarańcze.

Marco Schtulmann, Meksyk. Fot. Archiwum rodzinne Samanthy Rodriguez Del Rio

W albumie rodzinnym Sam ma też zdjęcie pradziadków z późniejszego okresu. Poza Marco i Soledad widzimy na nim ich dzieci.

Soledad Moreno i Marco Schtulmann z dziećmi, Meksyk. Fot. Archiwum rodzinne Samanthy Rodriguez Del Rio

— Ile mieli dzieci?

— Aha, sześć więc dwóch chłopców…

— Synów.

— I cztery dziewczyny. I moja babcia jest Katalina Schtulmann.

Katia, córka Marco i Soledad wychodzi za mąż za Alfonsa Del Rio w 1960 roku. W podkreślającej jej wąską talię rozkloszowanej sukience wygląda jak księżniczka. Mają z Alfonso czworo dzieci: Alfonso, Marco, Katię, Alejandrę.

Alejandra to mama Sam. — Alejandra Del Rio Schtulmann, bo w Meksyku mamy dwa nazwiska. Ja mam „Rodriguez” po tacie i „Del Rio” jak moja mama, ale mama ma jeszcze nazwisko Schtulmann (Sztulman) z Polski.

Są ewangelickimi chrześcijankami.

Sam: — Prababcia była wierząca.

W żadnym dokumentów Marco (Moszko) nie ma danych ani o religii, ani o jego żydowskim pochodzeniu.

— On nigdy nie chciał mówić — przypuszcza Sam. — On bał się chyba.

— Myślisz, że to ma związek z Holokaustem podczas wojny. Wieści o tym, co się tu działo, ogarnęły cały świat, i być może nie mówił.

— No tak, dokładnie.

— A twoja babcia Katia też nic nie wiedziała o jego przeszłości? Marco (Moszko) jest jej tatą?!

— Ona kiedyś zapytała go: „Ale gdzie są moje babcie, dziadek? Co się stało?”. I on nic nie powiedział. I jej mama, a moja prababcia powiedziała: „Nie wolno, nie pytaj” — opowiada Sam. Dodaje jednak, że coś mieli pewne sygnały odnośnie swoich żydowskich korzeni. — Ciocia mojej babci ocalała z Holokaustu. Ona nigdy nie mówiła o swojej historii, Helena (po mężu Rogozińska). Nigdy. Ale kiedy szukaliśmy informacji [o rodzinie], teraz widzimy, że ona była najmłodszą siostrą pradziadka.

Historia Heleny

Urodzona w 1918 roku Helena jest niewysoką kobietą, mierzy 1,55 m. Ma brązowe włosy i oczy. Mówi po rosyjsku, polsku, francusku i niemiecku. W dniu wybuchu drugiej wojny światowej ma 21 lat. Ponieważ przebywa wtedy w Warszawie, musi zamieszkać w getcie. — I ona się nazywała Sztulman przez „SZ” —opowiada Sam. — Była trzy lata w getcie warszawskim. A potem ona była w Trawnikach blisko Lublina, labor camp — opowiada o pracioci, która przebywała w obozie pracy. — I potem była [w obozie] na Majdanku. Chyba ona tutaj też była [podczas] Erntefest — ma na myśli akcję wymordowania ostatnich Żydów w dystrykcie lubelskim Generalnego Gubernatorstwa. 3 i 4 listopada 1943 roku naziści rozstrzelali 42. tysiące żydowskich więźniów obozów na Majdanku, w Trawnikach i Poniatowej. — 42. tysiące ludzi byli zamordowani i ona nie. To myślimy, że to był cud — mówi mi Sam. — A potem ona była w Oświęcimiu…

Oświęcim, 1944: Helena jest piękna i zna kilka języków: niemiecki, angielski, polski, rosyjski. Potrafi też szyć. Być może i ta umiejętność, pozwala jej przetrwać. Czy szyje niemieckie mundury, może je łata, tego nie wiemy? Wiemy jednak, że sprzątała nazistowskie biura. — Przetrwała największe zbrodnie, które tam się wydarzyły. Ona trochę opowiedziała swojej bratanicy jak tam było, ale trochę — przyznaje Sam.

