Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Teatr NN

Trzeba grać do końca. Opowieść o Adamie Głowaczu z fragmentem historii fabryki FSC i RKS Motor w tle

„Poza nagraniem” – blog Historii Mówionej. Odcinek dziesiąty.

Kiedy Adam Głowacz zaczyna pracę w FSC, nazywają go „inżynierem w spodenkach”. Ubiera się „po młodzieżowemu” i czesze się na Elvisa. Chociaż zajmuje wyższe stanowisko, zimą — jak większość pracowników — nosi kufajkę, drelichową kurtkę wypełnioną watoliną. Wyróżnia go żona w białym wartburgu, która czeka pod fabryką. Stefania odbiera męża z pracy. Fabryka Samochodów Ciężarowych w Lublinie to pierwsza i jedyna praca Adama Głowacza. Przepracował tam 40 lat. Realizował się potem jako społecznik. Był wieloletnim przewodniczącym Rady Dzielnicy Bronowice, radnym Radny Miasta Lublin III kadencji. Angażował się w rozwój Lublina, odkąd tu zamieszkał. Ponieważ nie był członkiem Partii, w wolnym czasie mógł się realizować tylko w działalności pozapartyjnej. I taką organizacją był Robotniczy Klub Sportowy „Motor”.

To był raj

— Ten Klub Sportowy „Motor” działał od początku fabryki — opowiada pan Adam w rozmowie z Piotrem Lasotą z Historii Mówionej. 

Według Głowacza najważniejszym sukcesem Motoru było zdobycie przez piłkarzy juniorów tytułu Mistrza Polski  i wybudowanie w czynie społecznym, przez załogę FSC stadionu przy Al. Zygmuntowskich dla żużla i piłki nożnej, z trybunami dla 20 000 widzów, a także stadionu przy ul. Kresowej. 

Stadion Motoru zapisze się w historii polskiej piłki nożnej.

Mecz Motoru Lublin na stadionie w Lublinie – wejście piłkarzy na płytę boiska. Fot. Jan Trembecki

Największe sukcesy Motoru przypadły na lata 80. i początek 90.

Na stadionie regularnie odbywały się mecze pierwszej ligi, a rekord frekwencji padł w 1983 roku. Świadkami zwycięstwa Motoru nad rzeszowską Resovią było około 30 tysięcy kibiców1.

O archiwalnych fotografiach dokumentujących działalność Motoru Lublin możecie przeczytać w artykule Patryka Pawłowskiego: „Motor Lublin – fotografia sportowa w obiektywie Jana Trembeckiego”.

Adam Głowacz: — Stadion na ulicy Kresowej został wybudowany pracą społeczną i stadion na Alejach Zygmuntowskich też [po przejęciu w 1961 roku stadionu przez RKS Motor, został on wyremontowany — dop. red.]. Pracą ludzi, [którzy] chętnie przyjeżdżali. Za pieniądze zostało zrobione tylko ogrodzenie, natomiast cała płyta, drenowanie — to wszystko było zrobione [pracą społeczną] oczywiście przy pomocy fabryki. […] Na mecze żużlowe przychodziło dziesięć, dwadzieścia i więcej tysięcy ludzi, podobnie i na mecze piłkarskie. To był taki raj — opowiada Adam Głowacz, którego wspomnienia zarejestrował szef naszego działu — Piotr Lasota. W naszym archiwum Historii Mówionej znajduje się 450 minut wspomnień Adama Głowacza

To było moje pierwsze wielkie działanie

Adam Głowacz jest synem działacza społecznego i przyjaciela premiera przedwojennej Polski Wincentego Witosa. 

Jak sam wspomina: — Ja swoje społecznikostwo zacząłem od dziecka w 1937 roku w taki oto sposób. Pasłem krowy na takim odludziu, w krzakach. Byłem pastuchem, bo byłem najmłodszy… — zaczyna swoją opowieść, która przenosi nas w czasie do wsi Żurawica, koło Medyki. Adam ma czworo rodzeństwa i osiem lat. Któregoś dnia, jak co dzień pasie krowy, kiedy niespodziewanie zjawiają się dwaj młodzieńcy z Politechniki Lwowskiej: — Ty jesteś synem Michała Głowacza? — pytają go. 

