Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Teatr NN

„Jak to się dzieje, że jest we mnie radość i ból równocześnie”. Lublin Julii Hartwig

Jarosław Mikołajewski napisał tuż po śmierci Julii Hartwig: „poetką była i jest, bo pozostawiła nam niewiarygodnie piękne wiersze. Rozkochane w kruchych ludziach i ich kruchym świecie”*. 

Julia Hartwig w Lublinie, 2006 rok, fot. Joanna Zętar

Paweł Próchniak pisząc o poezji Julii Hartwig we wstępie do tomu Koleżanki i inne wiersze lubelskie zauważa:

Julia Hartwig pisała wiersze mądre, uważne, dyskretne. Była ostrożna i oszczędna. Nie wyostrzała dramatycznych tonów. Nie szukała efektów. (…) Pisała wiersze wierne poruszeniom serca, wierne scenom i obrazom – ulotnym, żyjącym tylko w rozbłysku. Wierne czemuś niewiadomemu, co tli się w nas i jest jak spełniająca się obietnica, o której zapomnieliśmy. Te poruszenia wrażliwości są poruszeniami świata. Przydają rzeczom i zdarzeniom istnienia. Uczą je trwać. Nam otwierają oczy na to, co zaciera się i znika.

[Paweł Próchniak, Okruchy życia, w: Julia Hartwig, Koleżanki i inne wiersze lubelskie, Lublin 2017, s. 4]

Ta wierność ludziom, scenom i obrazom w sposób szczególny widoczna jest w wierszach i tekstach prozatorskich Julii Hartwig poświęconych Lublinowi.

„Kochamy miasto rodzinne za wspomnienia naszego dzieciństwa i młodości” – napisała Julia Hartwig we wstępie do albumu fotograficznego Edwarda Hartwiga pt. Lublin i okolice. Wspomnienie.

Minęły dziesiątki lat, a ja wciąż oglądam dziecinnymi oczami skwer na placu Litewskim i nieprzebyty w swoim ogromie dla dziecięcych nóg Ogród Saski, zachwycają mnie wyczyszczone do blasku litery na Hotelu Europejskim, wdycham mocny zapach mielonej kawy, dolatujący z eleganckich sklepów kolonialnych w pobliżu kościoła Kapucynów, czuję na języku niezapomniany smak czekoladowych ciastek od Semadeniego, mam w uszach zgiełk panujący w dni targowe na Świętoduskiej i urzeka mnie wspomnienie ożywionego ruchu w okolicy ulicy Lubartowskiej, gdzie kupcy żydowscy w czarnych kapeluszach i w chałatach namawiają przechodniów do odwiedzenia ich ciasnych sklepików, pełnych wszelkiego handlowego dobra.

[Julia Hartwig, Lublin niezapomniany, w: Lublin i okolice. Wspomnienie, Lublin 2004]

To niezwykłe, pełne szczegółów, zapamiętanych miejsc, wrażeń, zapachów i dźwięków wspomnienie kilkunastoletniej dziewczyny oddaje międzywojenną atmosferę centrum miasta, w którym Poetka dorastała. Wrażliwość na otaczający świat była z pewnością powodem zainteresowania poezją. Julia Hartwig jako uczennica gimnazjum im. Unii Lubelskiej zadebiutowała na łamach międzyszkolnego czasopisma „W Słońce” w maju 1936 roku. W numerze 1 czasopisma na stronie 14 ukazał się wiersz bez tytułu, który rozpoczynał się od wersu: „Ktoś zgubił słowo poezja”. W kolejnych numerach czasopisma ukazały się jeszcze trzy wiersze Julii Hartwig: Wiersz muzyczny w 1937 roku, Samotni ludzie w 1938 roku, oraz Pieśń o zaginionych w 1939 roku.

