Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Na blogu Ośrodka „Brama Grodzka -Teatr NN” opowiadamy o naszej codziennej pracy: o opiece nad pamięcią Lublina i Lubelszczyzny, poszukiwaniu śladów przeszłości, działaniach kulturalnych i edukacyjnych, sile wolnego słowa i Innym Lublinie. Tu też znajdziecie wpisy o wyjątkowych spotkaniach i niesamowitych ludziach, z którymi mamy szczęście współpracować. Te „opowieści z Bramy” snują dla Was pracownicy działów Bramy Grodzkiej, Trasy Podziemnej i Domu Słów.

Teatr NN

Lublin w czasie epidemii

Kiedy 10 grudnia 2019 roku Wei Guixian, 57-letnia sprzedawczyni krewetek na targu w chińskim mieście Wuhan, zgłosiła się do lekarza ze złym samopoczuciem, wszystko wskazywało, że cierpi jedynie na zwykłe przeziębienie. Stan kobiety zaczął się jednak gwałtownie pogarszać i po kilku dniach trafiła do szpitala. W styczniu wyzdrowiała. Tymczasem tajemnicza choroba zaczęła się rozprzestrzeniać, by w ciągu trzech miesięcy pojawić się na wszystkich kontynentach i w niemal każdym kraju świata.

Dnia 11 marca 2020 roku szef Światowej Organizacji Zdrowia Tedros Adhanom Ghebreyesus ogłosił pandemię koronawirusa, zaś Wei Guixian została oficjalnie uznana za „pacjentkę zero”, czyli pierwszą osobę zakażoną chorobą COVID-19. My, ludzie żyjący w XXI wieku, uświadomiliśmy sobie wówczas, że pomimo wielkich osiągnięć medycyny, jesteśmy bezsilni wobec niewidzialnego zagrożenia.

Epidemie chorób zakaźnych określano mianem „morowego powietrza”.
Ówcześni uważali bowiem, że to właśnie powietrze jest przyczyną moru, czyli masowego umierania.
Na zdjęciu: Triumf śmierci z serii „Triumfy Petrarki”, Norymberga, ok. 1539 r.
Źródło: Katalog zbiorów artystycznych i naukowych Polskiej Akademii Umiejętności

Epidemie chorób zakaźnych nie są jednak nowym zjawiskiem. Notowano je w każdej epoce historycznej, począwszy od starożytności. Zarazy, zbierając śmiertelne żniwo, wywierały duży wpływ na życie społeczeństwa, odbijały się w negatywny sposób na funkcjonowaniu gospodarki, stawały się przyczyną zmian obyczajowych i politycznych, oddziaływały także na bieg wojen.

Nie inaczej było w przypadku Lublina, który na przestrzeni dziejów niejednokrotnie bywał nawiedzany przez groźne epidemie. Zmieniały one organizację życia w mieście oraz sposób postępowania jego mieszkańców. Jak dawniej toczyło się życie w doświadczonym przez zarazę Lublinie? Jak reagowali na nią mieszkańcy?

Próbując odpowiedzieć na to pytanie, cofnijmy się do wieków XVI i XVII, kiedy to epidemie chorób zakaźnych, zwane w tamtym czasie „morowym powietrzem”, wybuchały wyjątkowo często. Lublin był wówczas jednym z większych i ważniejszych ośrodków miejskich Rzeczpospolitej. W tamtych czasach miasto składało się z niewielkiego obszaru otoczonego murami oraz przedmieść, takich jak: Przedmieście Krakowskie, ul. Panny Marii, Żmigród, Podzamcze, Czwartek, Gościniec Dyski, Gościniec Lwowski i Słomiany Rynek. Stan sanitarny miasta nie był w tamtym czasie najlepszy i pomimo, że Lublin posiadał wodociąg i łaźnię publiczną, nie mogły one zaspokoić potrzeb całej ludności. Na zły stan higieny wpływało także m.in. trzymanie zwierząt gospodarskich w przydomowych komórkach, chowanie zmarłych na cmentarzach zlokalizowanych w pobliżu siedzib ludzkich czy nieregularne wywożenie nieczystości i gnoju z terenu miasta. Wszystkie te czynniki utrudniały utrzymanie odpowiednich warunków sanitarnych, a tym samym stwarzały dogodne możliwości rozwoju dla chorobotwórczych wirusów i bakterii. W konsekwencji w mieście wybuchały epidemie: dżumy, zwanej czarną śmiercią, duru brzusznego, ospy i innych.