Pewnego razu w 1944 roku, kiedy Helena sprząta nazistowskie biuro, aż sama nie wierzy w to, co widzi. Być może przeciera akurat szmatką nazistowskie biurko, wszak wszystko musi lśnić. Na ścianie kołysze się portret Hitlera, a z drugiego końca pokoju pijany nazista celuje butelkami w podobiznę Führera: — Ja nie wiem, co robię tutaj, to straszne — woła do siebie, a scenę z historii życia Heleny po latach przytacza mi Sam.

— Więc ona [Helena] powiedziała, że oczywiście był straszny czas, ale nie możemy powiedzieć, że wszyscy Niemcy są źli — podkreśla Sam, a ja dopytuję dalej o jej praciocię. Wie, że Helena pomagała dzieciom z Oświęcimia, ale niewiele więcej jest pewne. Helena uchyliła rąbka swojej przeszłości przed bratanicą. Ale nie mówiła dużo. — Wiedzieliśmy, że ona była w Auschwitz, bo to było oczywiste. Ona miała tatuaż — opowiada Sam.

Zachował się dokument, z którego wynika, że od kwietnia 1943 do maja 1944 Helena była w Trawnikach w obozie pracy. Natomiast od maja 1944 na Majdanku, a później w Auschwitz. Następnie przebywała w obozie Bergen-Belsen w Niemczech…

Jest 1945 rok. Zbliża się Front, Niemcy potrzebują Żydów do pracy. Naziści przegrywają wojnę. Helena jest jedną z kobiet, którą ładują do wagonów i wysyłają do Niemiec.

— Gdzie my tam jedziemy do pracy, durne baby wy, my prosto do krematorium?! — rozmawiają kobiety w transporcie. Tak zapamięta ten okres Ruth Tatarko.

Podobnie jak Helena była więźniarką w obozie w Oświęcimiu (Ruth była jeszcze w obozie koncentracyjnym w Mühlhausen). Obie, Helena i Ruth jadą transportami do Bergen Belsen w podobnym czasie. Może spotykają się w miejscowości Celle przed Bergen-Belsen? To niewykluczone. Z opowieści Ruth wiemy, że trzy czy cztery kilometry przed Bergen-Belsen więźniarki zatrzymują się w miejscowości Celle. Leżą tam belki i na rozkaz nazistów, noszą je parami kilka kilometrów. Ruth była wówczas dzieckiem, szła w parze z wysoką kobietą. Ciężar był nie na jej siły i nie wie, w jaki sposób doszły na miejsce. Czy podobny los spotyka Helenę Sztulman, tego nie wiemy, bo nie chciała opowiadać o traumie wojennej. Wiemy jednak, że jeśli i jej transport zatrzymał się w Celle, to musi nieść taką belkę. Kto jej nie niesie, ginie na miejscu. A ona nie zginęła.

Bergen Belsen

Widok więźniów z Bergen Belsen jest przerażający. Niektórzy twierdzą, że dużo gorszy od oświęcimskich. Przed bramą obozu stoi młoda kobieta o umorusanej twarzy. Więźniarki, które tu właśnie przyjechały, są ciekawe: — Powiedz, tutaj nie ma wody, nie ma mydła?

Nieznajoma odpowiada im milczeniem i daje im do zrozumienia gestem ręki, że to nie brud, ale wszy. W obozie panuje tyfus plamisty. Nowo przybyłe więźniarki przechodzą przez bramę. Helena rozgląda się wokół. Spostrzega jadący wózek załadowany jarzynami i biegnie w jego stronę. Czy tak jest? To znowu tylko przypuszczenie. Na pewno wózek na terenie obozu zwraca uwagę tych, którzy dopiero tu przyjechali. Wóz ciągną nie konie, a kobiety. Kto pcha wózek, ten je jarzyny. Czy Helena pcha potem wózek? Nie wiemy. W obozie panuje straszliwy głód. — Powiedzcie wszystkim, że dają szkło do zup, żeby prędzej umierali — podają sobie więźniowie z ust do ust. — Mówili, że będzie kawałek chleba, może w przyszłym tygodniu, może za dwa tygodnie… — przekazują sobie informacje.