W odpowiedzi kiwa głową twierdząco. 

— Czy zachowasz w tajemnicy to, co ci teraz powiemy? — pada kolejne pytanie. 

Odpowiada, że tak. 

Wtedy jeden z chłopaków przekazuje w jego ręce zalakowaną kopertę z papierkiem w środku i każe mu ją ukryć. Adam chowa przesyłkę za pazuchę, bo innych kieszeni nie ma. 

— Pamiętaj, że masz to trzymać w tajemnicy do święta ludowego — zastrzegają młodzieńcy z Politechniki. 

Święto ludowe ma miejsce w Nienadowej koło Dubiecka. Ojciec Adama jako prezes powiatowy Stronnictwa Ludowego ma powziąć apel i decyzję o strajku chłopskim.

— I te dokumenty, które dali mi ci młodzi ludzie, to była właśnie deklaracja ogłoszenia strajku chłopskiego w roku trzydziestym siódmym. […] I wtedy miałem te dokumenty wręczyć ojcu — opowiada po latach Adam Głowacz. — I to było moje pierwsze wielkie działanie. Wręczyłem. Byłem bardzo dumny, że mogłem przemycić taki dokument i nikt mnie nie złapał.

Michał Głowacz, ojciec Adama jest aresztowany w sierpniu 1937 roku jako więzień polityczny. Ponieważ we wrześniu ruszają prace polowe, Adam chce porozmawiać z ojcem. Po przepustkę na widzenie idzie boso do Sądu Okręgowego. Przed prezesem Sądu stawia jasno swoje żądania i mówi, że chce spotkać się z ojcem, który jest tu niesłusznie aresztowany i on, jak dorośnie, będzie robił to samo, co robią obecne władze sądu. — Będę sądził właśnie takich ludzi jak wy — ośmiolatek mówi z pełnym przekonaniem. 

Sędzia słucha chłopca uważnie i prosi go o podejście do stołu: — Synku, twój ojciec nie jest więźniem, twój ojciec jest działaczem politycznym i jest szanowanym działaczem politycznym. A przepustkę zaraz ci wypiszę. 

Adam Głowacz pamięta tę scenę do dzisiaj: — Zwracam uwagę na kulturę. Nie wyobrażam sobie, żeby dzisiaj dziecko, stojąc przed obliczem jakiegokolwiek sędziego, było tak przyjęte, jak ja wtedy w roku 1937 w Przemyślu w Sądzie Okręgowym — dodaje. Ma dużo więcej wspomnień. Pamięta na przykład, że na wiecu w maju 1939 roku Wincenty Witos mówi o groźbie niebezpieczeństwa wojny i potrzebie mobilizacji. 

Adam jako syn społeczników, będących w pewnej opozycji do rządu, ale nie do ojczyzny, w szkole podstawowej musi uważać na ewentualnych szpiegów. Na szczęście dla Głowaczów takich nie ma. Za to wkrótce wybucha wojna. 

Nie czekaliśmy na Andersa na białym koniu

Po wojnie Adam Głowacz zdaje maturę w 1948 w słynnym „Słowaku” w Przemyślu. Liceum im. Słowackiego ma dobrą kadrę nauczycielską, dlatego Adam bez problemu zostaje przyjęty na Wydział Elektromechaniczny Politechniki Wrocławskiej. Po studiach, z nakazem pracy, w 1952 roku przyjeżdża do Lublina. Ma pracować w Fabryce Samochodów Ciężarowych w Lublinie, która jest wówczas jeszcze w trakcie budowy.

Do Lublina jedzie pociągiem, natomiast z dworca do fabryki — autobusem linii 1. Ma pracować jako inżynier elektryk. Idzie do gabinetu dyrektora. Ówczesny dyrektor FSC Hirszfeld jest niewysoki. Siedzi w głębokim fotelu i ledwie go widać zza biurka, za to słychać. Rozmawiają o perspektywach pracy Głowacza w FSC. — Proszę — dyrektor wręcza mu czek do wypłaty w kasie na zagospodarowanie na 600 złotych. To tzw. premia związana z rozpoczęciem pracy w fabryce. 