Zygmunt Mikulski, przyjaciel poetki z lat młodości, zapamiętał jedno z pierwszych spotkań redakcji „W Słońce”, które odbyło się w 1936 roku. Opisał je w książce Tamten Lublin:

Na (…) posiedzeniu (redakcji) zetknąłem się z osobliwością Lublina: piszącą wiersze czternastoletnią uczennicą gimnazjum Unii Lubelskiej. Było to tym dziwniejsze, że owe czternaście lat legitymowała się warkoczykiem, kokardą i obliczem wyjętym wprost z wierszyka o Czerwonym Kapturku, więc kiedy słyszało się strofy nie wierszyka, ale wiersza, można było samą rzeczywistość posądzić o dobry żart.

W innym tekście pt. Hartwiżanka spuentował całe wydarzenie następująco: „Nazywała się Julia Hartwig. Sensacja. Czternastoletnia i już autorka”. [Zygmunt Mikulski, Tamten Lublin, Lublin 1975, s. 137., Tenże, Hartwiżanka, za: „Scriptores”, nr 40, 2011, s. 75]

 

Sama Poetka po latach o wierszach publikowanych w czasopiśmie wypowiadała się z dużym dystansem. W rozmowie z Agatą Koss powiedziała: „Debiutowałam kilkoma, pożal się Boże, wierszykami. (…) Naprawdę nie było się czym chwalić. Niewiele wiedziałam wówczas o poezji współczesnej i próbowałam pisać, nie mając żadnej niemal kultury literackiej”. [Ciekawość świata, Z Julią Hartwig rozmawia Agata Koss, za: „Scriptores”, nr 40, 2011, s. 103]

Ciekawym zjawiskiem było samo czasopismo „W Słońce” skupione początkowo wokół Józefa Łobodowskiego, a po reaktywacji wokół Jerzego Pleśniarowicza.  Pleśniarowicz pozostawał w bliskich kontaktach z Józefem Czechowiczem, który dla młodych redaktorów był ważną postacią ze świata literackiej awangardy. Tomasz Pietrasiewicz w „Scriptores” poświęconym Julii Hartwig napisał o czasopiśmie:

Uczniowskie pismo „W Słońce” powstało w Gimnazjum im. Jana Zamoyskiego w roku szkolnym 1928/1929 z inicjatywy nauczyciela tej szkoły, Pawła Gduli. Pomysł podchwycił Józef Łobodowski, który był wtedy uczniem siódmej klasy tego gimnazjum. Ukazało się co najmniej siedem numerów „W Słońce”, ale później pismo upadło. W kolejnych latach było kilkakrotnie reaktywowane – zachowane numery świadczą o dużej nieregularności tych prób. Dopiero w 1939 roku udało się zebrać międzyszkolny zespół redakcyjny, który utrzymał wydawanie „W Słońce” do wybuchu II wojny światowej; w latach 1936-1939 ukazało się w sumie pięć numerów pisma”.

[za: „Scriptores”, nr 40, 2011, s. 9]

Czasopismo było ważnym, ale nie jedynym elementem lubelskiego okresu życia Julii Hartwig. Wydaje się że w tym czasie najważniejsza dla przyszłej poetki była szkoła, ściślej gimnazjum im. Unii Lubelskiej, w którym Julia Hartwig w 1939 roku zdała maturę. Podczas jednego z pobytów w Lublinie poetka powiedziała: „Jeśli chodzi o szkołę, to należę do tych osób, które mają bardzo dobre wspomnienia szkolne”.

W cytowanej wyżej rozmowie z Agatą Koss, Julia Hartwig rozwinęła tę myśl:

Aktywnym ośrodkiem życia była (…) moja ówczesna szkoła, Gimnazjum imienia Unii Lubelskiej, uważane za najlepszą żeńską szkołę średnią w Lublinie. (…) Ze szkoły wyniosłam poczucie godności obywatelskiej, co dziś wydaje się zamierzchłym przeżytkiem, i umiejętność współżycia z otoczeniem.

[Ciekawość świata, Z Julią Hartwig rozmawia Agata Koss, za: „Scriptores”, nr 40, 2011, s. 103].

