Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Teatr NN

Świadectwo

Od początku istnienia Programu Historia Mówiona żydowska przeszłość Lublina i Lubelszczyzny jest jednym z najważniejszych tematów, jakie poruszamy w rozmowach ze świadkami historii. Czas płynie jednak nieubłaganie i tych, którzy pamiętają przedwojenne lata jest coraz mniej. Dlatego każda rozmowa z kimś, kto ma ponad 80 lat jest dla nas bardzo cenna. Aby zarejestrować wspomnienia, jesteśmy gotowi przebyć wiele kilometrów…

W październiku ubiegłego roku Witek Dąbrowski oprowadzał po wystawie w Ośrodku grupę ludzi z Poznania. Kiedy skończył opowieść, podeszła do niego zafascynowana tym, co usłyszała, jedna z uczestniczek i podzieliła się niezwykła historią swojej mamy, która jest poznanianką, ale losy wojenne przywiodły ją na kilka lat do małej wsi na Lubelszczyźnie. Kilkanaście dni później wsiadałam do porannego pociągu do Poznania i nie mogłam doczekać się spotkania z panią Stefanią Gługiewicz.

Drzwi otworzyła mi drobna, sympatyczna, starsza pani. Jednak uścisk jej dłoni od razu podpowiedział mi, że moja rozmówczyni to dosyć zdecydowana osoba. Zawsze kiedy pierwszy raz spotykam się z kimś, z kim będę rozmawiała o całym jego życiu zastanawiam się, jakie pytanie zadać, aby zdobyć chociaż odrobinę zaufania, ale tym razem zwyciężyła moja ciekawość dotycząca przedwojennego Poznania. I tak zaczęłyśmy.

20151112_glugieiwczs_009

Mała Stefania mieszkała ze swoimi rodzicami w okazałej kamienicy w centrum stolicy Wielkopolski. Po wybuchu wojny Niemcy wyrzucili ich z mieszkania. Pani Stefania pamięta, że było to w zimowy, mroźny poranek. Wyszli z domu, było biało i prószył śnieg. Cała rodzina wraz z innymi wysiedleńcami została wsadzona do pociągu – czekała ich wielogodzinna podróż w nieznane. Po dwóch dniach podróży wysiedli w Kraśniku i tam rozdzielono poszczególne rodziny do różnych miejscowości. Rodzina pani Stefanii znalazła schronienie w małej miejscowości koło Urzędowa – Leszczynie.

Pani Stefania zapamiętała, że byli zaszokowani biedą, jaka panowała na wsi. Drewniane chałupy kryte strzechą, brak jakichkolwiek wygód – był to ogromny kontrast w stosunku do tego, co otaczało ich w Wielkopolsce. Nie zdawali sobie sprawy, że lubelska wieś jest taka biedna. W tych trudnych warunkach musieli budować swoje życie od nowa. Zamieszkali w chałupie państwa Aleksandrowiczów, którzy oddali im jedną izbę. Ojciec pani Stefani długo nie mógł znaleźć żadnego zajęcia. Rodzina nie miała za co żyć.

Pomoc okazała im żydowska rodzina Szuchmacherów z Urzędowa. Przed wojną kontraktowali sady, mieli wiele kontaktów, które przekazali ojcu pani Stefanii. Interes dosyć dobrze się rozwijał.

Po likwidacji urzędowskiego getta w październiku 1942 roku Mosiek Szuchmacher z żoną szukali schronienia. Znaleźli je w w obejściu Aleksandrowiczów. W wychodku zbudowano podwójną ścianę, zastawiono ją słomą i tam w czasie dnia Szuchmacherowie siedzieli. W nocy przychodzili umyć się i ogrzać do chałupy. Pani Stefania pamięta ich szepty, rozmawiali o tym, jakie będą ich dalsze losy i co maja robić. Radzili się. Pani Stefania zapamiętała, że w świetle naftowej lampy wyglądali jak zjawy.

Czasami późnym wieczorem przychodziła do nich ich młoda siostrzenica Gitla. Ze strachem przemykała pomiędzy budynkami. Ukrywała się sama – na pewno było jej ciężko, bo nie mówiła dobrze po polsku. Była młoda. Chciała żyć.

6 stycznia 1944 r. w święto Trzech Króli do chałupy Aleksandrowiczów przyszli Niemcy. Ktoś doniósł, że w ich obejściu ukrywają się Żydzi. Biciem zmuszono Aleksandrowicza do pokazania, gdzie jest kryjówka. „Widzieliśmy jak wyprowadzają tych Żydów. Oni się trzymali tak ręką za szyję, jedno drugiego… Potem, za furtką był strzał. Najpierw jedno upadło, potem drugie upadło. I koniec.”

Wczesną wiosną 1944 roku pani Stefania szła do Urzędowa. Na przedmieściach spotkała jakichś ludzi. Powiedzieli jej, że ktoś zastrzelił Gitlę. Poszła zobaczyć. Rzeczywiście, to była Gitla. „Była w jakiejś kurtce. Leżała na trawie. Nie pamiętam jak wyglądała, bo patrzyłam na twarz. Patrzyłam na twarz, bo chciałam potwierdzić, że to jest ona ” – wspomina pani Stefania. Nie wiadomo, gdzie pochowano ciało dwudziestodwuletniej dziewczyny.

Nie wiemy jak Gitla wyglądała. Nie znamy jej życiorysu, marzeń ani planów. Jedyne ślady, jakie po niej pozostały, to wspomnienie pani Stefanii Gługiewicz i świadectwo szkolne Gitli, które moja rozmówczyni przechowywała przez ponad 70 lat. Pożółkły papier z wykaligrafowanymi ocenami.

Często podkreślamy, że dzięki działalności Pracowni Historii Mówionej udaje się ocalić skrawki pamięci. Mgliste wspomnienie postaci czy zdarzenia zawarte w jednym zdaniu. Czasami wyblakłe zdjęcie wyciągnięte z rodzinnego albumu lub podniszczony dokument. Jedyny ślad po istnieniu człowieka.

20151112_glugieiwczs_011