W tym samym roku, 1952 Adam Głowacz bierze ślub. Żeni się ze Stefanią. Z żoną poznali się we Wrocławiu. Miała wtedy piętnaście lat. Do kościoła we wsi Żurawica jadą furmankami z ustrojonymi końmi.

Wkrótce wprowadzają się do mieszkania przy ulicy Lotniczej w Lublinie. Osiedle zostało wybudowane z myślą o pracownikach fabryki i ich rodzinach. FSC zaczyna nabierać rozpędu.

Adam Głowacz po latach: — I dzięki tym młodym ludziom, mimo że okres był trudny, ten okres bandytyzmu stalinowskiego, to fabryka szybko nabierała rozpędu. […] Niezależnie od tej działalności propagandowej, istniał niepowtarzalny do dzisiaj stosunek do Polski. Że to jest Polska, że tę fabrykę trzeba budować, że wszystko trzeba zmieniać, i my to zmienimy. Nie czekaliśmy na Andersa na białym koniu, to chcę od razu powiedzieć, ale wiedzieliśmy, że to się kiedyś na pewno zmieni. Mieliśmy po dwadzieścia parę lat, ci młodzi inżynierowie, ci ekonomiści. 

Będziesz jeździć pięknym, nowym samochodem

Fot. Jacek Mirosław

W 1958 roku Adam Głowacz jako czynny działacz rady robotniczej dostaje propozycję objęcia stanowiska głównego inżyniera. Jest jeden warunek. Musi zapisać się do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Kiedy wraca do domu, spogląda na żonę i mówi: — Słuchaj, jak chcesz, możesz być dyrektorową, tylko musiałabyś być żoną towarzysza, członka Zjednoczonej Partii Robotniczej. Czy chcesz być żoną zwykłego inżyniera, czy dyrektorową?

— Wolę być żoną zwykłego inżyniera — Stefania się nie waha.

Oboje dobrze wiedzą, że funkcjonują talony na zakup samochodu z przydziału. Pierwszeństwo mają górnicy, przodownicy pracy i ważni działacze. Funkcja głównego inżyniera mogłaby zapewnić im auto.

— Wolę być żoną zwykłego inżyniera — powtarza Stefania.

— To ja ci obiecuję, że będziesz pierwsza jeździć pięknym, nowym samochodem po mnie do fabryki samochodów. 

Na przydział w Lublinie czeka wtedy około 30 wartburgów. Głowacz jest wówczas „szeregowym” inżynierem, któremu jedna myśl nie daje spokoju: — Jak się postarać, żeby dostać przydział.

Adam Głowacz składa wizytę wiceprzewodniczącemu Prez. Wojewódzkiej Rady Narodowej. Bolesław Nazimek, który pełni tę funkcję, jest delegowany z PSL-u. Żeby zdobyć jego sympatię, Głowacz raczy go swoją opowieścią o chłopskiej przeszłości i działalności ojca, a potem pyta o możliwość zakupu auta z przydziału.

— No to zobaczymy — oznajmia mu wiceprzewodniczący.

Dwa tygodnie później na liście przydzielonych wartburgów nie ma nazwiska Adama Głowacza. Wspomina po latach: — 28 wartburgów było, 24 zwykłe i cztery de luxe. Przyjechałem. Nie ma mnie na tej liście. I przez całe życie zawsze mówię tę zasadę Górskiego — „trzeba grać do końca”. Bo właściwie wtedy powinienem zwinąć manele i pójść do domu. Ale pomyślałem, że pójdę do tego pana Nazimka, choć mnie nie ma na liście.

W sekretariacie wiceprzewodniczącego siedzi urodziwa sekretarka. — Pan był u szefa, w jakiej sprawie? — spogląda na niego.

Głowacz wyjaśnia, że chodzi o przydział samochodu.

— I co, dostał pan?

— Nie dostałem.

— A szef obiecał panu?

— Obiecał.

Sekretarka nic nie mówi. Idzie prosto do gabinetu szefa. Wychodzi z uśmiechem i schodzi do Wydziału Handlu. Po powrocie spogląda na Głowacza: — Niech pan jeszcze chwileczkę zaczeka — mówi i otwiera drzwi gabinetu szefa. Kiedy wraca, oznajmia: — Proszę pana, nastąpiła jakaś nieładna rzecz, niech pan przyjdzie jutro.