Opowieść o szkole, z wieloma szczegółami dotyczącymi życia szkolnego oraz wspomnieniami o uczennicach i nauczycielach Julia Hartwig kontynuowała podczas nagrania dla Programu Historia Mówiona realizowanego przez Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”:

To była naprawdę świetna szkoła. Tam były takie osoby na przykład jak pani Chałubińska, która była wnuczką słynnego zakopiańskiego doktora, Chałbińskiego. Fizyki uczyła pani Woszczerowicz, która była siostrą Jacka Woszczerowicza. To byli ludzie ogromnie oddani. Ci profesorowie rzeczywiście swój czas oddawali uczniom. (…) Poza tym duch, jaki panował w szkole, był bardzo piękny. Bo z jednej strony, uczono pewnej dyscypliny, ale ona nigdy nie była wyrażana w jakiś drastyczny sposób. Prawdę mówiąc, ten kto przychodził do gimnazjum, jak gdyby z góry miał takie zobowiązanie, że ma się zachowywać jak należy. Jeżeli nie był dostatecznie przygotowany do tego w domu, to mógł się tego nauczyć w szkole, obserwując dorosłych, obserwując także innych kolegów. Mieliśmy bardzo różny status społeczny. Miałam koleżankę, która była córką prezydenta miasta, a równocześnie miałam koleżankę, której matka była dozorczynią w jakiejś kamienicy. Ale tych różnic się nie czuło, bo jeżeli nawet na początku można było wyczuć pewne braki u kogoś, to one się bardzo wyrównywały. No i przede wszystkim to, czego dzisiaj zupełnie nie ma – to jest to, że szkoła wychowywała w duchu bardzo obywatelskim. I mówię „obywatelskim”, a nie ani narodowym, ani państwowym, tylko właśnie obywatelskim”.

[wypowiedź z Archiwum Programu Historia Mówiona]

 

Studniówka uczennic gimnazjum im. Unii Lubelskiej. Na zdjęciu m.in. Julia Hartwig (w drugim rzędzie od dołu siedzi w środku), Róża Rubinfajer (na samym dole, pierwsza z lewej) oraz Maria Rechtszaft (górny rząd, druga z prawej).

Do tej samej szkoły wraz z Julią Hartwig uczęszczały Anna Kamieńska, Hanna Malewska i Anna Szterfinkiel. Jednak to Reginkę i Miriam wspomina Julia Hartwig w wierszu Koleżanki, opublikowanym po raz pierwszy w 2004 roku w tomie Bez pożegnania. Są to żydowskie koleżanki poetki, które:

Trzymały się razem
i razem wychodziły z klasy przed lekcją religii.

Obie bohaterki wiersza to postaci autentyczne. Miram to zdrobniałe imię Marii Rechtszaft, a Reginka to Róża Rubinfajer. Łacinniczka opisana w wierszu to Pani Pliszczyńska.

Ostatni raz spotkałyśmy się niespodziewanie u wylotu Lubartowskiej,
na granicy świeżo utworzonego getta

napisała Julia Hartwig w tym samym wierszu. Nieznane są wojenne losy obu dziewcząt. Miejsce opisane przez poetkę to także miejsce autentyczne. Prawdopodobnie bohaterki wiersza spotkały się tuż obok bramy prowadzącej do lubelskiego getta, która znajdowała się nieopodal skrzyżowania ulic Kowalskiej i Lubartowskiej. Dziś nieopodal tego miejsca, na ścianie jednego z budynków, znajduje się tekst wiersza Koleżanki.

Na początku II wojny światowej Julia Hartwig przebywała w Lublinie, następnie w majątku Struża, gdzie pracowała jako domowa nauczycielka. W 1940 roku zdecydowała się wyjechać do Warszawy aby studiować na tajnym uniwersytecie. W tym czasie Julia Hartwig była łączniczką Szarych Szeregów. Jednak po wizycie gestapo w mieszkaniu, w którym się zatrzymała, opuściła Warszawę i wyjechała do Kalinówki gdzie do zakończenia wojny przebywała w leśnictwie zarządzanym przez wuja jej przyjaciółki – Anny Kamieńskiej.