Nic. Ludzie umierają z głodu, od wszy i tyfusu plamistego. Mija dzień za dniem.

— Kiedy naziści wiedzieli, że idzie [front] wyzwalający, dali jedzenie dla ludzi w obozie — opowiada mi w 2024 roku Samantha. — Ale to miało poison…

— Truciznę…

— …więc wiele umarli. Ale moja praciocia była bardzo inteligentna i ona nie zjadła tego, może tylko trochę i dlatego była chora — dodaje Sam, a ja próbuję odtworzyć kolejne zdarzenia z 1945 w obozie Bergen-Belsen, gdzie wraz ze zbliżającym się frontem naziści coraz bardziej się niecierpliwią. Minują teren i palą w popłochu zwłoki zamordowanych więźniów. Smród jest niesamowity.

Niedziela 15 kwietnia 1945 roku jeszcze o świcie niczym nie różni się od ostatnich dni. Więźniowie ustawiają się do apelu. Po kilkunastu minutach zerkają nieśmiało po sobie. Ich oczy są przepełnione smutkiem i głodem. Błędne spojrzenia wyczekują jednak jakiejś odpowiedzi. Zwykle na apelu o tej porze był już oficer niemiecki. Nikt nie przychodzi. Nie słychać stukotu ciężkich oficerskich butów nazistowskich. Nagle ktoś z tłumu krzyczy: — Brytania! BRYTANIA! — woła. Dwa czołgi angielskie forsują druty obozu. Więźniowie, którzy mogą stać, robią im przejście i ich witają. Większość jednak nie ma nawet siły, żeby unieść rękę w geście powitania. Brytyjczycy rozdają więźniom słodycze i papierosy. Ludzie je jedzą, także papierosy, tak zapamięta wyzwolenie obozu Yona Livnech a jego wspomnienia po latach zarejestruje Tomasz Czajkowski z naszej Pracowni Historii Mówionej. Yona patrzy na zwłoki zamordowanych więźniów. Ich ciała należy uporządkować. Więźniowie, którzy ocaleli, pomagają przy przenoszeniu zwłok do grobu. Jakieś dwa tysiące ludzkich ciał. Przy transporcie zwłok, skóra zamordowanych schodzi i zostaje im w rękach. Jedną z ocalałych jest Helena Sztulman, zapewne i ona angażuje się w te działania.

— Słuchaj, kochana, już nie ma Niemców, wojna jest skończona, jesteś wolna — słyszy.

Wkrótce Helena trafia do tzw. obozu DP (Displaced Persons camp) na terenie okupowanych Niemiec. — I potem do Francji — dodaje Sam. — Nie wiemy kiedy, ale ona poznała [mężczyznę], też ocalał. I on był jej mąż.

Pobierają się. Helena Sztulman ma nowe nazwisko: „Rogozińska”. — Nie wiemy, czy oni poznali się we Francji, czy w Niemczech, czy w obozie.

Jak Helena trafiła do Meksyku?

W paszporcie Marco Schtulmanna jest wiza francuska. — Więc myślimy, że on był we Francji i szukał listy — Sam ma na myśli listę ocalałych sporządzoną przez organizację Czerwonego Krzyża.

— Czyli pradziadek, który był podczas wojny w Meksyku, po wojnie przyjechał szukać swoich bliskich, którzy ocaleli z Zagłady — dopytuję Sam.

— No tak. I siostra była. Więc potem Helena i jej mąż emigrowali też do Meksyku.