Adam Głowacz wspomina: — Przyszedłem i znalazłem się [na liście] w miejsce jakiegoś lekarza z Lubartowa i w związku z tym dostałem pięknego, białego wartburga. Żona już miała prawo jazdy i rzeczywiście przyjeżdżała pod fabrykę po mnie jako kierowca pięknym wartburgiem. Był to pierwszy  nowy wartburg, prywatny pod fabryką samochodów. Takie miałem rzeczy przyjemne w życiu i dlatego jestem do tej pory z życia zadowolony.  

Młoda krew w fabryce dała również świeżą krew miastu

Fabryka Samochodów Ciężarowych. Fot. Jacek Mirosław

Adam Głowacz: — […] ta młoda krew w fabryce nie tylko dbała o fabrykę. Nie tylko dbała o swoje osiedle ZOR Tatary czy ZOR Bronowice, ale dała również świeżą krew miastu. Podkreślam to bardzo mocno. Miastu w sensie rozwoju kultury. […] Rektorem pierwszej inżynierskiej szkoły był pierwszy dyrektor inwestycji, Podkowa. Rektorem późniejszej już szkoły, Politechniki był też pracownik fabryki „od klepania Żuków”, pan Szabelski. Także powstanie fabryki było ogromnym zastrzykiem dla rozwoju Lublina. […] Dzięki Fabryce powstał wielki Zalew Zemborzycki. To były prace społeczne i to nie był — znowu chcę podkreślić, to nie był przymus. Myśmy na te prace społeczne jeździli wesoło. Każdy wziął kiełbasę, pół litra i ten Zalew był budowany z taką przyjemnością. Tak że Fabryka była praktycznie wszędzie.  

Od początku istnienia fabryki działa też Klub Sportowy. — Został zorganizowany przez dyrektora Hirszfelda [w oparciu o] pracowników Fabryki Maszyn Rolniczych. Pracownicy Fabryki, członkowie tego klubu, który nazywał się chyba „Plon” pierwsi przeszli do fabryki [Samochodów Ciężarowych]. Oni byli zalążkiem — dodaje Adam Głowacz. 

Dzisiejszy Robotniczy Klub Sportowy „Motor” nazywał się na początku „Stalą”. „Motorem” jest od 1957 roku.

Motor Lublin

— Byłem jego prezesem przez 10 lat — Adam Głowacz ma na myśli Klub Sportowy. Prezesem Motoru zostaje w 1967 roku. Dyrektorem fabryki jest wówczas Gustaw Krupa.  Krupa objął stanowisko w FSC w 1962 roku. Prywatnie jest sympatykiem sportu. 

Jak w rozmowie Historii Mówionej stwierdził po latach Adam Głowacz — dyrektor Krupa od razu stawia działaczom sportowym zadaniem: fabryka ma wspierać działalność klubu, ale klub ma odwdzięczyć się załodze i miastu w postaci swoich wyników. 

Kiedy w 1967 roku Głowacz obejmuje funkcję prezesa Klubu, pełni funkcję kierownika Wydziału Urzędu Dźwigowych fabryki. Towarzyszy mu wizja zorganizowania klubu wielosekcyjnego, na dobrym poziomie sportowym. 

Adam Głowacz wspomina: — A więc było to jednoznaczne polecenie, że trzeba wybrać jakąś jedną, dwie dyscypliny, które będą miały znaczenie reklamowe, i pokazywały fabrykę dla całego miasta, że to jest nie tylko zbiór roboli, ale że również świadczą jakieś usługi kulturalne dla miasta. I zostały wybrane trzy sekcje jako wiodące. Klub był wielosekcyjny, ale wiodącymi sekcjami została piłka nożna, boks i żużel. 

Mecz żużlowy w Lublinie na stadionie przy alejach Zygmuntowskich – na linii startu

W lubelskim środowisku notabli lubelskiego sportu Robotniczy Klub Sportowy Motor „śmierdzi” towotem i maszynowym smarem. Większość sympatyzuje z WKS Lublinianką. Głowacz planuje to zmienić. Wie, że zmiana mentalności może nastąpić tylko dzięki sukcesom sportowym Motoru.   