Po zakończeniu wojny Julia Hartwig wróciła na chwilę do Lublina. W 1944 tutaj zaczęło się odradzać życie literackie. Tu miały swoje siedziby m.in. redakcje „Rzeczpospolitej” i Polskiego Radia. W Lublinie, jeszcze we wrześniu 1944 roku odbyło się pierwsze inauguracyjne zebranie Związku Zawodowego Literatów Polskich, niedługo potem ukazał się pierwszy numer tygodnika literackiego „Odrodzenie” i to tutaj opublikowano pierwsze tomiki poetyckie. Tu też spotykali się redaktorzy pisma „W Słońce”, którzy przez całą wojną utrzymywali ze sobą kontakty. Spotykali się m.in. w mieszkaniu Hartwigów na Narutowicza 23, by rozmawiać o poezji i sztuce, a także wymieniać między sobą przeczytane książki. W dniu 3 września 1944 roku Julia Hartwig i Anna Kamieńska zorganizowały poranek autorski, którego gościem był Julian Przyboś. Poranek miał miejsce w budynku przy ul. Radziwiłłowskiej 9 – w tymczasowym miejscu zamieszkania literatów. W 1945 roku w Lublinie został wydany Wybór wierszy poetów lubelskich, w którym Julia Hartwig opublikowała pięć utworów.

Rok później, na łamach czasopisma „Kuźnica” ukazał się pierwszy wiersz Julii Hartwig poświęcony Lublinowi. Jest to wiersz Lublin 1946, w którym poetka pisze:

Kołyszą mnie wzdłuż ulicy twe dzwony
odlane z gorącego jeszcze armatniego huku.

Wątek końca wojny w Lublinie pojawia się w wierszu Victoria opublikowanym znacznie później, w 2004 roku, w tomie Bez pożegnania:

Dlaczego pisane mi było żebym na głównej ulicy Lublina
na widok wchodzących oddziałów z czerwonymi gwiazdami
płakała z radości że nie usłyszę już znienawidzonego Raus! i Halt!

Ostatecznie jednak Julia Hartwig zadecydowała się zamieszkać w Warszawie. W tekście Radość z zaułka poetka wyjaśniała jeden z powodów tej decyzji: „Lublin nie był już tym samym miastem co niegdyś, co przed wojną. Utworzenie getta, wymordowanie Żydów i zniszczenie Starego Miasta było zbrodnią dokonaną nie tylko na ludziach, ale i na micie Lublina, na moich własnych wspomnieniach dzieciństwa”. [Julia Hartwig, Radość z Zaułka, za: „Scriptores” nr 40, 2011, s. 221]

Do tego wątku Poetka nawiązuje w cytowanym już w wierszu Lublin 1946:

Miasto rodzinne pod niebem
jak zatopione na dnie jeziora

W tym samym wierszu żegna się z miastem rodzinnym słowami: „ale już pora odciąć pępowinę co mnie z tobą wiąże” i dalej: „Wyciekają tu ze mnie lata o najczerwieńszej krwi”.

Po raz pierwszy po wielu latach Julia Hartwig wróciła do Lublina w 1978 roku z okazji wieczoru autorskiego, który odbył się w Muzeum Czechowicza. Był to powrót z pewną obawą, o której powiedziała w rozmowie z Emilią Olechnowicz:

Jestem bardzo przywiązana do Lublina, ale to przywiązanie ma różne etapy. Po wojnie bardzo długo nie miałam odwagi pojechać do Lublina, mimo że tam mieszkała nadal część mojej rodziny i na cmentarzu mam pochowanych moich bliskich. Bałam się widoku miasta, przede wszystkim Starego Miasta, tego, że ono jest zmienione, pozbawione swojego charakterystycznego wyglądu, zapachu.