Helena jedzie do Meksyku

Jak się okazało, zachował się dokument z danymi o Helenie z 1947 roku.

Fot. Archiwum rodzinne Samanthy Rodriguez Del Rio

Kiedy Helena przyjeżdża do Meksyku, jedna myśl nie daje jej spokoju. Potrzebuje szerokiej bransoletki, która ukryje jej numer obozowy i pomoże zapomnieć o tym, co przeszła podczas wojny. Rozpoczyna życie z mężem. — I mieli jeszcze córkę. I oni mieszkali całe życie w Meksyku po wojnie — mówi mi Sam. 

Na zdjęciu u góry: Helena i Gustaw Rogozińscy. Na fotografiach u dołu, po prawej: portret Heleny Sztulman. Po lewej: Helena z synem. Fot. Archiwum rodzinne Samanthy Rodriguez Del Rio

Z najbliższej rodziny Sztulmanów poza Heleną i Moszko, przeżyli dwaj ich bracia, którzy wyjechali do Meksyku przed wojną.

— Ale co ciekawe. Nie wiedzieliśmy, ale mamy dalszą rodzinę w Izraelu, bo ciocia mojego pradziadka emigrowała przed wojną do Palestyny. Mieliśmy kontakt przez Yad Vashem i też Żydowski Instytut w Warszawie. Więc moja babcia po raz pierwszy dowiedziała się, że ma kuzynkę w Izraelu. Mają 85, 84 lat, coś takiego. I byliśmy w Izraelu w 2018 roku. Poznaliśmy ich i dzielimy czas razem. Pokazaliśmy prezentację o naszej stronie rodziny, i też oni.  Mój kuzyn, ma rodzinę i dzieci, ale on bardzo interesuje się też historią rodziny [naszej]. Więc on też szukał informacje — przyznaje Sam.

The Voice of the Silence — Głos ciszy

Odkrywanie rodzinnej historii zainspirowało Sam do szerszego działania. Będąc studentką komunikacji w Meksyku, zauważyła, że świadomość o Holokauście wśród młodego pokolenia, jest niewielka. W środku pandemii stworzyła wirtualny projekt „The Voice of the Silence”, którego założeniem jest realizacja wywiadów z ocalałymi z Zagłady i ich potomkami. Wśród nich szczególne miejsce zajmuje na przykład 95-latek z Kanady. — On był w sześć obozach koncentracyjnych, jeszcze Kraków Ghetto i Death Marches. On był po prostu wspaniały mężczyzna. On miał nawet Instagram. I codziennie pisał i pokazywał swoje rzeczy. On umarł kilka miesięcy temu. To bardzo pozytywny mężczyzna i nauczył dużo młodych ludzi. Ja bardzo tęsknię za Johnny Jablon, ale prawdziwe jego imię w Polsce było Jan Rotbaum z Krakowa.

Wywiadów, które przeprowadziła Sam, było dużo więcej. Dzięki wsparciu Gazety Żydowskiej w Meksyku jeszcze więcej osób dowiedziało się o działaniu Sam. — Mój cel jest nauczyć do nieżydowskich ludzi o Holokauście — przyznaje.

Sam ujęła mnie swoją determinacją i zaangażowaniem. — Licea, szkoły i przez social media też uczymy o Holokauście. Ogólnie dla młodych ludzi, ale dla wszystkich. Rok temu byłam na March of the Living. Byliśmy w Niemczech, potem w Polsce, w Izraelu. Potem ja zostałam w Izraelu 10 dni w kibucu. Oni mają wielkie muzeum — Ghetto Fighers House, o historii Holokaustu. To było budowane i organizowane przez ocalałych bohaterów z getta w Warszawie. Byłam tam, bo oni wiedzieli o moim projekcie i zrobiłam duże rzeczy z nimi. I potem moja rodzina z Meksyku była w Izraelu, podróżowaliśmy dużo i też spotykaliśmy się z rodziną tam. Ja rok temu zrobiłam film dokumentalny o mojej rodzinie. Jeszcze nie jest zmontowany. A potem wróciliśmy z rodziną do Polski, i byliśmy tutaj razem w Lublinie podczas Lubliners Reunion.