W chwili wybuchu zarazy codzienne życie miasta ulegało kompletnej dezorganizacji. W początkowej fazie epidemii notowano pojedyncze przypadki zgonów, jednak gdy liczba zmarłych zaczynała gwałtowanie wzrastać, w mieście wybuchała prawdziwa panika. Za najskuteczniejszą formę ochrony przed zarażeniem się uważano ucieczkę z zapowietrzonego miasta. Uciekał każdy, kto tylko miał taką możliwość. Miasto opuszczali przedstawiciele wyższych warstw społecznych, przenosząc się do podmiejskich majątków, takich jak Konopnica czy Bystrzyca. Wyjeżdżali także przedstawiciele duchowieństwa – dostojnicy kościelni, księża, zakonnicy i zakonnice. Udawali się oni do swoich rezydencji podmiejskich, np. w przypadku jezuitów była to willa w Chodlu. Osoby stanu duchownego często korzystały także z gościny dobrodziejów konwentów. Tak było szczególnie w przypadku karmelitanek, które niezwłocznie opuszczały miasto, gdy tylko wybuchała zaraza. W czasie ucieczki były goszczone w majątkach szlacheckich, najczęściej w okolicy Lublina, gdzie otaczano je troskliwą opieką. Czas ukrywania się przed morowym powietrzem na prowincji wynosił zwykle pół roku. Później zaś uciekinierzy wracali do miasta (wiązało się to z cyklicznym przygasaniem i wznowami zarazy).

Nie wszyscy jednak duchowni decydowali się na ucieczkę. Niektórzy księża i zakonnicy nie opuszczali miasta w czasie epidemii, lecz z poświęceniem służyli zapowietrzonym. W Lublinie często zostawali chociażby ochotnicy z zakonu jezuitów, którzy czas zarazy postrzegali jako szansę na nawrócenie na wiarę katolicką jak największej liczby szlachty, w czasie reformacji licznie przechodzącej na protestantyzm.

Chętnie stosowano się do rad medyków i dlatego dużą popularnością cieszyły się poradniki o tym, jak ustrzec się morowego powietrza. Na zdjęciu: strona tytułowa poradnika „Instructia abo nauka, jak się sprawować czasu moru”
wydanego w 1613 r., autorstwa krakowskiego medyka Sebastiana Petrycego.
Źródło: Wikipedia

Najbardziej uciążliwa dla mieszkańców była ucieczka rady miejskiej, gdyż kompletnie paraliżowało to zarządzanie miastem. Przedstawiciele władz, opuszczając w pośpiechu Lublin, zostawiali na straży tzw. burmistrza powietrznego, który miał za zadanie sprawować swój urząd do momentu ustąpienia zarazy. Burmistrzów powietrznych wybierano najczęściej spośród patrycjuszy lub osób o dużej odwadze i autorytecie. Na czas trwania epidemii otrzymywali oni nadzwyczajne pełnomocnictwa  i – w zamian za narażanie swojego życia – także ulgi podatkowe i wysokie honoraria. Burmistrzowi powietrznemu podlegał szafarz powietrzny, zajmujący się rozdzielaniem żywności i środków finansowych dla chorych i ubogich.

Lublin w czasie trwania zarazy zamieniał się w dobrze strzeżoną twierdzę. Władze powietrzne starały się, aby nikt z zewnątrz nie dostał się do miasta. Prowadzono prace polegające na budowaniu okopów powietrznych, przekopywaniu dróg, ulic oraz wznoszeniu na przedmieściach obstawionych strażami tzw. szlaków, czyli prowizorycznych, drewniano-ziemnych umocnień, zaopatrzonych w furty, szlabany, płoty i kobylice. Władze powietrzne zatrudniały także strażników, którzy pilnowali bram miejskich. Z miasta wypędzano włóczęgów i obcych żebraków, a miejscowi mieli obowiązek noszenia metalowych znaków, tzw. cechów, w celu odróżnienia ich od obcych.