— Motor może być najlepszym klubem Lubelszczyzny — Głowacz powtarza głośno. Stawia sobie zadania, między innymi pozyskanie środków finansowych, szkolenia i dobrą organizację. Wiodące sekcje to piłka nożna, żużel, boks i tenis stołowy. Żeby uzyskać najlepsze wyniki, należy stworzyć dobrą kadrę piłkarską, w której skład wejdą głównie właśnie wychowankowie, a do tego potrzebna jest własna, dobra baza szkoleniowa, trener, kierownik drużyny, lekarz. Do tego należy premiować zawodników za dobrą grę. 

Z koszyczkiem białego bzu

Po awansie drużyny Motoru do II ligi Adam Głowacz udaje się do dyrektora fabryki. — Potrzebujemy samochodu — oznajmia w gabinecie dyrektora Krupy. Głowacz argumentuje zakup: — Wypada, żeby drużyna jeździła porządnym samochodem. 

— Niech pan jedzie do Warszawy — dyrektor wyraża zgodę. Krupa, który słynie z dżentelmeńskich zachowań, przed wyjazdem daje inżynierowi Głowaczowi radę: — Jak przyjedziesz do Warszawy załatwiać ten samochód dla sportu, to tylko nie zapomnij, żebyś poszedł do pani sekretarki i pani sekretarce kupił ładne kwiaty.

Adam Głowacz jedzie do Warszawy z kolegą. Po drodze musi kupić kwiaty, ale okazuje się, że znalezienie białego bzu w lutym jest nie lada wyzwaniem. Udaje się. Z koszyczkiem kwiatów meldują się u sekretarki ministra. Ministrem przemysłu jest wówczas Janusz Hrynkiewicz. Bukiet robi wrażenie na sekretarce. — Proszę panów, pan minister ma teraz delegację jugosłowiańską, ale załatwię jakoś, żeby się z panami spotkał — mówi sekretarka i zaprasza ich na herbatę. — Proszę się poczęstować i ja panów poproszę — dodaje. Nie zdążyli wypić herbaty, a drzwi sekretariatu znowu się uchyliły. Minister spotkanie z delegacją jugosłowiańską przekazał swoim pracownikom, a sam zaprasza do gabinetu przedstawicieli FSC. Przydział na samochód dostają od ręki. 

— Wiecie co, wy dla fabryki urządzajcie imprezy, sportowe, spartakiady, co będziecie chcieli — dodaje minister. — A za to fabryka musi wam płacić. Nie finansowo, ale będzie płacić wam utrzymaniem zawodników.

Adam Głowacz po latach: — I z dyrekcją fabryki współpracowaliśmy bardzo dobrze, bo za sprawą ministra te dwa stadiony wybudowane czynem fabrycznym, które były własnością klubu, przekazaliśmy fabryce. Fabryka stała się właścicielem czy dzierżawcą, świadczyła konserwację dla klubu i było już dużo łatwiej. Juniorem wtedy był na przykład Władysław Żmuda, jeden z „orłów Górskiego”, i wtedy nasi juniorzy zdobyli mistrzostwo Polski. Na te zawody przyjechał prezes PZPN-u, polskiego związku piłkarskiego. Nazywał się chyba pan Ociepka i wtedy był [jednocześnie] Ministrem Spraw Wewnętrznych, a więc taka wysoka szycha…

Stadion miejski MOSiR przy Alejach Zygmuntowskich w Lublinie. Fot. Jacek Mirosław

Juniorzy Motoru — mistrzami Polski. Lublin, 11 lipca 1971

Od kilku dni w całej Polsce panuje słoneczna i upalna pogoda. W niedzielę 11 lipca termometry wskazują w ciągu dnia 29 stopni. Zachmurzenie jest niewielkie, wiatr słaby i umiarkowany. 

Adam Głowacz szykuje się na mecz. Pierwszy zostanie rozegrany o 15:30, drugi o 17. Oba na stadionie przy Al. Zygmuntowskich. — To dwa ostatnie mecze piłkarskiego turnieju juniorów o mistrzostwo Polski — mówi głośno.