To piękny kraj, to trudna historia

Lubliners Reunion, czyli Zjazd Lublinerów to spotkanie potomków ocalonych z Zagłady, którzy dotarli z całego świata do Lublina, by szukać swoich korzeni, ale też opowiadać historie swoich rodzin.

Sam: — Ja miałam prezentację o „The Voice of the Silence” po angielsku, a potem o naszej rodzinie. Uwielbiamy Polskę.

— Miałaś prezentację po angielsku, ale minął rok i świetnie mówisz po polsku.

— Tylko ja z mojej rodziny mówię po polsku. Nawet nie jestem pewna, czy mój pradziadek mówił po polsku. Nie było chyba takiej możliwości, bo to była rosyjska okupacja. Więc ja nie wiem, czy on mówił dużo po polsku, czy tylko po rosyjsku, po jidysz, nie wiem? Później na pewno po niemiecku. Ja nigdy nie myślałam [wcześniej], że moja rodzina pochodzi z Polski. Ja kocham Polskę. To piękny kraj, to trudna historia, smutna dla nas też, bo rodzina umarła tutaj. Ale poznaliśmy świetnych ludzi i Polacy są bardzo miłe. Kiedy była pandemia, ja zdecydowałam się szukać lekcji on-line polskiego. Poznałam nauczycielkę z Kolumbii. To ciekawe, bo ona nie jest Polką. Ona mieszkała w Polsce prawie 10 lat, ale jest z Kolumbii więc ona była moja pierwsza nauczycielka.

Sam była pilną uczennicą. Naukę doskonaliła podczas zeszłorocznego kursu języka polskiego na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. — Dla mnie to było bardzo ważne. Uczyłam się dużo. Nauczycielka jest wspaniała, pani Małgosia Prześniak — opowiada, chociaż przyznaje, że początki nie były łatwe. To była szkoła języka, ale i cierpliwości. — I jeszcze mam dużo błędów, deklinacja, przypadki są straszne — wylicza Sam. W wakacje planuje kolejny kurs językowy.

Samantha Rodriguez Del Rio Fot. Patryk Pawłowski

— Masz dużą pasję w sobie do nauki.

— Nigdy nie myślałam, że będę mieszkać w Polsce. Dla mnie ten język był „mystery”?

— Tajemniczy.

— Tak. Ja nie poznałam mojego pradziadka, ale chyba czułam się bliżej, [poznając język polski].

Zanim Sam przyjechała w tym roku do Polski, chciała wcześniej studiować naukę o Holokauście na studiach magisterskich w Izraelu. Niestety, tam zaczęła się wojna. — Moja rodzina bardzo boi się oczywiście — przyznaje. Przyjechała do Lublina. Dziś ma polskie obywatelstwo, podobnie jak babcia, mama i wujek. — Zdecydowałam się być w Polsce, bo kocham Polskę. Mogę studiować on-line. 

Sam szybko odnalazła się w działaniach Bramy Grodzkiej. Mówi: — To jest ważne miejsce i ważne rzeczy robimy tu. Więc jestem bardzo szczęśliwa — podkreśla, a ja z przyjemnością obserwuję jej działania.

Samantha Rodriguez Del Rio Fot. Patryk Pawłowski

Chciałabym zostać w Polsce, w Meksyku jest niebezpiecznie

Sam szybko odnalazła się na naszym „Strychu”. To podłużne pomieszczenie, w którym mieści się kilka stanowisk pracy. Czasem sami się śmiejemy, że nasz pokój i specyfika naszej codziennej współpracy przypomina pracę redakcji w newsroomie.