Domy, w których stwierdzono przypadki zachorowań, były zamykane, a u ich drzwi stawiano stróżów, których obowiązkiem było pilnowanie chorych. Opieka nad zapowietrzonymi polegała głównie na dostarczaniu im żywności oraz piwa, które uważano za lekarstwo. W miarę wzrostu liczby chorych organizowano prowizoryczne izolatoria morowe, lokowane głównie na przedmieściach, bądź poza miastem – w Lublinie najczęściej były budowane na Czwartku, Żmigrodzie czy Rurach. Były to zazwyczaj drewniane szopy, w których izolowano zapowietrzonych. Istniały kilka miesięcy, a po zakończeniu epidemii były rozbierane. Zdarzało się, że osoby chore trzymano także w budynkach szpitala św. Ducha, szpitala św. Łazarza lub nawet w prywatnych dworkach. Do ich pilnowania zatrudniano strażników.

Leczeniem osób zapowietrzonych zajmowali się lekarze. Nosili oni specjalny ubiór składający się
z ochronnego płaszcza wykonanego z pokrytej woskiem tkaniny. Na twarz zakładali specjalną maskę
z dziobem, w którym znajdowały się gąbki nasączone wonnościami i octem. Strój uzupełniały buty, rękawiczki, kapelusz oraz trzymana w dłoni pałeczka, którą badano chorego. Na zdjęciu: kolorowany miedzioryt Paula Fürsta, Der Doctor Schnabel von Rom, wykonany ok. 1656 r.
Źródło: Wikipedia

Umierający mieszczanie lubelscy mieli prawo do wyrażenia swojej ostatniej woli. Chorzy składali swoje zeznania i testamenty w polu, za szańcami, na wałach miejskich, dyktując z okna lub progu izby, a delegowani sędziowie zapisywali je.

Śmierć w czasie epidemii była na porządku dziennym i spotykała mieszkańców wszędzie. Mieszczanie umierali nie tylko w domach czy izolatoriach morowych, ale także na ulicach, placach, w bramach. Aby sprostać wyzwaniu pochowania tak wielkiej ilości zwłok, miasto zatrudniało kilku grabarzy morowych. Budzili oni postrach i, w celu odróżnienia ich od ogółu mieszkańców, nosili specjalne znaki – były to czerwone krzyże na sukiennych strojach. Grabarze zajmowali się kopaniem dołów grzebalnych, a pogrzeby odbywały się najczęściej w nocy, bez bicia dzwonów, procesji i śpiewów. Zmarli na zarazę mieszkańcy Lublina byli chowani na cmentarzu przy kościele św. Ducha, św. Krzyża, przy wałach miejskich i na Plancikowym folwarku. Gdy nasilenie epidemii było na tyle duże, że grabarze nie nadążali z pracą, to przedstawiciele władz powietrznych zatrudniali tzw. chłopów, którzy mieli za zadanie pomagać kopaczom.

Postawy ówczesnych wobec zarazy były różne. Niektórzy, będąc przekonani, że niedługo umrą, oddawali się uciechom, takim jak np. odwiedzanie karczm. Większość mieszczan jednak uważała mór za objaw gniewu bożego, który należy przebłagać. Kapłani, głosząc płomienne kazania, utwierdzali ludność w lęku, wskazując jako przyczynę gniewu pańskiego grzechy ciężkie, takie jak bałwochwalstwo, herezje, niedowiarstwo. Zalecano modlitwy o odwrócenie kary bożej za ludzkie przewinienia i różnymi uroczystościami religijnymi starano się przebłagać Boga. Organizowano uroczyste procesje i msze, oddając miasto pod opiekę świętych patronów. W kościele farnym szczególnie chętnie sprawowano  msze wotywne do św. Michała Archanioła, uważanego za patrona Lublina, a w świątyni jezuitów modlono się do bł. Stanisława Kostki. Dużą popularnością cieszyły się także procesje z relikwią Drzewa Krzyża Świętego, prowadzone przez dominikanów. Mieszczanie, czując zbliżającą się śmierć, chętnie czynili też zapisy testamentowe na rzecz kościoła.