W pierwszym meczu zmierzą się Warta Poznań z ŁKS, a w drugim Motor ze Stalą Kluczbork. To ogromna szansa dla młodych piłkarzy lubelskiej drużyny. Mają szansę powtórzyć sukces juniorów Lublinianki, którzy jeszcze przed wojną, w 1939 roku zdobyli tytuł mistrza Polski, pokonując wówczas Wisłę Kraków. 

— W sporcie wszystko jest możliwe — mówi Adam Głowacz. Dryń, dryń. Podnosi słuchawkę telefonu. Po drugiej stronie słyszy głos Kazimierza Wójcika, ówczesnego prezesa Lubelskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej: — Prezes PZPN-u jest w Lublinie, coś z nim trzeba zrobić — myśli głośno. Rozmawiają jeszcze chwilę. Adam Głowacz odkłada słuchawkę i wykręca numer dyrektora Krupy: — Jest prezes, trzeba mu dać odznakę zasłużonego dla FSC — proponuje.  Do meczu jest jeszcze kilka godzin. W szybkim czasie udaje się przygotować odznakę i dyplom. Prezesa PZPN-u przyjmuje z honorami jeden z dyrektorów FSC w fabryce. 

— Co dalej robić z panem prezesem?  — zastanawia się Kazimierz Wójcik. Z odpowiedzią przychodzi Adam Głowacz i zabiera prezesa na Stare Miasto w Lublinie. Prowadzi go do kościoła ojców dominikanów przy ulicy Złotej. — Tam są piękne malowidła — tłumaczy w drodze. Prezesowi towarzyszy małżonka. Na chwilę przed wejściem do kościoła, rzuca spojrzenie na Adama Głowacza i mówi: — Jeszcze nikt nas nie oprowadzał po kościołach — przyznaje i idą dalej. 

Przed meczem z udziałem juniorów Motoru atmosfera jest gorąca. Na kilka godzin przed decydującym spotkaniem nic jeszcze nie jest pewne. — Wierzymy jednak, że podobnie jak i w poprzednich spotkaniach zagrają oni z pełną ambicją i poświęceniem, aby tej szansy nie stracić — komentuje dziennikarz Kuriera, a nadzieję na mistrzostwo dają ostatnie wygrane piłkarzy Motoru. Znawcy piłki są zachwyceni zwłaszcza piątkowym meczem piłkarzy Motoru z Wartą. — Juniorzy Motoru przeprowadzili wiele takich akcji ofensywnych, które nieczęsto ogląda się na lubelskich boiskach — relacjonuje dalej dziennikarz Kuriera. 

Juniorzy Motoru rozpoczynają mecz z rozmachem. Nie dają szans przeciwnikowi. A Adam Głowacz patrzy z trybun.

— Motor, Motor my czekamy na strzelenie pierwszej bramki — skandują kibice Motoru.

W 8 minucie Krawczyk decyduje się na strzał z dalszej odległości. Wydaje się, że bramkarz bez trudu złapie piłkę. Przepuszcza ją między rękoma.

— Gol! Robotniczy Klub Sportowy! — skandują kibice. Krzyczą jeszcze głośniej, gdy w 14. minucie meczu, bramkarz gości puszcza drugiego gola. Jego zdobywcą jest Stawiszyński. 

Przez pierwszych 30 minut piłkarze Motoru toczą zacięty pojedynek z drużyną Metalu Kluczbork, która ma taką samą szansę na tytuł mistrza.

Nie jest to mecz tej klasy, co piątkowe spotkanie z Wartą Poznań, ale liczy się wynik. Juniorzy są zmęczeni po poprzednim meczu, ale dają z siebie wszystko. W pełni realizują plan taktyczny i ani na chwilę nie oddają szans piłkarzom gości. 

Jednak po zdobyciu dwóch bramek piłkarze Motoru zwalniają, oddając inicjatywę przeciwnikowi. W 39. minucie Motor traci bramkę, ale niewiele brakuje, by na pół minuty przed przerwą Stawiszyński zdobył 3 gola. Piłka trafia jednak w słupek. 