[Miasto mojego dzieciństwa, z Julią Hartwig rozmawia Emilia Olechnowicz, „Tygodnik Powszechny” 2011, nr 25, s. 39.]

 

 

Ten wygląd i zapach związany był przede wszystkim ze Starym Miastem:

Z Lublina najgłębiej pamiętam Stare Miasto. Jego tajemniczość, w dużej mierze wynikająca z tego, że zamieszkiwała je biedota żydowska o zamkniętej obyczajowości. A także dlatego, że Stare Miasto było tak piękne architektonicznie, takie naprawdę stare i urodziwe, oddzielone dwiema wielkimi wieżami od reszty miasta, w gruncie rzeczy nieciekawego w swojej ruchliwej krzątaninie. Tak, Stare Miasto jest tym, co w mojej pamięci wciąż żyje, jest obrazem na zawsze zatrzymanym pod powiekami. Temu światu oddał sprawiedliwość wzruszenia Józef Czechowicz. I dziś, czytując jego „Stare kamienie”, utwierdzam w sobie poetycki obraz, który już częściowo stał się także mój.

[Ciekawość świata, z Julią Hartwig rozmawia Agata Koss, za: „Scriptores”, nr 40, 2011, s. 102].

W cytowanej już rozmowie z Emilą Olechnowicz poetka odniosła się do współczesnego Starego Miasta: „Stare Miasto ubrało się w inną tradycję, zaczęło żyć innym życiem: życiem architektury, życiem nastroju, jaki panuje na ulicach, życiem ludzi, którzy tam mieszkają”. [Miasto mojego dzieciństwa, z Julią Hartwig rozmawia Emilia Olechnowicz, „Tygodnik Powszechny” 2011, nr 25, s. 39.]

W 1999 roku w tomie Zobaczone Julia Hartwig publikuje wiersz Jest takie miasto, w którym nawiązuje do architektury odbudowanego Starego Miasta, które nie jest już takie jak zapamiętane, przedwojenne:

Jest takie miasto gdzie wszystko jest moje
ale nic mi nie przynależy nawet własna tożsamość
roztopiona w perłowej szarości architektury nieba i rzeki

Ważnym elementem wspomnień Julii Hartwig o Lublinie jest jego wielokulturowość, a przede wszystkim obecność w mieście społeczności żydowskiej.

Kiedyś wiedziałam, że jeśli pobiegnę w sobotę na Stare Miasto, zobaczę zapalone świece w oknach. A w Boże Ciało wiadomo było, że będzie szła jedna z najokazalszych procesji katolickich i wówczas Żydzi znikają z ulic, przesiadują w domu, nie ze strachu – ponieważ, o ile ja pamiętam, nigdy nie było takich problemów w Lublinie – ale z poczucia dyskrecji. Bardzo ważnym elementem religii żydowskiej jest zachowanie odrębności, więc wszelka interwencja z zewnątrz była niemożliwa i niepożądana. Lublin był miastem pogranicznym, w którym spotykały się religie, języki.

[Miasto mojego dzieciństwa, z Julią Hartwig rozmawia Emilia Olechnowicz, „Tygodnik Powszechny” 2011, nr 25, s. 39.]

W innej rozmowie poetka dopowiada: „Stare Miasto to moja prywatna Pompeja; po zaginionych ludziach pozostały tylko resztki wciąż coraz bardziej marniejących murów”. [Ciekawość świata, Z Julią Hartwig rozmawia Agata Koss, za: „Scriptores”, nr 40, 2011, s. 102]

Do wspomnień związanych ze zniknięciem z przestrzeni miasta dzielnicy żydowskiej i jej mieszkańców odnosi się poetka w wierszu Ja wspomnień tych się boję opublikowanym w tomie Obcowanie w 1999 roku. Pisze tam: „wchodzimy przez próg zgliszczy przez mury lat wyniosłe”.