Mieszkańcy Lublina uważali bł. Stanisława Kostkę za bardzo skutecznego patrona, który miał chronić miasto w czasie epidemii. Dowodem na to jest oficjalna uchwała rady miasta z 1630 r., która uznała ocalenie Lublina od zarazy za sprawą orędownictwa bł. Stanisława Kostki. Burmistrz, rajcy, ławnicy
i inni mieszkańcy zeznali: „iż za przyczyną bł. Stanisława Kostki, któremuśmy nas wszystkich i wszystko miasto nasze przez ślub (…) pod opiekę oddali, doznaliśmy cudownej obrony od morowego powietrza.” Rzymski trybunał kanonizacyjny uznał ten cud za znak pozwalający na wyniesienie młodego jezuity na ołtarze. Na zdjęciu: Bł. Stanisław Kostka chroni Lublin. Fragment dekoracji z 2 poł. XVII w. w kaplicy Krzyża Trybunalskiego w Archikatedrze Lubelskiej.
Źródło: Strona internetowa Archikatedry Lubelskiej

W czasie zarazy życie miejskie ulegało kompletnej dezorganizacji. Nie działał wymiar sprawiedliwości – sądy oraz Trybunał Koronny. Swoich obowiązków nie wykonywał też kat. Poczucie kompletnej bezkarności powodowało ogromny wzrost przestępczości, a domy pozbawione opieki były często rabowane. Dochodziło do kradzieży, włamań, zakazanego handlu odzieżą i pościelą ofiar epidemii.

Chaos spowodowany morowym powietrzem nie omijał także najstarszej lubelskiej placówki oświatowej – szkoły parafialnej działającej przy Farze św. Michała. W czasie zarazy zajęcia lekcyjne były zawieszane na co najmniej kilka miesięcy, a żakom albo nie pozwalano opuścić miasta albo wręcz przeciwnie – byli oni zmuszeni do wyjazdu z Lublina.

Czas zarazy miał także bardzo negatywne konsekwencje ekonomiczne dla miasta i jego mieszkańców. Ucieczka znacznej liczby ludności powodowała spadek popytu na różne towary i usługi, a w konsekwencji zubożenie pozostałych w mieście handlarzy i rzemieślników. W czasie epidemii odwoływano również jarmarki, zaś przyjezdni kupcy nie byli wpuszczani do Lublina, a ich towar był często konfiskowany bądź niszczony.

Z biegiem czasu zaraza zaczynała wygasać i notowano coraz mniej zgonów. Uciekinierzy zaczynali powracać do miasta. Życie mieszkańców Lublina powoli wracało do normalnego rytmu, choć skutki  przejścia epidemii odczuwane były nieraz latami.

W Lublinie epidemie chorób zakaźnych odnotowano m.in. w latach:

1543-1544, 1565-1566, 1571-1573, 1580, 1588-1595, 1601, 1605, 1620, 1622-1625, 1627-1631, 1635, 1641, 1645, 1648-1654, 1656-1659, 1660-1662, 1677-1678, 1695, 1708-1712, 1719-1720, 1770-1771.

 

W księgach miejskich zachowały się dramatyczne relacje, opowiadające jak wyglądało życie w XVI i XVII-wiecznym Lublinie w czasie morowego powietrza.