Sam współpracuje dla przykładu z Magdą Baj, która zajmuje się w Ośrodku promocją i kontaktami z mediami. Sam robi rolki i publikuje treści w mediach społecznościowych. Przygotowała dla przykładu relację z naszego Dnia Historii Mówionej, relację z „Pożaru Lublina”, wersję hiszpańską o wystawie „Lublin. Pamięć Miejsca”, i wiele innych.

Samantha Rodriguez Del Rio Fot. Patryk Pawłowski

 — Chciałabym zostać w Polsce — wyznaje. — Bo w Meksyku jest niebezpiecznie — powtarza. — No trudna sytuacja, dużo karteli i narkotyków, i kryminały. Więc to straszna sytuacja, oczywiście bardziej dla kobiet to niebezpieczne. Czytasz wiadomości i wszystko to strasznie [brzmi] — przyznaje.

O sytuacji w Meksyku alarmują też polskie media. Szczególnie głośno było w okresie ostatniej kampanii wyborczej. Same za siebie mówią nagłówki, jak ten z 5 kwietnia 2024 roku na portalu TVN 24: „Zabójstwa, porwania i groźby plagą kampanii wyborczej w Meksyku” czy kolejny, z 2 czerwca 2024: „Meksyk wybiera. Święto demokracji w cieniu przemocy”. To tylko wybrane przykłady z ostatnich tygodni: W przeddzień wyborów w Meksyku ponad 200 lokali wyborczych zostało zniszczonych i podpalonych przez lokalne gangi, by uniemożliwić obywatelom udział w głosowaniu. Komentatorzy wskazują, że tegoroczna kampania wyborcza, w której zamordowano wielu kandydatów, była najkrwawszą w historii kraju...

Ja kocham Meksyk też

W Cuernavaca, gdzie mieszka Sam, cały czas jest niebezpiecznie. Jej najbliżsi boją się o jej życie. — Ja nie mogłam chodzić sama po ulicy. Ale na przykład moi przyjaciele i inne ludzie, oni żyją normalnie. Ale są rodziny jak moja, że boimy się, ale mamy rację. Mój wujek był porwany, to długa historia. Dzięki Bogu, to był cud i on żyje — przyznaje. Historia porwania wujka miała bardzo duży wpływ na życie ich całej rodziny.

— Prawie cały kraj jest niebezpieczny. Oczywiście, że szkoda, bo Meksyk jest piękny kraj. Ja kocham Meksyk też. Mamy naturę, ładna pogoda, jedzenie jest wspaniałe — opowiada Sam już na naszym Strychu, a kiedy przychodzi do pracy 5 czerwca, zaskakuje nas wszystkich: — Dziś jest dzień Meksykański — oznajmia radośnie i wyjmuje na biurko meksykańskie przekąski. W całym Lublinie nie było dobrej tortilli, ale ponieważ Sam w zeszły weekend odwiedziła Wrocław, tam udało się jej kupić tortille z mąki kukurydzianej, od Meksykanki.

— A co z tortillami z naszych marketów? — jestem ciekawa, ale w odpowiedzi Sam delikatnie się uśmiecha i macha ręką. Pszeniczna tortilla z marketu co najwyżej nadaje się do burrito, ale nie do meksykańskiej pasty z awokado GUACAMOLE, którą nas teraz częstuje. Na pierwszy rzut oka widać, że jej składnikiem są pomidory i sałata.

— Jest awokado i limonka. Limonki dodajemy do wszystkiego — powtarza Sam. Tortillę Sam też potrafi sama zrobić. — Ale mąką kukurydziana ze Stokrotki… — kręci głową. Jednym słowem: mąka produkowana w Polsce się nie nadaje. Sam zamawia specjalną z Meksyku.

— Jak się pisze? — pytam, a sam notuje w moim notesie jej nazwę.