Trzecia bramka dla Motoru pada w 53. minucie. Szalak strzela z rzutu wolnego. Piłka uderza w nogę obrońcy i myli bramkarza, wpadając do siatki.

W trzecim decydującym o tytuł mistrzowski spotkaniu z Metalem Kluczbork Motor wygrywa 3:1. Trener drużyny Jerzy Adamiec, Jan Golan i działacze odbierają gratulacje.

— Dziękujemy — mówi Adam Głowacz. Nie kryje dumy ze zwycięstwa podopiecznych FSC.

— A oto zwycięski zespół Motoru: Mariusz Korczyński, Mieczysław Szalak, Bogdan Kałkus, Marek Skrzypczyński, Sławomir Kozłowski, Marek Marciniuk, Ryszard Szyba, Mirosław Biernacki, Jerzy Krawczyk, Zbigniew Stawiszyński, Jan Mrozik, Waldemar Wiater, Tadeusz Szymański, Antoni Piasecki, Dariusz Wojna, Władysław Żmuda, Marek Łukasiewicz, Janusz Kaźmierczak. 

Tuż po zakończonym meczu ma miejsce uroczystość rozdania nagród. Wiceprezes Polskiego Związku Piłki Nożnej Stanisław Nowosielski wręcza piłkarzom główne trofeum. Piękny, kryształowy puchar. Piłkarze otrzymują też koszulki o barwach narodowych z orłem2

Co myśmy zyskali na RKS Motor?

Adam Głowacz prezesuje Motorowi do 1971 roku. Pełni tę funkcję także w latach 1973-1974. Mecze Motoru gromadziły na trybunach tysiące widzów, a po zwycięskim meczu Motoru Załogę fabryki ogarniał entuzjazm przejawiający się następnego dnia większą wydajnością w pracy3.

Adam Głowacz: — Co myśmy zyskali na RKS Motor? A więc RKS Motor, przede wszystkim dla fabryki dał dobrą wizytówkę w skali kraju, bo to był Klub Sportowy Motor, czy Robotniczy Klub Sportowy Motor przy Fabryce Samochodów, i kiedy on był w pierwszej lidze, w drugiej lidze, to o tym się dowiadywał i minister, i wszyscy inni. I w związku z tym załoga dostawała — nie jakieś tam specjalne premie, ale w każdym razie była oceniana troszkę inaczej, niż taka załoga, która się niczym takim nie mogła pochwalić. Klub Sportowy Motor poszerzył zasięg przeżyć kulturalnych w samym mieście Lublinie, bo na te zawody — pierwszo czy drugoligowe — przychodziły tysiące.

Mecz Motoru Lublin na stadionie w Lublinie – twarda walka o piłkę. Fot. Jan Trembecki

To już się mówi, że dwadzieścia, trzydzieści tysięcy — trzeba było podwyższać trybuny. I społeczeństwo Lublina też miało przez jakiś czas wielkie zadowolenie, że w Lublinie jest taka drużyna, oglądają innych zawodników, z innych drużyn, także mecze międzynarodowe. A więc ta działalność była opłacalna dla dwóch stron — i dla fabryki, i dla mieszkańców Lublina. I to, że Lublin jest tym, kim jest teraz, w tej chwili, to jest też zasługa działalności kulturalno-sportowej Fabryki Samochodów.

A Adam Głowacz? W 2018 roku w rozmowie z Piotrem Lasotą mówi: — Tak w skrócie wygląda życiorys dawniej wsiowego chłopaka, pastucha i obecnie działacza społecznego na Bronowicach. Swoje życie, uważam, miałem bardzo piękne i wszystkim innym ludziom życzę tego samego, każdemu młodemu człowiekowi życzę, ażeby miał podobny życiorys. 

Adam Głowacz zmarł w 2023 roku w wieku 94 lat.

  1. http://stadiony.net/stadiony/pol/stadion_mosir_bystrzyca, [dostęp: 2.7.2024] ↩︎
  2. (Now.), Juniorzy Motoru – mistrzami Polski, Kurier Lubelski, R. 15 nr 162 (12 lipca 1971). ↩︎
  3. Czesław Matuszek, Motor, motor my czekamy…, Lublin 2016, s. 20 ↩︎