Lublin 17 IX 1572

Zaraza morowa w mieście

W owym smutnym czasie bezkrólewia, w którym zwykle królestwa są bardziej narażone na niebezpieczeństwa, w całym sławnym Królestwie Polskim i w państwach mu podległych srożyła się zaraza morowa i powietrze. W obcych krajach, w niektórych miastach, miasteczkach i wsiach, zaczęła się wiosną, w innych w czasie wielkiego postu, gdzie indziej w okresie Wielkiej Nocy [6 IV] i Zielonych Świąt [25 V], w Lublinie zaś przed świętem Wniebowzięcia Marii Panny [15 VIII] i Bartłomieja apostoła [24 VIII]. Początkowo na [przedmieściu] Czwartku, potem przerzuciła się gwałtownie na Żydowską ulicę na Podzamcze, następnie przed świętem św. Idziego [1 IX] pojawiła się w bramie miejskiej Grodzkiej. Zmarły bowiem w tej bramie nagle na skutek zarazy córka i żona Wojciecha Ostrowskiego, który był woźnym generalnym wojewódzkim i powiatowym. Pomimo że pozostał on natychmiast usunięty, [zaraza] rozprzestrzeniała się dalej kolejno w sąsiadujących domach, położonych po obydwóch stronach ulicy Grodzkiej, i doszła aż do domu narożnego, zwanego Kiełbasczyński, należącego do sławetnego Mateusza Masło, rajcy lubelskiego, i z dnia na dzień przybierała na sile. Nareszcie ujawniła się nagle w wielu punktach miasta w domach na innych ulicach i zaczęła się przerzucać [dalej]. Na skutek jej niezwykle groźnego nasilenia rada [miejska] z pospólstwem byli zmuszeni do opuszczenia miasta i przedmieść. Z rajców pozostali [w mieście] tylko sławetni Jan Gibel w zastępstwie burmistrza, na prośbę znakomitego i sławetnego Walentego Sirpowskiego, doktora filozofii i medycyny, [ówczesnego] burmistrza i rajca Jakub Konopnica, któremu na skutek zarazy morowej zmarły dwie młode i piękne córki. Pozostało również trochę pospólstwa. Wszyscy, a zwłaszcza rajcy, pod opieką Najwyższego z największą troską i staraniem zarządzali [miastem] od początku nieszczęśliwej zarazy aż do świąt Poczęcia Panny Marii [8 XII] to jest do poniedziałku wtedy przypadającego, kiedy za łaską Bożą zaraza wygasła. Wówczas to zaraz z różnych miejsc [schronienia], przykrych i niespokojnych, a także niebezpiecznych, zaczęli napływać tłumnie szczęśliwi [z powrotu] mieszkańcy do miasta i na przedmieścia. Wszechmocny sprawił, że wyszli i powrócili. Oby ich powrót był szczęśliwy. (…)

(WAPL, AmL, Księgi, 149, k. 667-667v, oryginał w jęz. łac., tłum. S. Paulowa. Cyt. za: F. Cieślak, H. Gawarecki, M. Stankowa, Lublin w dokumencie 1317-1967, Lublin 1976, s. 63-65)