Podczas spotkania autorskiego Czy warto być poetą? w 1992 roku w Bramie Grodzkiej o tym wierszu Julia Hartwig powiedziała: „To takiej dzielnicy miasta, jaka kiedyś tutaj była, w tym miejscu, gdzie jesteśmy w tej chwili, gdzie jest i cerkiew, i kościół, i były domy modlitwy żydowskiej”. [fragment z zapisu spotkania z Julią Hartwig w Ośrodku „Brama Grodzka – Teatr NN”, za: „Scriptores:, nr 40, 2011, s. 206]

Motyw żydowskiego miasta, którego nie ma, w miejscu którego wszystko staje się ciszą, miejscu pozornie rzeczywistym a jednak nieokreślonym poetka wraca w wierszu W drodze, opublikowanym w tomie Bez pożegnania z 2004 roku:

Na cmentarzu żydowskim
są najstarsze drzewa

Kruk
kantor oniemiały
nie śpiewa

Lublin nie był już dla Julii Hartwig tym samym miastem co przed wojną. Wojna dokonała poważnych zmian na micie Lublina, na wspomnieniach dzieciństwa: „Wszystko jest jak było. Nic nie jest jak było” [Powrót do domu dzieciństwa]. W rozmowie z Emilą Olechnowicz poetka dodaje: „Wydawało mi się, że już nigdy nie odzyskam wspomnienia miasta, w którym się urodziłam”. [Miasto mojego dzieciństwa, Z Julią Hartwig rozmawia Emilia Olechnowicz, „Tygodnik Powszechny” 2011, nr 25, s. 39.]

Ale:

Z czasem jednak dokonała się we mnie jakby mitologizacja Lublina. Stąd m.in. „Elegia lubelska”. Poczułam się winna wobec tego miasta, przepięknego i ciepłego ciepłem kresowej prowincji. Kto się tam wychował, słyszał różne języki, stykał z tradycją rosyjską, ukraińską, żydowską. Kiedy tam powracam, czas dzieciństwa, które spędziłam w tym mieście, wydaje mi się znów godzien wskrzeszenia.

[Z wierszem trzeba poczekać, z Julią Hartwig rozmawia Marek Radziwon, „Gazeta Wyborcza” 2003, nr 222, s. 14.]

Wiersz Elegia lubelska rozpoczyna się od słów:

Lublin
jeszcze nie kresy a już kresy
haftowane ręczniki na stołach święte obrazki na ścianach
na jednych ikony na innych Jezus o płonącym sercu
pienia nabożne w różnych językach
i nieme powietrze w którym zastygł jęk pomordowanych
wepchnięte w gardła zawodzenie a potem cisza
wielka i ostateczna cisza z odorem duszącego dymu
i roznoszonych wiatrem łachmanów

Jest to najbardziej znany wiersz lubelski Julii Hartwig, w którym poetka opisuje miasto rodzinne, rodzinę, ale też niezwykły klimat miasta rodzinnego. Choć w rozmowie dopowiada: „Rzadko wracam do dzieciństwa, chociaż to był szczęśliwy czas”. [Z wierszem trzeba poczekać, z Julią Hartwig rozmawia Marek Radziwon, „Gazeta Wyborcza” 2003, nr 222, s. 14].

W wierszu Żadnych rajów czytamy:

Jakże boli mnie to miasto
zaświatami dzieciństwa

Choć jest w tym odczuwaniu dzieciństwa i młodości pewna ambiwalencja, gdyż:

I chwile szczęśliwe wychodzą ku mnie z przeszłości jak panny z kagankami oliwy.

[Powrót do domu dzieciństwa]

 

Julia Hartwig z czasem poczuła się przywrócona Lublinowi. Podczas uroczystości przyznania Obywatelstwa Honorowego Miasta powiedziała:

Obywatelstwo Honorowe daje się bardzo rzadko, daje się w bardzo szczególnych przypadkach. Czuję się teraz przywrócona Lublinowi, dlatego że obywatelstwo od miasta rodzinnego jest to coś bardzo szczególnego. Jest to jak gdyby powtórne związanie z rodzinnym miastem na późniejszym etapie życia.