Sam pisze w moim notesie: Maseca

Ja w Polsce czuję się wolna

— Ja w Polsce czuję się wolna, bezpieczna i wesoła tutaj. Ja bardzo kocham Lublin — podkreśla. Nocą dalej jednak boi się sama wychodzić na miasto. — Kiedy jest noc, dla mnie jest trudne, bo myślę, że coś złego będzie. Więc ja wolę nie być sama w nocy. Wiem, że tutaj to jest bezpieczne, ale to zawsze jest u mnie, niestety — ma na myśli lęk. — Ale bardzo szczęśliwa jestem na stażu w Bramie.

— I dalej uczysz się języka?

— No tak, bez języka chyba to trudne [żeby pracować w Polsce].

— Opowiedziałaś historię swojej rodziny po polsku — raz jeszcze dziękuję Sam za naszą rozmowę w ramach Historii Mówionej. Jestem pod wrażeniem jej determinacji i działalności. A przy Sam i ja przypominam sobie podstawowe zwroty w języku hiszpańskim: — Me llamo Agnieszka. Yo trabajo en Brama — przedstawiam się i mówię, gdzie pracuję. 

— Dziś jest dzień meksykański — powtarza Sam. A nasze meksykańskie świętowanie dopełnia muzyka z głośnika na biurku Piotra Sztajdla, naszego kolegi z działu Historii Mówionej. Wnętrze poddasza Bramy wypełnia muzyka w wykonaniu mariachi. Zaś Sam wyjmuje z torby flagę Meksyku. 

— Zrobimy sobie zdjęcie — decydujemy zgodnie na Strychu i zbiegamy schodami. Razem z nami Patryk Pawłowski, który robi nam zdjęcie. — Wyglądamy, jakbyśmy szli na mecz — patrzymy po sobie i się uśmiechamy. Piłka nożna jest niezwykle popularna w Meksyku i Sam to potwierdza. Tymczasem Patryk próbuje uchwycić nas wszystkich na fotografii, przed Bramą, w Bramie, z widokiem na Zamek. Delikatny wiatr porusza flagę.

Od lewej: Anna Kostrzewska, Samantha Rodriguez Del Rio, Małgorzata Deptuła, Agnieszka Ląkocy-Sulej, Piotr Sztajdel, Agnieszka Góra-Stępień, Magdalena Baj. Fot. Patryk Pawłowski

— Sam, a kiedy jest święto Meksyku, święto niepodległości? — nie wiem tego, dlatego pytam, a Sam liczy miesiące. — September…. Co jest po sierpniu? 

— Jest wrzesień.

— 16 września — mówi, a Patryk robi jej jeszcze jedno zdjęcie przed Bramą Grodzką.

O mieszczącej się tu instytucji Sam niedawno napisała w swoim ojczystym języku, po hiszpańsku.

Staż w Bramie powoli dobiega końca.  — Ale ja chcę jeszcze pomóc i zrobić coś z Bramą. I jeśli jest możliwe, ja bardzo chciałabym pracować tu — mówi, a jeszcze tego samego dnia moich uszu dolatują fragmenty rozmowy Sam z Patrycją z Teatru Imaginarium. Jak wynika z rozmowy, ma pomysł na krótkie wideo promocyjne.

— Przyjdź do nas, do Imaginarium — zaprasza ją Patrycja.

— Jak jest ciemno, będę potrzebowała lampy — rozmawiają na tematy techniczne nagrania. I też mówią po polsku.

Samantha Rodriguez Del Rio Fot. Patryk Pawłowski

I gdyby ta historia miała zatoczyć koło, to skoro jej pradziadek, który sto lat temu wyjechał do Meksyku, poślubił Meksykankę, to Sam mogłaby wyjść za mąż za Polaka. A tego nie wyklucza. Wręcz przeciwnie, uśmiecha się: — Może z Międzyrzeca Podlaskiego? — mówi nieśmiało. A ja jestem ciekawa, jakie nosiłaby nazwisko i jak miałoby się jej ewentualne polskie nazwisko do tych meksykańskich. — Sam, obywatelstwo już masz, więc nie byłoby to małżeństwo dla obywatelstwa — uśmiecham się. — A z miłości. 

Polskę już pokochała.