Krótki opis zarazy morowej, grasującej w roku bieżącym 1625

Tej nieszczęsnej zarazy sposobem krasomówcznym niepodobna dokładnie przedstawić, bo ani wymowa Cyneasza nie byłaby zdolna do opisania jej grozy, ani nawet przesławny Demostenes, ze swym bogatym zasobem wyrażeń, zdobnych w błyskotliwe i jaskrawe barwy, nie potrafiłby naszkicować należycie tego ponurego obrazu. O! czemuż nie żyjemy w wieku takim, w którymby nie trzeba było tyle razy własnemi oczami na to patrzeć. W r. 1625 od narodzenia Chrystusa całe miasto lubelskie, owa słynna na całe państwo matropolja Temidy i sprawiedliwości, zostało przez tak złośliwą chorobę nawiedzone i tak straszną zarazę zatrute, że chyba nigdy jeszcze nie było równie nieszczęśliwe. Mór się rozszerzał, płomień zarazy się powiększał, straszne zło się srożyło i wszystko szło na pastwę gwałtownie wzmagającego się żywiołu: żadna wieś nie ocalała, nie było ani jednego nietkniętego domu, żaden cech nie pozostał nienaruszony. A jeżeli się kto uchronił od tej siły zła, ten z obawy przed śmiercią, ze strachu gorszego od samej śmierci, potysiąckroć umierał. Widzieliśmy, jak podczas napadu tej choroby biły pulsy, w oczach malowało się przerażenie, ciągłe nudności skręcały trzewia, a na członach nabrzmiewały sine krosty. Wielu wolało umrzeć niż chorować; przenosili śmierć niektórzy nad tak okrutne życie. Wbrew prawom natury dzieci i rodzice uciekali od siebie, bali się jedni drugich. Wszędzie żałoba, wszędzie śmierć, tak dalece, że całe miasto zdawało się być nie siedzibą żywych, lecz cmentarzyskiem zmarłych. Do tej klęski i rozpaczliwego stanu rzeczy przyłączył się tak srogi głód, że podobnego nieszczęścia nigdy jeszcze obywatele nie widzieli. – Ogromnie się rozsrożył ten piekielny gniew. Pola stały ugorem, ludzie byli wycieńczeni pracą, żałobą pokryły się domy, biedni wychodzili na pola i tam zbierali korzonki, zaś inni zabijali wychudzone bydło. Gdy już i to zużyli, życie stawało się karą, a śmierć nagrodą. Dzieci błąkały się po ulicach, wzywały rodziców i rzewnie płacząc prosiły o ratunek. Jeśli kto nie chciał patrzeć na ginące dzieci, ten oddawał im odjęte od ust sobie pożywienie, – o ile ono było, – a sam nieszczęsny umierał. Widzieliśmy wynędzniałe ludzkie twarze, okropnie zeszpecone członki, bezbarwne jak u łasicy oczy, strach przed zbliżającą się śmiercią, wyschnięte bezkrwiste ciała, ledwie tylko trzymające się słabemi nerwami, pobladłe usta, wystające kości policzkowe, zapadnięte brzuchy; zniknął też zupełnie właściwy ludziom kolor. Widzieliśmy nieraz mieszkańców tego miasta zdążających w pola po pokarm: jeśli kto zebrał trochę suchych korzonków zdatnych do jedzenia, ten już sądził, że dobrze mu się dzieje, a jeśli kto zdołał przez usilne starania zdobyć kawał suchego, spleśniałego nawet chleba, temu się zdawało, że będzie miał wspaniałą ucztę. Kto zaś nie spożywał chociażby tak podłego i odrażającego pokarmu, ten upadał na siłach, mdlał, dusił się. Wszystko się przedstawiało w takim właśnie niedostatku, w takich kształtach i barwach, a nie jest to obraz zmyślony lub fałszywy, lecz żywy, prawdziwy mór i nędza. – Już kończę, obawiam się bowiem, aby przez odnawianie w pamięci tak strasznych ran, nie rozjątrzyć zła. To tylko zaznaczam, że gdyby nie nadzwyczajna szczodrobliwość książąt i szlachty, gdyby nie wyjątkowe miłosierdzie zakonów i bezinteresowny trud Świętego Towarzystwa Jezusowego, to przyszłaby na obywateli i innych mieszkańców tego miasta ostateczna zagłada. Resztę celowo i świadomie pomijam, abym jako narrator i świadek był w porządku i abym, nierozważny, nie był posądzony o przesadę w opowiadaniu.

(Archiwum Państwowe w Lublinie. Księgi Miejskie lubelskie. Acta advocatialia Nr 13, 1625 r., fol. 486-487, oryginał w jęz. łac., tłum. Z. Klukowski. Cyt. za: Z. Klukowski, Opis dżumy w Lublinie w r. 1625, „Archiwum historji i filozofji medycyny oraz historji nauk przyrodniczych”, Tom V, Zeszyt I, Poznań 1926, s. 1-5)

 

Podczas pisania tekstu korzystałam z następujących publikacji:

Dzieje Lublina. Próba syntezy, Dobrzański J., Kłoczowski J., Mazurkiewicz J. (red.), Mencel T., Myśliński K., Ćwik W., Tom I, Lublin 1965.

Froch W., Kobylińska-Szymańska M., Klęski moru w Lublinie w XVI i XVII wieku w świetle ksiąg miejskich, „Archiwum Historii Medycyny”, 1977, T. 40, z. 4, s. 383-395.

Karpiński A., W walce z niewidzialnym wrogiem. Epidemie chorób zakaźnych w Rzeczpospolitej w XVI-XVIII wieku i ich następstwa demograficzne, społeczno-ekonomiczne i polityczne, Warszawa 2000.

Kronika klasztoru karmelitanek bosych pw. św. Józefa w Lublinie, opr. Gil C., Poznań 2012.

Prucnal D., Szpital przy kościele p.w. Ducha Świętego w Lublinie w latach 1419-1655, Lublin 2005.

Riabinin J., Materiały do monografii Lublina. Lublin w księgach wójtowsko-ławniczych XVII-XVIII w., Lublin 1928.

Szewczyk-Prokurat D., Archikatedra Lubelska. Przewodnik, Lublin 2009.

Załęski S., Jezuici w Polsce. Tom IV, Kraków 1905.

 

Patrycja Serafin