——

Julia Hartwig była jedną z najbardziej uznanych współczesnych polskich poetek. Ale Julia Hartwig to także pisarka, eseistka, tłumaczka z języka francuskiego i angielskiego, pisarka książek dla dzieci, autorka wstępów do albumów fotograficznych Edwarda Hartwiga. Julia Hartwig urodziła się 14 sierpnia 1921 roku w Lublinie. Tutaj ukończyła szkołę podstawową i średnią, w 1939 roku zdała egzamin maturalny w III Gimnazjum im. Unii Lubelskiej. Również w Lublinie Julia Hartwig debiutowała na łamach międzyszkolnego czasopisma „W Słońce”. W tym czasie miała okazję poznać przedstawicieli środowiska artystycznego, między innymi Józefa Czechowicza, Józefa Łobodowskiego i Jerzego Pleśniarowicza. Późniejsza poetka wychowała się w domu zdominowanym przez fotografię – pasję i pracę zawodową ojca – Ludwika oraz brata – Edwarda. Zresztą, za sprawą rodzinnego zakładu fotograficznego pierwsze próby poetyckie poetki zostały zrecenzowane przez Józefa Czechowicza. W Lublinie, na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, Julia Hartwig rozpoczęła studia. Następnie, w związku z wybuchem II wojny światowej przeniosła się do Warszawy, gdzie mieszkała do końca życia. Wielokrotnie przebywała za granicą, gdzie kontynuowała pracę literacką, pisząc własne utwory poetyckie, a także pracując nad przekładami, między innymi z literatury francuskiej. Poetka miała w dorobku ponad trzydzieści tomów wierszy, była także autorką szkiców, felietonów, poematów prozą, monografii pisarzy i poetów, z których za najważniejszą uważa się monografię poświęconą Apollinaire’owi. Zmarła 13 lipca w Pensylwanii, w wieku 96 lat. Została pochowana na cmentarzu powązkowskim w Warszawie.

Julia Hartwig po przeniesieniu się do Warszawy wielokrotnie powracała do Lublina. W 2004 roku wraz z najbliższą rodziną otworzyła Zaułek Hartwigów, który jest dedykowany wszystkim przedstawicielom rodziny. W 2006 roku przyjechała z okazji wydania książki Zaułek Hartwigów, w której zamieściła esej Radość z Zaułka i wszystkie swoje lubelskie wiersze. Przy tej okazji odbył się wyjątkowy spacer po Lublinie śladami Julii Hartwig. Wizyta poetki w 2009 roku w mieście rodzinnym była połączona z nadaniem jej Honorowego Obywatelstwa Miasta Lublina oraz wręczeniem nagrody Kamień, przyznawanej w ramach Festiwalu Miasto Poezji, za wybitny dorobek poetycki. W 2011 roku Julia Hartwig przybyła do Lublina, w związku z dwiema rocznicami: swoimi 90. urodzinami oraz obchodami 90-lecia III Liceum Ogólnokształcącego im. Unii Lubelskiej. Z tej okazji Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN” wydał monograficzny numer czasopisma „Scriptores”, pt. „Julia Hartwig – lubelskie kręgi”. W 2012 i 2014 roku poetka była gościem kolejnych edycji Festiwalu Miasto Poezji.

Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN” jest wydawcą dwóch edycji lubelskich wierszy Julii Hartwig: Powroty (2009 i 2011) oraz Koleżanki i inne wiersze lubelskie.


*Jarosław Mikołajewski, Dotknęła słowa. Niepożegnanie, „Gazeta Wyborcza”, 17. 07. 2017, s. 11.

Czytaj także:

Inne teksty Joanny Zętar o Julii Hartwig: